tyrol

Marzenia to nie tajski masaż

Jest 19 września, na Facebooku ludzie podsumowują swoje sezony wyścigowe, a ja jestem tak głęboko roztrenowany, że już prawie zapomniałem, w którą stronę kręcić korbami, i powoli zaczynam sezon 2019. Równo miesiąc temu zszedłem/spadłem z roweru w Pruszkowie po największej porażce najlepszego sezonu w mojej przygodzie z indywidualną jazdą na czas, więc chyba teraz moja kolej, żeby napisać kilka słów o tym, co poszło z planem, a co poszło do dupy między 1 stycznia i 19 sierpnia 2018 roku.

Po pierwsze, warto wyjaśnić, dlaczego amator jeżdżący czasówki porywa się na narodowy torowy rekord i jakie myśli przechodzą przez jego pustą, łysą głowę, kiedy decyduje, że poświęci kupę czasu i furę pieniędzy na skazane na porażkę przedsięwzięcie. Cóż, powód jest dość prosty. Jeśli ktoś ma marzenia, które można kupić, to jest smutnym człowiekiem. Dla mnie cele i marzenia to coś, co pomaga mi rano wstać z łóżka, kiedy za oknem ciemno, do weekendu daleko, a w pracy roi się od ludzi, którzy w biurze zjawiają się jedynie po to, żeby odbić kartę. Przez tych kilka krótkich chwil, które spędziłem na podium na paru fajnych imprezach, nie myślałem o tym, że udało mi się pokonać dwudziestu, pięćdziesięciu czy czterystu innych zawodników. Myślałem, że warto było wstać z łóżka w ten szary jak tania srajtaśma poranek i zrobić trening bez gwarancji, że doprowadzi do historii z happy endem. To właśnie ten brak gwarancji odróżnia marzenia, które można kupić w sklepie, od tych, które co roku popychają mnie o krok dalej i motywują do działania.

piotr klin
Marzenia to nie tajski masaż. Czasem mimo wielu przejechanych kilometrów i wydanych pieniędzy na końcu nie czeka na nas historia z happy endem.

Patrząc na czasówki w 2018 roku, mogę być bardzo zadowolony. Z punktu widzenia sprzętu nie zmieniłem zbyt wiele w porównaniu do zeszłego sezonu. Nowy kombinezon, buty i pedały z pewnością urwały kilka watów, ale większość progresu trzeba było wyjechać nogami. Z ciekawszych statystyk – w 2018 roku nie pojechałem żadnej z moich ukochanych dziesiątek (10 mil) powyżej 20 minut. Pamiętam, jak kilka lat temu walczyłem, żeby złamać tę magiczną granicę. W lipcu po wykręceniu 19:05 byłem zły, że nie udało się zejść poniżej 19 minut, i zupełnie przegapiłem fakt, że był to nowy rekord trasy i pierwsza czasówka, jaką pojechałem ze średnią powyżej 50 km/h. Dosyć podobne myśli przechodziły mi przez głowę po przejechaniu trasy mistrzostw Anglii 2015 w 19:37. Trzy lata temu w tamtym czempionacie zająłem 55. lokatę i do mistrza straciłem 1:43.

Może lepiej, że nie pojechałem tej dziewiętnastki trzy lata temu, bo przegrałbym złoto o sekundę

– to była moja pierwsza myśl po sprawdzeniu wyników. Dlaczego nie było to coś w stylu

Nareszcie złamałem 20 minut na tej trasie i zbliżyłem się na sekundę do rekordu?

Nie wiem, może po prostu dobry ze mnie zjeb. Jako jeden z punktów przygotowań do godziny na torze wystartowałem w kilku 25-milowych czasówkach i udało mi się złamać kolejną granicę, tym razem 50 minut (49:21), i przyznam się, że w tym przypadku byłem po prostu zadowolony – kolejny mini cel odhaczony.

Szczyt sezonu przypadający na środek sierpnia rozpoczął się koncertowo. Koszulka MP TT jedzie do Coventry na kolejny sezon. Nie było łatwo i nie wydaje mi się, że byłem najmocniejszym zawodnikiem w stawce, ale wyścigi kolarskie nie są po to, żeby być w nich najsilniejszym, tylko po to, żeby je wygrywać. Bogatszy o doświadczenia z minionych sezonów postarałem się zadbać o wszystkie detale: plan wyścigu dopasowany pod kierunek i siłę wiatru, dokładny rekonesans trasy z analizą długości i sekwencji podjazdów/zjazdów, zoptymalizowany łańcuch itp. itd. W skrócie wat do wata, a będzie sałata. Dodatkowym i niespodziewanym bonusem było znalezienie sponsora nadchodzącej próby bicia rekordu – firmy Cart-Pack. Jednak to prawda, że trzeba być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Następnego dnia podczas jazdy parami niestety wyszedł brak doświadczenia i objeżdżania, jako że w Polsce zjawiam się od wielkiego dzwonu i z Arturem nie mieliśmy okazji potrenować razem. Nasz przejazd podczas MP, jak na pierwszy trening, poszedł w miarę nieźle – wystarczył na brąz. Historia środowych MP TTT była nader zwięzła. Mistrzostwa odwołano z powodu braku wniesienia opłat startowych przez drużyny. Dziękuję, dobranoc… kurtyna.

O gwoździu programu (a raczej gwoździu do trumny), czyli próbie pobicia rekordu w jeździe godzinnej, można by napisać książkę, co zresztą udowodnił Michael Hutchinson. Prawda jest taka, że to zupełnie inne doświadczenie niż start w jakichkolwiek zawodach. Po pierwsze, zawody trzeba zorganizować, po drugie, jest się jedynym startującym, a po trzecie – i tak można przegrać. Biorąc pod uwagę ilość pracy, jaką trzeba było włożyć w przygotowanie i organizację tego przedsięwzięcia, dziś mogę powiedzieć, że stanięcie na starcie próby było swego rodzaju linią mety. Zanim napiszę o szczegółach przygotowań i pomocy, jaką otrzymałem od wielu ludzi dobrej woli, szybko odpowiem na kilka uwag/pytań, które przewinęły się przez internet po próbie:

Przełożenie zdecydowanie za twarde na tor

Niestety, mimo że padło parę uwag tego typu, nikt nie podzielił się swoimi doświadczeniami z własnych prób jazdy godzinnej. Dobrze wiem, że Bradley Wiggins mielił 58×14 podczas swojej próby, ale w przeciwieństwie do mnie spędził na torze więcej czasu niż ojciec Rydzyk za sterami Radia Maryja. Równie dobrze mogę powiedzieć, że Molly van Houweling pobiła rekord jadąc z kadencją w okolicach 80 obr./min, Martin Toft Madsen jechał lekko poniżej 100, a ja planowałem kręcić 95. Dlaczego? Ponieważ od początku wiedziałem, że czas, jaki będę mógł spędzić na torze, będzie ograniczony, więc ustawienie roweru chciałem zbliżyć jak najbardziej do mojego treningu i ustawienia na rowerze czasowym. Przed następną próbą obiecuję przetestować różne ustawienia. 58×14, 60×15, 60×15, 58×15…

Ręce były za wąsko i dlatego nim rzucało

Patrz punkt pierwszy. Jeśli chodzi o ustawienie rąk i fakt, że podpórka nie miała żadnego paddingu, nie było to dla mnie żadnym problemem, ponieważ jeżdżę w takiej pozycji na rowerze TT przez cały sezon. Głównym problemem było ustawienie głowy. Boleśnie przekonałem się o tym po 25 minutach jazdy na welodromie. Podczas czasówek można opuścić wzrok na parę metrów przed siebie i co kilkanaście sekund patrzeć w dal. Na torze, aby nie przestrzelić zakrętu bądź nie zostać przez niego wciągniętym na Cote d’Azur, trzeba jechać cały czas w pozycji „w dal” albo podobnie jak Martin Toft Madsen opuszczać głowę na prostych i podnosić ją na zakręcie. Do tego potrzeba więcej czasu na torze, co planuję przed następną próbą. Reasumując – rzucało mną, bo brakowało mi objeżdżenia na torze, a potem po prostu nie wiedziałem, gdzie jadę.

46,7 km a 49,5 km to przepaść

Tak i nie. Po pierwsze, jadąc zygzakiem, nadłożyłem około 1000 m. Oczywiście nikt nie jedzie idealnych 250-metrowych rund, ale wynik w okolicach 200 m naddatku jest osiągalny przy następnej próbie. W pewnym momencie, gdy zdałem sobie sprawę, że miota mną po torze, spuściłem z mocy i skupiłem się na patrzeniu jak najdalej przed siebie, aby polepszyć tor jazdy. Wiedziałem, że rodzina i trener pomyślą, że zaczyna mnie odcinać i istnieje prawdopodobieństwo, że spadnę z roweru. Nie chciałem, żeby ściągnęli mnie z toru przed upływem godziny, więc musiałem przejść w „emergency mode”. Dodatkowo zmiana pozycji z batów na bull horny, spowodowana opadaniem głowy, podniosła moje średnie CdA (efektywną powierzchnię czołową – przyp. red.) przejazdu. Reasumując – przepaść między 46,7 km a 49,5 km jest do zasypania przez utrzymanie pozycji, utrzymanie toru jazdy i zmianę ustawienia głowy.

OK, teraz czas na parę słów o przygotowaniach. W kolarskim światku chodziły słuchy o jednym z czołowych polskich czasowców planującym atak na rekord świata w Aguascalientes na początku 2019 roku. Nawet w przypadku niepowodzenia oznaczałoby to przeniesienie rekordu Polski poza kod pocztowy moich możliwości. Z powodu dość mocno ograniczonych ram czasowych plan przygotowań musiał oprzeć się na pozycji i treningu pod czasówki.

Poza przygotowaniem fizycznym do organizacji próby niezbędne było znalezienie odpowiedniego sprzętu i zaprojektowanie niektórych z komponentów. Tu podziękowania dla chłopaków z WattShop, którzy na podstawie swoich doświadczeń doradzili wybór ramy Scott Plasma 3. Jako że ramy torowe są dobre pod względem aerodynamiki, są też dość trudno dostępne i nader kosztowne, a tańsze są równie aerodynamiczne co przystanek autobusowy. Kokpit, który był oczywiście legalny z punktu widzenia UCI, bo możecie go nabyć w sklepie cyklon.eu, pochłonął również wiele godzin pracy przed monitorem komputera. W tym miejscu chcę podziękować mojemu pracodawcy WMG za dostęp do oprogramowania, chłopakom z uniwersyteckiego warsztatu za dostęp do oprzyrządowania i Marcinowi Lirskiemu z serwisu Cyklon za finalne dosmaczanie ustawienia kokpitu.

Na torze nie ma bocznych wiatrów (no dobra, są na wirażu, ale to temat na zupełnie inną okazję), więc można pozwolić sobie na podwójne dyski, które jako sprzęt dość niszowy i specjalistyczny do tanich nie należą. W tym miejscu znów czas na podziękowania, tym razem dla Briana Walkera z firmy Walker Brothers, który użyczył parę dysków na moją próbę. Sprawdziły się wyśmienicie, tylko tym razem zawiódł człowiek. Na tym samym sprzęcie rekordy Danii i świata bili odpowiednio Martin Toft Madsen i Victoria Bussi. Dodatkowo firma produkuje szerokie dyski czasowe, więc na co czekacie?

Podczas jazdy na torze nie można używać nakładek na buty, bo – jak wiadomo – wszystkie dodatki/owiewki, których jedynym celem jest poprawa aerodynamiki, są zabronione przez UCI. W przypadku czasówek jest to dozwolone jako część garderoby ochraniająca przed niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. W ramach poszukiwania, a raczej gubienia watów, zdecydowałem się na zmianę wysłużonych Sidi Wire i pedałów Shimano na parę Specialized Sub 6 i Speedplay Aero. Jest to na tyle fajne i wygodne połączenie, że stało się ono częścią mojego ustawienia na czasówki, z oczywistym dodatkiem owiewek na sznurówki.

W życiu chodzi o to, żeby być w dobrym miejscu o właściwym czasie. Tu z pomocą przyszli Grzegorz Turkiewicz i Dominik Kapusta. Pierwszy to szef komisji Masters ze znajomościami we wszystkich zakątkach PZKol-u. Dzięki jego pomocy możliwa była rezerwacja toru w celu przeprowadzenia treningów przed próbą, organizacja nagłośnienia, a także ekspresowe uszycie kombinezonów z logo nieoczekiwanego sponsora, firmy Cart-Pack. Dominik to człowiek od „kabli, sygnałów i elektrorzeczy”, dzięki któremu mogliśmy monitorować gęstość powietrza w miesiącach poprzedzających próbę, aby wybrać optymalny czas startu.

Z okazji mojej próby miałem wielką przyjemność wzięcia udziału w kilku audycjach na falach radia Weszło FM i Programu 1 Polskiego Radia. Kilkanaście miesięcy temu, gdy w mojej głowie rodził się plan podjęcia próby bicia rekordu, nawet nie marzyłem, że podkładem dźwiękowym do moich zmagań będą głosy polskiego kolarstwa, czyli Adam Probosz i Igor Błachut, którym udało się wpasować Pruszków między Binck Bank Tour a Colorado Classic.

Po następnej próbie napiszę więcej o przygotowaniach treningowych, które będą dużo bardziej specyficzne i przez to o wiele ciekawsze. Z moim trenerem Markiem Powellem musieliśmy zapuścić się w nowy, mało uczęszczany teren treningowy, czyli jazdę godzinną. Obaj wiemy, że za błędy, które popełniliśmy tym razem, już zapłaciliśmy. Teraz pozostaje jedynie wyciągnąć z nich naukę.

Oprócz pomocy kolarsko-sprzętowo-treningowej, o której już pisałem, za próbą stała armia ludzi, których świat nie zawsze kręci się wokół dwóch pedałów. Oczywiście próbę wspierali rodzice, którzy z Lublina przytargali laptopa i drukarkę, żeby było jak wydrukować protokół i raport z próby, a po porażce zostawili kopertę banknotów, żeby zapić smutki z ekipą kibiców/pomocników. Skład wspomnianej ekipy był międzynarodowy. Poza moim przyjacielem Cyniem, który na czas MP i przygotowań zapewnił mi dach nad głową, moje zmagania z rekordem przyjechała oglądać ekipa klubowych kolegów z Anglii. Do tego grupa chłopaków, których na co dzień trenuję, służyła pomocą przy łapaniu międzyczasów podczas treningów i poprawianiem gąbek, które z uporem maniaka przejeżdżałem podczas samej próby. Wielkie dzięki dla przyjaciół, kolegów, znajomych i nieznajomych, którzy poświęcili kilka godzin handlowej niedzieli na oglądanie, jak kręcę się bez celu po pruszkowskim torze. Za sprawą blogów przemekzawada.comvelodame.pl, a także weszlo.fm na torze nie było pusto ani cicho.

piotr klin
Wraz z upływem czasu coraz częściej „łapałem” gąbki, jadąc po nieoptymalnej linii toru

Jak widzicie, strasznie się rozpisałem, ale na podsumowanie wrócę na chwilę do pytania – po co to wszystko? Cóż, żeby kiedyś żyć wspomnieniami, na początku trzeba je mieć. Przez te kilka miesięcy spotkałem ludzi, których w normalnych okolicznościach nie dane byłoby mi poznać, i zebrałem bagaż doświadczeń, który na lotnisku spokojnie zasłużyłby na plakietkę „heavy”. Tym razem się nie udało, ale o to tu właśnie chodzi. Marzenia to nie tajski masaż. Czasem mimo wielu przejechanych kilometrów i wydanych pieniędzy na końcu nie czeka na nas historia z happy endem.

PS No i podziękowania dla Michała „Chomika” Szyplińskiego za miejsce na publikację moich wypocin i transmisję live z wydarzenia. Chomik, fajny chłopak z ciebie.

Znaczniki:
Podziel się:

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowościach na stronie, nowych odcinkach podcastu, transmisjach live na facebooku, organizowanych przez nas szkoleniach i ważnych wydarzeniach oraz mieć dostęp do niektórych cennych materiałów na stronie (np. wersji online Magazynu NTN Snow & More) wcześniej niż inni, zapisz się na newsletter. Nie ujawnimy nikomu tego adresu e-mail, nie przesyłamy spamu, a wypisać możesz się w każdej chwili.

Dodaj komentarz

NOWY NUMER

Magazyn NTN
za darmo

Tylko subskrybenci naszego newslettera (bez spamu, wyłącznie informacje o dużych nowościach na stronie, transmisjach live, naszych szkoleniach i ważnych wydarzeniach) dostają dostęp do nowych wydań Magazynu NTN Snow & More w wersji online kilka dni po ukazaniu się numeru na rynku. Zupełnie za darmo. Pozostali mogą oglądać tylko wydania archiwalne. Zapisz się – to się opłaca!