Włoska uczta narciarska w Trentino

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter

Przyszła jesień, więc tak, jak obiecałam w mojej krótkiej wiosennej relacji, spróbuję teraz wzmożyć Wasze narciarskie apetyty na poznanie Trentino z kompletnie innej perspektywy niż ta, którą na co dzień widujecie w katalogach lub doświadczacie na włoskich stokach. Napiszę o tym, jak można na nowo zauroczyć się regionem, do którego jeździłam ponad dziesięć lat jako instruktorka narciarstwa, przekazując swoją wiedzę i pasję do tego sportu. Wtedy wydawało mi się, że znam Dolomity jak własną kieszeń. Po sześciu latach nieobecności we włoskich górach, przytrafiła mi się miła niespodzianka, która pokazała, że się mylę.

Miałam już kończyć sezon, nawet schowałam narty na strych. Choć był dopiero marzec, zaczynało mi po prostu brakować dni urlopowych po intensywnych wypadach w sezonie. W takich momentach nie ma nic lepszego jak telefon od Michała Szyplińskiego z propozycją na wyjazd na zaproszenie od regionu Trentino. Oprócz tego, że zrobiło mi się niezmiernie miło i poczułam się wyróżniona przez redakcję, to od razu zaczęłam obmyślać plan, jak wyjechać na kolejne narty, chociaż dopiero z jednych wróciłam. Oczywiście z pasji do narciarstwa zawsze rozwiązanie się znajdzie, żeby pośmigać kilka dni więcej. I tak stało się tym razem. Z przyjemnością się spakowałam, uwzględniając nawet szpilki na “wieczorowe” wyjścia i bez problemu, co do mnie niepodobne, wstałam na samolot o 5 rano.

Na lotnisku spodziewałam się licznej grupy osób, tak samo zaproszonych jak ja na wyjazd. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że lecimy we cztery osoby, każdy z nas z innej redakcji, co w trakcie wyjazdu okazało się ciekawym pretekstem do dyskusji o pasji do gór z różnych perspektyw. A wiadomo, że o nartach we Włoszech można by wiele rozmawiać, bo to zapewne zimowy plan niejednej osoby. Nie ma co się dziwić. Włochy mają zarówno piękne Dolomity, jak i Alpy, niezliczoną liczbę tras, a do tego wyśmienitą kuchnię i zazwyczaj pewną słoneczną pogodę.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, urzekło mnie coś zupełnie innego. Przede wszystkim lokalni ludzie, a szczególnie osoby, które się nami opiekowały. Gościnność i uśmiech na twarzy Włochów powoduje, że czujesz się tam jak w domu. Do tego niesamowita precyzja i staranność w przygotowaniu każdego metra tras zarówno do narciarstwa alpejskiego, jak i biegowego. A ponad wszystko kameralnie ukryte, a jednocześnie zapierające dech w piersiach trasy.

Zacznijmy od Val di Fiemme

To była pierwsza dolina z regionu Trentino, w której się znalazłam. I tu już na początku spotkała mnie niespodzianka, bo okazało się, że będę mieszkać w Cavalese, w którym o dziwo nigdy nie byłam. Do tego zamiast w dużym turystycznym hotelu spałam w kameralnym, rodzinnym hoteliku Orso Grigio w kamienicy ukrytej na małej uliczce tego miasteczka. Był dopiero po renowacji, zaaranżowany w przepięknym mieszanym stylu uwzględniającym nowoczesne rozwiązania z lokalną architekturą. We wnętrzach pachniało świeżym drewnem, a ja dostałam ogromny pokój na poddaszu z przepięknym widokiem na starówkę Cavalese i góry. Bajka! Już jutro będę tam jeździć.

Dosłownie do upadłego jeździłam w ośrodku Alpe Cermis, zaraz przy Cavalese, gdzie wśród zaledwie (lub też aż) 20 km tras każda była idealna! W takich momentach myślę sobie: po co nam 100 km tras, wśród których może cztery są warte uwagi, jeśli w Alpe Cermis jest mniej, ale za to jakie! Niezależnie, gdzie pojechałam, było szeroko ze zróżnicowanym nachyleniem i zakrętami, a przy okazji z niesamowitą widocznością terenu w dół. Mnie najbardziej zauroczyła trasa Prafiori. Idealnie położona, trochę z boku od reszty, z potencjałem zarówno do zabawy nartami, jak i jazdy sportowej. O ile oczywiście mówimy o narciarstwie alpejskim. Bo Alpe Cermis znane jest przede wszystkim z finałowego podbiegu w narciarstwie biegowym Tour de Ski, który aż czterokrotnie wygrywała Justyna Kowalczyk. Podsumuję tak: dla mnie męczący był zjazd na nartach tą historyczną trasą, a czym dopiero musi być wyścig pod górę ostatnimi dwoma czarnymi odcinkami trasy Olimpia. 7200 m długości i 1350 m różnicy wzniesień „pali uda”. Polecam każdemu obejrzenie za siebie po zjeździe i wyobrażenie sobie, że w dokładnie odwrotną stronę biegną do góry maratończycy narciarstwa biegowego. Podobno niektórzy na górze wcale nie są zmęczeni!

Nic dziwnego, bo w Val di Fiemme miejsc do trenowania narciarstwa biegowego jest bardzo dużo. Perełką jest przepięknie położony ośrodek Lavaze z pełną gamą idealnie przygotowanych torów. Tu naprawdę można ćwiczyć wydolność i siłę, biorąc pod uwagę fakt, że Lavaze położone jest na płaskowyżu na 2000 m n.p.m. Co to jeszcze oznacza? Niezapomniane widoki z treningów biegowych o zachodzie słońca tuż po powrocie ze stoków.

Z dodatkowych ciekawostek w skrócie wspomnę, że w Val di Fiemme na skoczniach w Predazzo (widocznych z gondoli i tras) wygrywali w skokach narciarskich zarówno Adam Małysz, jak i Kamil Stoch. Co najmilsze, ich sukcesy wraz z osiągnięciami Justyny są przez mieszkańców Cavalese bardzo docenianie! I to chyba jest największy urok tej przepięknej doliny: niesamowici ludzie przepełnieni górską energią, brak tłumów, a warunki bajkowe!

Przenieśmy się na chwilę do Val di Fassa

To już trochę inna dolina z innego typu urokami. Val di Fassa znana jest przede wszystkim z Sella Rondy, a dokładniej z ośrodka narciarskiego Belvedere, czyli jednego z jej etapów. Powrót na trasy Belvedere, na których pracowałam jako instruktorka, był dla mnie przemiłą reminiscencją, bo to mój ulubiony odcinek Sella Rondy. Tu także jest szeroko, czuć przestrzeń i jest niesamowita widoczność, szczególnie dla tych, którzy lubią się rozpędzić. Dodatkowo na wyciągnięcie ręki są tutaj szczyty Marmolady i Sassolungo, które przypominają o pięknie, a zarazem niedostępności gór o „czerwonych” barwach przy zachodzie słońca. Każdego zachęcam do wjazdu kolejką na Sass Pordoi (2950 m n.p.m.) przed zamknięciem wyciągów. Ten widok zapiera dech w piersiach! Dodatkowo popołudniowe światło pozwala zobaczyć magiczną czerwień, o której wspomniałam.

Jeśli ktoś ma zaś ochotę poczuć Marmoladę “na wyciągnięcie ręki”, to przejazd nową otwartą gondolą Alba-Col dei Rossi nie pozwoli oderwać nosa od szyby. Gdyby nie fakt, że jest to kolejka pomiędzy ośrodkami Belvedere z kameralnym Ciampac, czyli jest „zwykłym” łącznikiem, to mogłabym nią jeździć tam i z powrotem.

W Ciampac również pojeździłam do upadłego, szczególnie po dwóch mrożących krew w żyłach czarnych trasach: Ciampac i Vulcano. Czarnych z prawdziwego zdarzenia, czyli stromych, szerokich, krętych, do tego pustych i z idealnym śniegiem. I znowu mały ośrodek, a tyle narciarskiego szczęścia! Jazda w pozostałych miejscach, czyli w Col Rodella i Pozza di Fassa, gdzie kadra narodowa Włoch w slalomie ma swój oficjalny stok treningowy, również sprawiły mi dużą niespodziankę. Wniosek mam tylko jeden – warto było zboczyć z najbardziej mi znanych i ulubionych ośrodków, jak Belvedere. Z każdym zjazdem chciałam więcej, bo nie mogłam nacieszyć się widokami dokoła i tym, co mam pod nartami.

Co tu dużo pisać, okoliczności narciarskie, kulinarne oraz interpersonalne, którymi ugościł mnie region Trentino i jego przedstawiciele, sprawiły, że miałam apetyt na więcej, choć był koniec sezonu. Zarówno w Val di Fiemme, jak i Val di Fassa tajne, zapierające dech w piersiach trasy okazały się największą wartością obydwu dolin. A żeby tego było mało, podczas mojego pobytu były one całkowicie puste z idealnym jak śniegowy dywan podłożem – tylko dla mnie. Ku mojemu zaskoczeniu pomimo połowy marca duża ilość śniegu powodowała, że do zamknięcia wyciągów o 17 nie pojawiały się żadne muldy ani wodnista papka. Dla pasjonatki narciarstwa oznaczało to jazdę do granic wytrzymałości!

I to by było chyba na tyle na wzmożenie Waszego narciarskiego apetytu. Najlepiej sami zapakujcie narty, pojedźcie i sprawdźcie. Jeśli chodzi zaś o „ucztę” wspomnianą w tytule, to oprócz narciarskiej była też dosłowna. Nie będę się za bardzo przyznawać, ile zjadłam, dodatkowe kilogramy po powrocie mogą świadczyć tylko o tym, że jedzenie, jakim poczęstowano mnie zarówno w Val di Fiemme, jak i Val di Fassa, czy to na stoku, czy w miasteczkach, było wyśmienite! Ale nie o kulinariach miałam tu pisać, choć myślę, że uczta narciarska w tym sezonie zapowiada się w Trentino przepysznie!

Znaczniki:
Podziel się:
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowościach na stronie, nowych odcinkach podcastu, transmisjach live na facebooku, organizowanych przez nas szkoleniach i ważnych wydarzeniach oraz mieć dostęp do niektórych cennych materiałów na stronie (np. wersji online Magazynu NTN Snow & More) wcześniej niż inni, zapisz się na newsletter. Nie ujawnimy nikomu tego adresu e-mail, nie przesyłamy spamu, a wypisać możesz się w każdej chwili.

Dodaj komentarz

Magazyn NTN
za darmo

Tylko subskrybenci naszego newslettera (bez spamu, wyłącznie informacje o dużych nowościach na stronie, transmisjach live, naszych szkoleniach i ważnych wydarzeniach) dostają dostęp do nowych wydań Magazynu NTN Snow & More w wersji online kilka dni po ukazaniu się numeru na rynku. Zupełnie za darmo. Pozostali mogą oglądać tylko wydania archiwalne. Zapisz się – to się opłaca!