Rauris: rock’n’roll

W tym wpisie przedstawię pokrótce dwa ostatnie dni mojego i Majówkowego urlopu na Ziemi Salzburskiej. Zacznę od ostatniego dnia numer 1. Ten charakteryzował się tym, że po wjechaniu na górę, powitał nas takim oto widokiem:


Rauris.

Wcześniej spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem o imieniu Udo. Majówka nie wytrzymała i w pewnym momencie wyjaśniła mu, co oznacza jego imię po polsku. Ja mu również przedstawiłem kilka prawd życiowych. Na przykład tę, że jeśli budzisz się w poniedziałek bez bólu głowy, to znaczy że już środa… Udo jeździł w juniorskiej kadrze Austrii. Potem urwał kolano, wrócił do kadry B, po czym urwał kolano znowu. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W końcu gdyby nie kontuzje, może byśmy się nie spotkali? Ogólnie uśmiech od ucha do ucha. Zna wszystkich. Pozdrawia go obsługa wyciągów, narciarze, inni instruktorzy. Z każdym pożartuje, zamieni słowo, pozdrowi… Mniej więcej od dziesięciu lat pracuje w szkole Adventure Rauris. Twierdzi:

Rauris to takie miejsce, że po dwóch dniach znasz już wszystkich. Pozdrawiają cię z daleka zarówno w miasteczku, jak i na stoku.

I ja w to wierzę.

Po kilku przejazdach rozgrzewkowych (Udo nawet nie zapiął butów), w końcu wyjechaliśmy poza trasy. Kiedy Majówka, która został „on piste” zobaczyła nasze miny, podjęła jedyną słuszną decyzję tego dnia: jadę z wami! Puchu było tak trochę ponad buty, ale robiło się ciepło, więc trzeba się było śpieszyć. Majówce utrudniały zadanie co nieco slalomki, ale i tak była zachwycona.


Udo przekazuje Majówce ostatnie uwagi przed zjazdem.

Warunki doświadczyliśmy bajkowe. Nie tylko my pokrzykiwaliśmy z radości. W pewnym momencie dojeżdżało się do lasu, a potem między drzewami do nartostrady. Na granicy lasu jednak świsnął koło nas jak burza pewien jegomość w dość oldschoolowych stroju i stylu. Wcześniej się jakoś wywalił. Niemiec. Znajomy Udo (Uda?). Krótko z przodu, długo z tyłu. Oczywiście bez kasku, czapki, za to w okularach. Potem miał wejście (a może raczej wjazd) smoka do knajpy, w której lanczowaliśmy. Nie podaję szczegółów, bo siedziałem tyłem i zanim się obejrzałem Uve, jak się nam przedstawił, już się wydobywał spomiędzy nart i kijków, w które wpadł z impetem. Majówka śmiała się spazmatycznie jeszcze długo. Rock’n’roll! – wykrzykiwał, kiedy obwieściłem, że czas na foto:


Rock’n’Roll i wejście smoka w jednym. Z lewej Udo.

Rauris to nie jest duża stacja narciarska. Nawet nie wiem ile tam kilometrów zjazdów. Trudno to porównać do Saalbach, gdzie sumę liczy się w setkach (dwie? trzy?). Udo udowodnił nam, że jeśli się wie dokąd pojechać, z małego ośrodka robi się naprawdę duży. Dominujący kolor tras to niebieski, od czasu do czasu przeplatany czerwienią. Trudno się tu zgubić i może właśnie dlatego Rauris dedykowane jest rodzinom z dziećmi oraz osobom, które przyjeżdżają tu od dziesiątków lat z sentymentu, z sentymentem.


Udo i ja.


Suma wszystkich śladów. Nie tylko naszych.


Jeden z wariantów na wiele możliwości.

To był jeden z moich ulubionych dni narciarskich. W życiu. Wiedziałem o tym kiedy wsiadaliśmy na orczyk prowadzący niemal na szczyt. Trzeba pociągnąć w dół specjalną wajchę. Inaczej „kotwica” nie zostanie odpowiednim system doprowadzona pod nasze tyłki. Trochę zapachniało inną epoką, ale ja chyba nie potrzebuję, aby wszystko lśniło, pachniało nowością i błyskało zaawansowaną technologią. Lubią takie lekko zaśniedziałe miejsca, które mają swoją historię. Kiedy w jednym z pierwszych przejazdów pojechaliśmy delikatnym wąwozem z boku trasy tuż przy lesie, spomiędzy drzew wypadła grupa dzieciaków. Jak Indianie, albo partyzanci. Przelecieli przed dziobami naszych nart wykorzystując najmniejsze choćby hopki aby w powietrzu wykonać jakiś trik, jakąś figurę. Pokrzykiwali, nawoływali się. Byli nagle i równie nagle już ich nie było. Rauris to takie miejsce, gdzie się odpoczywa. Oddycha pełną piersią. Czasem dech w tej piersi się trochę zatyka, ale to tylko wtedy kiedy się człowiek rozejrzy. Widoki to sprawiają. Piękne. Chce się tam wracać. Dziś, w dzień po powrocie do domu, odczuwszy już delikatny ciężar obowiązków domowych/rodzinnych kiedy myślę o tym tygodniu w Zell am See i okolicy, widzę to co zapamiętałem w Rauris. Zell am See, Saalbach i Kaprun też widzę, ale już muszę się jakoś tak trochę skupić. W Rauris można się zakochać, bez cienia wątpliwości, tym bardziej że mieliśmy szczęście do idealnej pogody i warunków śniegowych, trasowych i pozatrasowych.

A teraz czas na ostatni dzień nr 2.

Tak jakoś zakombinowałem, że się udało doprowadzić do zwiedzania Salzburga. Co prawda trudno to nazwać zwiedzaniem, bo mało rzeczy w życiu mi tak słabo wychodzi jak zwiedzanie, ale przynajmniej poszlajaliśmy się kilka godzin po Starówce. To niespełna pół godziny komunikacją miejską od lotniska, więc można się wyrwać czekając na samolot (polecam trolejbus nr 10). Było zimno, więc pogoda zachęcała do postojów w kawiarniach, co sobie chwaliłem. Ponieważ, jak już wspomniałem, mistrzem świata w zwiedzaniu nie jestem, wrzucę kilka zdjęć, coby może kiedyś ktoś zwolnił o sto kilometrów na godzinę mijając Salzburg autostradą i rozważył przyjemny bardzo postój i spacer. Piękne to miasto, zapewniam.


Człowiek ze złotą kulą. Jedną.


Jarmark przedwielkanocny i przedniedzielnopalmowy.


Szachiści z Hongkongu. Ten od białych bierek beznadziejny wyjątkowo.


Tu się Wolfgang Amadeusz urodził…


…A tu stać musi. Piękne fryzy w tym zaprzęgu.


Most dla zakochanych. Jedna z kłódek przedstawiała Buddę.

Znaczniki

Podobało się? Doceń proszę atrakcyjne treści i kliknij:

Dodaj komentarz

Zobacz także

Inne artykuły

maryna

Mini wywiad z Maryną po supergigancie w Lenzerheide

A teraz obiecany mini-wywiad z Maryna Gąsienicą-Daniel przeprowadzony w rejonie linii mety po supergigancie w Lenzerheide. Wiem, że trochę późno, ale pomimo to przeczytać warto. Cześć. Ponownie spotykamy się po zawodach. Tym razem prawie

maryna gąsienica daniel

Ostatnie pchnięcia

To był długi i ciekawy sezon. Na pewno ciężki dla większości zawodników, a w szczególności dla tych, którzy jeżdżą wszystkie konkurencje. Dużo podróżowania, mnóstwo startów i wszyscy są już bardzo zmęczeni. Niemniej, końcówka

AMP Narciarstwo Alpejskie

AMP 2022: Dwa oblicza wielkiego finału

Zuzanna Czapska i Paweł Pyjas (oboje AWF Katowice) zdobyli tytuły akademickich mistrzów Polski w gigancie. W slalomie zwyciężyli Maja Chyla (UJ Kraków) oraz Przemysław Białobrzycki (AWF Katowice). W Zakopanem zakończyły się

AMP Narciarstwo Alpejskie

AMP 2022: Bez dotykania tyczek

Zwycięzcami eliminacji slalomowych zostali ci sami zawodnicy, którzy byli najlepsi we wczorajszym gigancie. Na zachodzie dominacja Zuzanny Czapskiej i Pawła Pyjasa (oboje AWF Katowice), a na wschodzie zwycięstwo Mai Chyli (UJ Kraków) i Antoniego

maryna gąsienica-daniel

W Lenzerheide po dwóch latach…

Obiecałem relację, wiec być musi… Czas i sytuacja na świecie, co prawda nie napawają mnie chęcią do pisania o narciarstwie, ale życie toczy się dalej pomimo niezbyt miłych wieści stąd i zowąd. Wreszcie

Newsletter

Dołącz do nas – warto

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowościach na stronie, nowych odcinkach podcastu, transmisjach live na facebooku, organizowanych przez nas szkoleniach i ważnych wydarzeniach oraz mieć dostęp do niektórych cennych materiałów na stronie (np. wersji online Magazynu NTN Snow & More) wcześniej niż inni, zapisz się na newsletter. Nie ujawnimy nikomu tego adresu e-mail, nie przesyłamy spamu, a wypisać możesz się w każdej chwili.