PODWÓRKO APOLONIUSZA CZY STAJNIA AUGIASZA?
Macio: Zacznijmy od krótkiego prequelu. Gdy Apoloniusz Tajner po raz pierwszy pojawił się we władzach PZN, był rok 1994. Polska nie należała ani do NATO, ani do Unii Europejskiej, Google nie istniało, a Michał Wiśniewski prawdopodobnie miał jeszcze włosy w kolorze nadanym mu przez naturę. To nie jest człowiek, który „od dawna kręci się przy związku”. To jest człowiek, którego historia w związku zaczęła się, gdy królował eurodance, a Wojciech Kowalczyk był nadzieją polskiej piłki.
Przenieśmy się jednak do 2006 roku. Wstałem rano, zrobiłem sobie śniadanie i spakowałem plecak. Do szkoły miałem na ósmą, więc około 7.30 poszedłem na tramwaj. Podjechał elegancko chorzowski Konstal 105N, a motorniczy miał małe radyjko, z którego cicho przygrywał zespół Sistars. Polska dopiero co weszła do Unii, Balcerowicz nadal siedział w NBP, bezrobocie dobijało do 18 procent, a transformacja wciąż odbijała nam się czkawką po taniej wódce z ziemniaka. Smętnie powlokłem się do mojego gimnazjum. Mniej więcej wtedy Apoloniusz Tajner został prezesem Polskiego Związku Narciarskiego.
Dzisiaj mam prawie 35 lat, dziecko, a włosy powoli migrują mi z czoła na plecy. Piszę kolejny tekst do NTN Snow & More. A Apoloniusz Tajner znowu jest prezesem PZN.
Trudno mi opisać, jak absurdalny i smutny jest ten powrót. Gdybym szukał analogii, to trochę tak, jakbyśmy uznali, że najlepszym kandydatem na prezydenta Polski jest ponownie Lech Wałęsa. Może prezes Tajner postanowił po prostu stanąć w szranki z miłościwie panującymi od dekad przywódcami Ugandy czy Kamerunu? Jeszcze kilka kadencji i rekordy długowieczności zaczną wyglądać całkiem realnie.
W skrócie: beton lejemy dalej. Montujemy kolejne zbrojenia. Ściany muszą być grube, najlepiej jak w bunkrze. Budujemy dalej Festung PZN, której nie ruszają żadne zewnętrzne zawieruchy. Obecny układ właśnie dostał kolejną warstwę konserwantu i może spokojnie przetrwać następne lata. Może i Polska dobija do grona dwudziestu największych gospodarek świata, ale związek mentalnie nadal jest na etapie handlu tureckimi ciuchami z Nysy albo z bagażnika Poloneza.
No i oczywiście mój osobisty ulubieniec, pan Rafał Kot, nadal zasiada w zarządzie. Liczę więc na kolejne seanse pogardy wobec zawodników – przynajmniej będziemy mieli z Toniem o czym nagrywać. Chociaż naprawdę wolałbym gadać o sporcie.
Bo jak zwykle najbardziej oberwą właśnie zawodnicy. Nie muszę nawet zaglądać do naszej szklanej kuli, żeby przewidzieć dziwne nominacje, kontrowersyjne decyzje i kolejne sytuacje, w których sportowa logika przegra z logiką związkowego podwórka. Stajni Augiasza najwyraźniej sprzątać nikt nie zamierza. Zamiast Heraklesa ponownie dostaliśmy Apoloniusza.
Tonio: W tym roku dostaliśmy to, o czym tak bardzo marzyliśmy. Mianowicie o narciarstwie alpejskim pisano w każdej gazecie! Studzimy nerwy – nikt niczego nie wygrał! Wszystko za sprawą kombinacji przy powołaniach na igrzyska. Panowie z Mieszczańskiej naoglądali się „Sukcesji”, wytyczne postanowili czasowo olać, porobili zamieszania, no i na deserek wysłali do telewizji pana Rafała Kota, który postanowił zbłaźnić się przeokrutnie przed publicznością. Sytuację podlał jeszcze prezes PKOl Radosław P. (aktualnie przebywający w areszcie), który ostatecznie dorzucił swoje trzy grosze. To tak w dużym skrócie.
PZN zaliczyłby spektakularną klapę na wszystkich możliwych frontach, ale fart ich nie opuszcza, bowiem reprezentant PZN w postaci Kacpra Tomasiaka przywiózł dla Polski aż trzy medale. Nie ma co mu ujmować, fantastyczny wynik i wielkie gratulacje dla niego! Na nasze jednak nieszczęście teraz można już wygodnie rozłożyć nogi na biurku, bo dopiero za cztery lata Polska przypomni sobie o igrzyskach.
Wiemy, że w związkach sportowych w Polsce za dobrze to nigdy nie było. Wypowiedzi członków zarządu rażąco wskazujące na brak jakiegokolwiek rozeznania w narciarstwie alpejskim, a co dopiero wyczucia, co powinno paść na wizji, a co nie, zdecydowanie nie pomagają w wyprowadzaniu nas z tego założenia. Zakulisowo to sobie możecie, panowie, gadać, że nikt niczego nie dojedzie i najlepiej, jakby na nartach w ogóle nikt nie jeździł. Przecież wiemy, że najważniejsza jest coroczna impreza na Krokwi, a my wam tylko dupę zawracamy i jeszcze chcemy od was kasy za bujanie się po świecie. Ale póki co to my się do zarządów nie pchamy, a wasz psi obowiązek statutowy to młodych wspierać, a nie kopać pod nimi dołki i mówić, że i tak nic nie osiągną.
CZY KONAR POLSKIEGO NARCIARSTWA JESZCZE ZAPŁONIE?
Macio: Z jednej strony nie wiem, czy ten tytuł nie jest obraźliwy, biorąc pod uwagę, co od lat jeździ Maryna. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się, żebym się ponadnormatywnie podekscytował jazdą polskiej zawodniczki na igrzyskach, będę o tym opowiadał wnukom, stawiając to wydarzenie na równi z bramką Sebastiana Mili z Niemcami. Uważam też, że wszyscy powinniśmy szykować pompki i kompresory, bo dwa balony czekają na napompowanie. Zacznijmy od Michała Kałwy (chodzi oczywiście o juniora, chociaż tata pewnie w dyszce mistrzostw Polski by się zakręcił). Gość wjechał w FIS z drzwiami i futryną, przy okazji naruszając konstrukcję ściany. W zespole dominuje kult ciężkiej pracy, słynne „samo się nic nie zrobi” Pudziana pewnie padło nieraz, ekipa doskonale wie, że tony żelastwa muszą być przerzucone. Wyniki Kałwy nawet ciężko porównywać z rezultatami polskich alpejczyków z przeszłości, bo to jest zupełnie inny poziom, takiego wjazdu w zawodostwo polskie narciarstwo jeszcze nie widziało. Zaciskam kciuki tak mocno, że aż bieleje mi skóra! Dodatkowo w tym roku w FIS zameldowała się Iga Kaczmarek, która wygrała chyba wszystkie możliwe juniorskie zawody. Wygrywała je w takim stylu, że pewnie, jadąc tyłem, też by dała radę. Na potwierdzenie tych słów w pierwszym slalomie w Chile opędzlowała już wszystkie rywalki.
Tonio: Po poprzedniej rubryce ciężko wlać w serce optymizm, ale na szczęście ciężka praca młodzieży, podlana uporem i determinacją – przede wszystkim rodziców zawodników – pozwala twierdzić, że możemy liczyć na światełko w tunelu. W tym roku zobaczymy, co pokaże Iga Kaczmarek (póki co jedne zwycięskie FIS-y w Chile), bo wiemy już, że Michał Kałwa junior papiery na jazdę ma (62 (!) starty oraz 23 punkty w pierwszym sezonie).
Łakniemy sukcesów jak kania dżdżu, ale standardowo trzeba studzić nadzieje, bo to są jeszcze przecież nastolatkowie. Znając (słabo, co prawda) ojców wymienionych zawodników oraz ich doświadczenia związane z poniekąd odbijaniem się od struktur, śmiem twierdzić, że wobec nich popełniono już wystarczająco wiele błędów, stąd szanse na ich powtórzenie względem kolejnego pokolenia określam na niewielkie.
Zobaczymy jeszcze, jak wyjdzie projekt pod tytułem „Nikola Komorowska i konkurencje szybkie”.
Macio: Nie chcę być marudą, ale ja chyba wiem, jak ten projekt wyjdzie.
To czwarta z pięciu części cyklu „Kryształowe kule, betonowe głowy”. Tekst Antoniego Zalewskiego i Macieja Żabskiego (Stalkant FM) pochodzi z magazynu NTN Snow & More nr 1 na sezon 2026/2027. Cały artykuł przeczytasz w magazynie. Zamów numer w wersji papierowej lub jako e-wydanie PDF.







