maryna

Vamos Marryyy!!!

Dziś weekend, przyjęło się, że to ukochane dni większości ludzi pracujących w tygodniu. Swoiste święto. Czas z rodzinami, wycieczki, prywatki, bąbelki i oczywiście „narciarstwo”. Te „szybkościowe” pań w Garmisch i te „techniczne” panów w Chamonix. Z perspektywy kibica narciarstwa w kraju znad Wisły, wszystko fajno, ale bohaterzy jacyś tacy „niepolscy” – zresztą jak zwykle. Przyzwyczailiśmy się przez lata. Kiedyś było jakoś lepiej…

Wróć, jakie kiedyś. To był wtorek, zwykły dzień w „zakładzie pracy”. Niby lepszy niż poniedziałek, ale w zasadzie do piątku nadal daleko, jak stąd do Pekinu. Marna to perspektywa dla nieroba. Trochę też frustrująca, bo gdyby nie „kolega” z Chin, to każdy dzień tygodnia byłby taki sam, jak poprzedni. Spędzony na „dwóch deskach”, dzień po dniu bez podziału na weekendy i poniedziałki. Co mogłem zrobić, by choć odrobinę poczuć „białego szaleństwa”? Przede wszystkim przestać się mazać, włączyć w telefonie eurosportowego „Playera” i przenieść się do włoskiego Kronplatz.

To co zobaczyłem na trasie Erta, w szóstym gigancie kobiet tego sezonu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. W kilka chwil, zapomniałem, że jestem w „zakładzie pracy”, że jest średni wtorek i że jedynymi „deskami”, jakie mam przy sobie, to deski z euro palet. Wybawicielką okazała się dziołcha spod „samiuśkich Tater”. To ona zabrała mnie w fenomenalną, pełną „GIGANTycznych” emocji podróż po Południowym Tyrolu. Ta dziewczyna, to Maryna Gąsienica Daniel, którą już dziś musi kojarzyć cały alpejski świat. Dlaczego? Zanim o tym, ustalmy kilka faktów.

Tegoroczny sezon, jest przełomowy dla naszego „rodzyneczka” w alpejskim Pucharze Świata. Właściwie, to jest przełomowy dla całej dyscypliny w naszym kraju. Ostatnią polską alpejką, która pukała do „topu”, była slalomistka Kasia Karasińska. 12. miejsce w austriackim Semmering, pamiętam jak dziś, tym bardziej, że pochodzimy z tych samych stron. Dla 16-latka uprawiającego najpiękniejszy zimowy sport świata, oglądanie starszej koleżanki w akcji zza ekranu telewizora było czymś fascynującym i motywującym. W końcu sukcesów sióstr Tlałek nie pamiętam (będzie ze trzy dekady), bo jeszcze „papu” mówiłem na różne rzeczy. Dlatego 11 razy w trzydziestce Pucharu Świata Kasi, było dla mnie czymś nowym, czym byłem w zupełności usatysfakcjonowany.

Wróćmy do teraźniejszości. Po nieudanej inauguracji w Sölden, Maryna zjeżdża dziewiąte miejsce w slalomie równoległym w Lech Zürs. Na „dzień dobry”, jest to najlepsza lokata polskiej alpejki od blisko 30 lat! Trzydziestu! Nie deprecjonujmy tego faktem, że był to „tylko” slalom równoległy, czyli w opinii wielu, jakiś „sztuczny twór”. To nie ma kompletnie żadnego znaczenia, przecież punkty pucharu świata „ważą” tyle samo w każdej konkurencji. Na IO 2024 w Paryżu złoty medal będzie tak samo złoty w jakże „tradycyjnej” konkurencji breakdance, jak w każdej innej w teorii „poważniejszej” dyscyplinie sportu. Koniec dyskusji. Historyczny wynik dziewczyny, musiał być małym mentalnym kopniakiem, po którym Maryna nabrała nieco pewności siebie. Właściwie, to zaczęła się dość odważnie rozpędzać.

21. miejsce pierwszego giganta we francuskim Courchevel, było tylko przystawką do drugiego dnia rywalizacji. Wtedy po raz pierwszy opadła mi nieco szczęka. Jedenasty „platz” sympatycznej dziewczyny i moja pierwsza myśl:

Oho, będą jaja!

Na fali tych „jaj” przyszły dwa przekonywujące zwycięstwa Pucharu Europy z poczuciem, że „góralka” ma chyba to coś, ma „prędkość”. Te wydarzenia dały nam odpowiedź na jedno fundamentalne wręcz pytanie. Czy stracony poprzedni sezon przez kontuzję, będzie miał wpływ na zahamowanie rozwoju zawodniczki. Odpowiedź była jednoznaczna: „nie”! Po pękniętej piszczeli też ani śladu. Odetchnęliśmy z ulgą.

Nieco szczegółów przygotowań do obecnego sezonu, zdradził mi trener zawodniczki Marcin Orłowski. Po wrześniowym wypadku w Nowej Zelandii, na narty stanęli w lutym. Wystarczyło to na 45 dobrych dni treningu na śniegu. Dzięki temu część straconego czasu zdołali nieco nadrobić. Wówczas bardzo ważnym aspektem dla komfortu pracy trenera i zawodniczki było utrzymanie w teamie przez PZN drugiego trenera Przemka Buczyńskiego (również fizjoterapeuty) i serwisanta Sagastume Pinedo Germana. Mogli przecież szukać innej pracy, bo z Maryną w czasie jej kontuzji po prostu jej nie było. Pensje jednak były i był komfort, że w drużynie obędzie się bez strat. Duet Orzeł – Maryna, nie został na lodzie, za co jest wdzięczny Polskiemu Związku Narciarskiemu. Moje spojrzenie na to jest takie, że był to wręcz obowiązek działaczy, zwykła normalność, nic poza standardy. Tak jest w każdym szanującym się związku na świecie. U nas standardów na przestrzeni lat było stanowczo za mało, więc dziś dobre i to. Ot moja sugestia.

Układanka z trójką trenerów to skok jakościowy. Sezon wcześniej Marcin miał do pomocy tylko Matteo Baldisaruttiego, a jeszcze wcześniej konfiguracja wyglądała 1+1. Większy team, to niejako pokłosie dobrych wyników i dobre rokowania tegoż całego „przedsięwzięcia”. Marcin przekonuje, że przekłada się to w znaczącym stopniu na odpowiednią jakość roboty i to w wielu aspektach. Weźmy przykładowo same zawody. „Orzeł” z asystentem, mogą stanąć w dwóch różnych miejscach trasy. W każdej chwili są w stanie przekazać istotne informacje dotyczące jej stanu i zadecydować o ewentualnej zmianie taktyki, czy toru jazdy w newralgicznych momentach. Czemu pierwszy trener nie jest z Maryną na starcie? Po prostu zna najlepiej swoją zawodniczkę, potrafi ocenić, co na dany moment będzie dla niej najlepsze, by zjechać dobre zawody. Osobiście uważam, że jego uwagi bardzo często mogą wpłynąć bezpośrednio na wynik. Wszystkie rytuały przedstartowe, jak rozgrzewka, „mental”, dopieszczenie nart, czy ostatnie słowo przed zjazdem są z kolei w obowiązku hiszpańskiego „torreadora” Pinedo. Gdy Polka rusza z „budy” startowej, w przestrzeń wybrzmiewa głośne i dopingujące:

Vamos Marryyy!!!

Nie wiem, jak wam ale mi się podoba. Aż sobie sam krzyczę w wolnej chwili dla odstresowania.

Moim zdaniem najbardziej obiektywnym punktem do weryfikacji formy Maryny i miejsca w którym jest, były starty w Kranjskiej Gorze. Bez dwóch zdań najtrudniejsza i „turbo” wymagająca odsłona sezonu. Piekielnie trudna, nierówna i stroma trasa. Piekielnie długi i wyczerpujący gigant. To miała być taka weryfikacja pod każdym względem. Sprzęt, przygotowanie fizyczne, technika, psycha, no i może trochę jazda na łyżwach (nie mylić z tą figurową). Ta dziewczyna i jej ekipa to wszystko miała, tam wszystko zagrało, tam wszystko było „powtarzalne” i ukierunkowane na świetny wynik. Pierwsze mityczne „TOP 10” w slalomie gigancie stało się faktem.

A więc sprzęt. Chwalą sobie dobrą współprace z Atomikiem. Są to możliwości testów i doboru nart pod swoje umiejętności, predyspozycje itd. Najważniejsze, że mają z czego wybierać, wprost proporcjonalnie do wyników oczywiście. Na słoweńskie „lodowicho” dobrali super, a z tym był problem u wielu świetnych zawodniczek. 

O przygotowanie fizyczne, są spokojni, bo tu nigdy nie było problemu. Jest już sprawdzony cykl treningowy, który zdaje egzamin. W przypadku Kranjskiej zdał go brawurowo, noga podawała jak młot pneumatyczny! W mecie „Marynka” miała jeszcze siłę szczerze się pouśmiechać do telewizyjnych kamer. Nie widziałem tam żadnego grymasu zmęczenia na twarzy. Dziewczyna promieniała.

Co do techniki nie mnie oceniać, ale moim zdaniem sama technika to nie wszystko. Umiejętność dopasowania jej (lub zmiany) do panujących warunków na zjeździe, dopiero robi „różnicę”. Jak robisz różnicę, to i psycha musi być mocna. Nie da się bez niej zjechać czterech równych przejazdów, pozbawionych większych błędów i to na trasie, która cały czas do nich prowokuje. To się nazywa powtarzalność i to właśnie ona najbardziej cieszy Marcina. Nie patrzy na pojedyncze starty, czy wyniki które nie zawsze są adekwatne do samej jazdy. Można zjechać bezbłędny mega przejazd, ale nie zawsze da on miejsce w chociażby „TOP 10”. Dlatego w pierwszej kolejności trener patrzy na samą jazdę. Powtarzalność w niej, buduje mentalnie zawodnika w najlepszy możliwy sposób. Człowiek zdaje sobie sprawę, że nic tu nie jest dziełem przypadku i że forma życia, bo o takiej trzeba mówić (ja tak mówię), również nie jest przypadkowa. To owoc dobrze wykonywanej roboty, krok po kroczku, bez żadnych dróg na skróty. Tak było w ich przypadku.

Gdy spotkałem się z Maryną i „Orłem” cztery lata temu na Pucharze Świata w Sölden, byli na początku tej drogi. Mówiąc bardziej obrazowo, byli „żółtodziobami” i zaczynali swoją naukę w najlepszej narciarskiej lidze świata, tak naprawdę z jakimś tam jednym małym „elementarzem” . Bez większego doświadczenia. Pierwszym warunkiem, żeby w jakikolwiek sposób w niej zaistnieć jest numer startowy. Dobra „cyferka” na plecach, pozwala na zjechanie „swojego narciarstwa” a nie walkę z dziurami, które potrafią wyklepać narciarkę, jak Najman matę. Przebijanie się do lepszych numerów, przez jazdę w Pucharach Europy i Świata trochę trwało, zdaniem Marcina – trochę zbyt długo. Ale to są właśnie trudy pucharowego „sita” dla mniejszych narciarskich nacji. Trenerzy dużych federacji, co chwilę kształtują i wprowadzają zawodniczki do „World Cupu”. Mają do tego narzędzia, znają metody i drogę do tego miejsca, choć można w ich przypadku nazwać ją autostradą. Dziesiątki razy przewozili przez nią swoje podopieczne i to z zamkniętymi oczami. W przypadku Polaków odpowiednią drogę trzeba było znaleźć samemu i otwierać oczy bardzo szeroko, żeby się na niej nie zgubić. Ciągła obserwacja, ciągła nauka, robota i olbrzymie zaangażowanie, którego nie brakuje „head coachowi”. Nie brakuje mu też ciągłej pokory i to chyba w nim najbardziej mi imponuje. Klasa.

Przyszedł w końcu dzień (ten wtorkowy) w którym po dziesiątkach tysięcy przejechanych gigantowych bramek, Maryna Gąsienica Daniel po raz pierwszy doczekała się (ciężko wywalczonego) numeru startowego, który przy dobrych warunkach pod nartami umożliwia jazdę na swoim najlepszym poziomie. Padło na „oczko” – 21. Przed zawodami po raz pierwszy w zagranicznych narciarskich mediach czytałem „wzmianki” o polskiej zawodniczce. Doceniono życiowe wyniki, a Zakopianka była wymieniana w gronie dziewczyn mogących pojechać dobre zawody. Wszystko zaczęło się, jak należy. Minimalna strata siedmiu setnych na pierwszym międzyczasie, a na drugim zielone światełko z czterema setnymi z „przodu”. Dopóki było względnie płasko a trasa była nienaruszona był „dynamit” i precyzja. Jednak im dalej w linii spadku stoku, tym bardziej nierówno. Wszystko na najbardziej stromych odcinkach. To nie był zły przejazd, ocenia „orzeł”. Dopóki pozwoliły warunki, było jak trzeba. Potem też było nieźle. Kwestia jednego błędu, któremu pomogły niesprzyjające warunki. Wystarczyło na 24. miejsce, które dawało pewien handicap przed drugą odsłoną w postaci równej trasy. Ruszyła, tym razem w tle wybrzmiało: „Come one Marryy!”

Miało, być „swoje” narciarstwo i było z tym, że wyszło ono poza jakiekolwiek dotychczas przyjęte przez nas ramy. To było FENOMENALNE!!! Znów w tym sezonie, zobaczyłem rzeczy o których za mojego „narciarskiego” życia nie było mowy. To trochę, jak z cyklu: „mój pierwszy raz”. Dwanaście kolejno jadących zawodniczek nie zrzuca Polki z „fotelu lidera”, na którym z należytą skromnością i szacunkiem, się rozsiadła! W konsekwencji, po raz pierwszy słyszałem polskie nazwisko wymawiane tyle razy w podczas jednej transmisji telewizyjnej. Brytyjski komentator Nick Fellows, mimo „łamania” swojego języka podjął wyzwanie – nie miał wyjścia. „MARINA GASIENICA DAANIEEL”, wybrzmiewało bardzo „narodowo”. To, że w końcu trzeba było wstać z upragnionego fotela musiało nadejść. „GASENICA”, ustąpiła dopiero złotej medalistce olimpijskiej Sofii Goggi, a to raczej powód do dumy i duża nobilitacja. Co do nazwisk: Shiffrin, Gut-Behrami, Worley, Vlhová, Goggia, Brignone, Bassino. Co łączy te wszystkie utytułowane i fenomenalne alpejki? To, że wszystkie one zgarnęły „baty” w drugim przejeździe, który wygrała narciarka z Podhala… Przecież to jest jakieś niedorzeczne i jeszcze „wczoraj” nie do pomyślenia. Subiektywnie określiłem to zdarzenie, jako „best run” w historii polskiego narciarstwa! Awans o 13 pozycji, tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Absolutnie zdumiewający „come back” z trzeciej dziesiątki na swoje ulubione w tym sezonie, bo trzecie 11. miejsce. Z tego faktu wnioskuje, że właśnie okolica „dziesiątki”, to taki rzeczywisty obraz miejsca w którym Maryna się dziś znajduje (13. w generalce giganta!). Jak rozpatrywać genialny przejazd narciarki? Myślę, że spokojnie z pokorą i z chłodną głową. Postawił on jednak tezę, że w zawodniczka ma w sobie zapasy solidnego potencjału. Właśnie sięgnęła do miejsc, skąd udało się go na chwilę uwolnić. To wszystko w połączeniu z jej regularnością, daje nam obraz naprawdę (nie boję się tego napisać) „dojrzałej” gigancistki. Daje nam też obraz człowieka, który z „żółtodzioba”, stał się doskonale poruszającym się w realiach pucharu świata trenerem.

Wielu powie, że się podniecam dziś tym wszystkim, jak „szczerbaty sucharami”, w końcu dziś liczą się tylko zwycięstwa. Owszem, przyznaje się. Jaram się. Jak wtedy gdy byłem młody i zjadałem paznokcie, dopingując Karasińską. Dziś jestem stary i znów to robię, bo wszystkie te historie były najlepszym „polskim narciarstwem”, jakie mogłem dotychczas zobaczyć. Jaram się też dlatego, że śledzę uważnie karierę tego duetu od początku jego przygody z Pucharem Świata. Dopingowałem ich na żywo na igrzyskach w Pjongczangu, czy Pucharze Świata w Sölden. Z trenerem „Orłem” nie jedno piwko na lodowcu w Sölden za młodego wypiłem, gdzie szkoliliśmy grupy „kapeluchów”. To wszystko naturalnie budzi sentymenty i wyzwala we mnie emocje gdy startuje nasza biało-czerwona „torpeda”. Niech na zbliżających się mistrzostwach świata w Cortinie sprawi, że znów zobaczę coś po raz pierwszy. Obojętne co, ważne żeby były emocje, przynajmniej takie, jak w zwykły wtorkowy dzień w „zakładzie pracy”.

DO ROBOTY MARYNA, ORZEŁ, PRZEMEK I SAGASTUME! VAMOS!

Znaczniki

Podobało się? Doceń proszę atrakcyjne treści i kliknij:

Share on facebook
Share on twitter
Share on whatsapp

1 komentarz do wpisu “Vamos Marryyy!!!”

Dodaj komentarz

Zobacz także

Inne artykuły

azs winter cup

Gadające Głowy – finał AZS Winter Cup 2020/2021

Kiedyś przez awarię dysku ostatnie „Gadające Głowy” z finału AZS Winter Cup pojawiły się dopiero w kwietniu. Przez przypadek okazało się, że to wcale niegłupie rozwiązanie, bo można z łezką w oku cofnąć

pinturault

No to po zawodach

Musiałem jeden dzień ochłonąć po emocjach ostatnich czterech konkurencji technicznych alpejskiego Pucharu Świata 2020/2021. Oczywiście po bajecznym pod względem widoczności i pogody piątku sytuacja w sobotę trochę się pogorszyła. Nie na tyle

slalom równoległy

Cień pana Hujary

W piątek przy przepięknej pogodzie w ramach finałów alpejskiego Pucharu Świata w szwajcarskim Lenzerheide rozegrano zawody drużynowe w gigancie równoległym. Do walki stanęło ileś tam zespołów narodowych składających się głównie

pinturault

Robi się naprawdę ciekawie

Do końca dziwnego, naznaczonego obostrzeniami, trudnościami w podróżowaniu i organizacją zawodów bez udziału publiczności sezonu alpejskiego 2020/2021 pozostał już tylko ostatni tydzień zmagań. Od poniedziałku w Lenzerheide, miejscowości, gdzie odbędą się finały sezonu

Newsletter

Dołącz do nas – warto

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowościach na stronie, nowych odcinkach podcastu, transmisjach live na facebooku, organizowanych przez nas szkoleniach i ważnych wydarzeniach oraz mieć dostęp do niektórych cennych materiałów na stronie (np. wersji online Magazynu NTN Snow & More) wcześniej niż inni, zapisz się na newsletter. Nie ujawnimy nikomu tego adresu e-mail, nie przesyłamy spamu, a wypisać możesz się w każdej chwili.