Drugi dzień w Geilo. Wczoraj daliśmy sobie jeszcze w kość na biegówkach. To niesamowite ilu ludzi biega tutaj na nartach. Biedna Justyna. Trenerzy w Norwegii mają z kogo wybierać. Mijamy rodziny z dziećmi w sankach ciągniętych przez pieski. Mijają nas ludzie, którzy cisną z łyżwy w takim tempie, że na sam widok tracę dech. Najpierw wspięliśmy się na sporą wysokość ponad nasz „hytte gård”. Zjazd był gorszy. Grześ i Andrzej mieli szersze śladówki z krawędziami, ja wyczynowe dobrze posmarowane zapałki. Złapałem prędkość i próbowałem utrzymać się w torach. Na próżno! Na jednym z ostrzejszych zakrętów postanowiłem wyskoczyć i przyhamować pługiem. Głupi pomysł, którego efektem była spektakularna gleba. Nikt nie upada tak malowniczo, jak narciarz biegowy! Kolejny dzień jest szary i wietrzny. Za to na trasach prawie nikogo. Po nartach niespodzianka. Okazuje się, że droga numer 7 przez Hardangervidda jest zamknięta z powodu zawiei. Do Røldal trzeba objechać za pomocą E134 – bagatela – ponad 300 kilometrów. Na viddzie jest zawieja, ale niezliczona liczba pługów utrzymuje drogę w przejezdną. Podróż zamiast trzech zabiera nam siedem godzin i wreszcie po 22.00 jesteśmy na miejscu: w domku pomiędzy czterometrowymi zaspami. Śniegu nam nie zabraknie. Jutro freeride w Røldal. Będzie bosko, to pewne.

Moje rodzinne ferie na nartach – uczę się jeździć w ośrodku Stubai w Tyrolu!
Rodzinne wyjazdy na narty są dla nas zawsze kompromisem. Nie każdy jeździ na tym samym poziomie, nie każdy cieszy się adrenaliną na czarnej trasie. Jak pogodzić różne potrzeby podczas wyjazdu narciarskiego





