Urbanowicz na wtorek

Postanowiłem sobie powspominać. Może komuś co fajnego się też przypomni, a przy okazji będzie tu już po części spisane. Może moi synowie na to kiedyś napatoczą, wywoła to u nich refleksję i przyjdą im do głów jakieś pytania? Przez kilka ładnych lat jeździliśmy na obozy do Krynicy, a konkretnie na Jaworzynę. Były to czasy sprzed ery inwestycyjnej, w której powstała współczesna infrastruktura, czyli gondola. W „naszych” czasach (przełom lat 80./90.) dopiero mówiło się o nieśmiałych planach wybudowania na zboczach Jaworzyny kolejki z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście nikt z nas w owe pomysły nie wierzył, bo „lepsze jest wrogiem dobrego”. To jedno z powiedzonek ulubionych przez naszego trenera Oktawiana Sarnę, który był czołowym polskim pięcioboistą lat osiemdziesiątych. Jego żona Magda również, do pięciobojowej Legii trafiła z pływania (finalistka wyścigu na 400 m zmiennym na igrzyskach w Moskwie 1980). Tawi wraz z żoną Magdaleną organizowali te obozy. Zatem trenowaliśmy pięciobój nowoczesny w warszawskiej Legii, a świąteczne (Boże Narodzenie i Wielkanoc) obozy narciarskie były feryjnym dodatkiem do wyczynowego sportu. Mieliśmy kilkanaście lat i czynnik nieśmiertelności znacznie przekraczał wyobrażenie, zdrowy rozsądek, dobry smak, a czasem nawet ramy nakreślone po latach przez ekipę Johnny’ego Knoxville’a. Robiliśmy naprawdę głupie rzeczy. Po wielokroć.

Mieszkaliśmy w schronisku im. Piłsudskiego. Drewnianym. Zapyziałym doszczętnie. Przeciągi. Nieszczelne, wypaczone okna. W środku bywało zimno. Bardzo zimno. Budziliśmy się około 4-5 nad ranem skostniali, przemarznięci. Schodziliśmy do kotłowni, a tam czekały na nas podkłady kolejowe, którymi musieliśmy napalić w piecu. Rąbanie tych kłód stanowiło naprawdę dobry trening siłowy. Trafialiśmy zazwyczaj na naprawdę świetną, śnieżną i mroźną zimę. Kiedyś tak było, serio. „Ułazy” nie były w stanie wjechać na górę z zaopatrzeniem. Droga zasypana. W związku z tym dogadaliśmy się z ludźmi z obsługi wyciągu. Co drugi dzień dowozili zatem żarcie tak wysoko jak się dało (tam gdzie zostawiali swoje auto – chyba Czarny Potok), a my schodziliśmy w umówione miejsce i sami targaliśmy sobie zakupy na górę. Niby nic w tym dziwnego, ale wyobraźcie sobie teraz, że wysyłacie swoje dzieci na ferie z pełnym wyżywieniem, a owo wyżywienie dzieci same targają na garbach, a potem… sami sobie jeszcze szykują. Ów ajent gotował tylko obiady. Tylko i aż. Urządzaliśmy zwyczajowy wyścig z dworca do schroniska (jechaliśmy koleją, nocną rzeźnią, z pamiętną walką o miejsca siedzące). Wiedzieliśmy, że narty wjadą „ułazem”, więc cisnęliśmy w górę jak oparzeni. Jak wspominałem, trenowaliśmy pięciobój, więc wybiegani byliśmy solidnie. Tempo zdrowe. Wpadliśmy na górę, wypijamy po nielegalnym dla nas piwie (po coś w końcu się tak spieszyliśmy, aby wspiąć się do schronu jak najwcześniej przed trenerami), a tam słyszymy przez CB, że mamy wracać, bo terenówka się zagrzebała. Trzeba było więc narty i plecaki jednak wnieść samemu. Cóż. Odbył się zatem wyścig numer 3. Z bambetlami i nartami na ramieniu. Nr dwa był oczywiście w dół. Wtedy zawsze się ścigaliśmy, a kto był ostatni, miał przechlapane. Szydery nie było końca.

Jeśli wyobrażacie sobie, że przyjeżdżaliśmy na miejsce, rzucaliśmy graty i szliśmy jeździć na nartach, to się mylicie. Wszystko się niby zgadza, prócz tej jazdy. Pierwsze trzy dni bowiem spędzaliśmy na… deptaniu. Całą grupą, naprawdę solidarnie, udeptywaliśmy śnieg. W górę podchodząc narta przy narcie i zsuwając się w dół. Nie był to sztruks, jak się zapewne spodziewacie. Ślizgi zdzieraliśmy do żywego mięcha. A łataliśmy je u zaprzyjaźnionego GOPR-wca, który nas uczył harcerskich sposobów. Idealne do łatania dziur w ślizgach okazały się… butelki po kroplówkach. Należało je pociąć na paski, podpalić, a topiąca się materia kapała wypełniając ubytki. Potem cyklinowanie żmudne. W chwilach odpoczynku szykowaliśmy skocznie. W kwestii skakania jeńców się nie brało. Nie mieliśmy skrupułów, a o kontuzjach się wtedy nie słyszało. Jeździło się na bardzo długich nartach, bez taliowania oraz w piankowych spodniach. Odzież techniczna, „oddychające” tkaniny? Hehe, dobre sobie… Pierwsze swoje takie dorosłe narty połamałem na skoczni. Na drugim takim obozie. Drugie starzeją się z godnością w piwnicy. Pamiętam, że miałem buty (bodaj Nordiki), z pompką. Takie air maksy ;). Bajer. Nikt nie jeździł w kasku, choć już wtedy mieliśmy taką refleksję, że jednak powinniśmy. Śmialiśmy się, że rolę amortyzatora pełnią pompony w czapkach. Ja miałem w domu kask hokejowy, ale to byłby lepszy obciach, więc używałem go tylko do gry w hokeja na prymci (sielecki staw).

To se ne vrati. Totalna beztroska, nauka życia, niekończący się śmiech.

***************

Pojawiają się w sieci (a może były od dawna, ale nie śledziłem) umizgi z niemalże żądaniami pozytywnego pisania o polskich narciarzach, o ich sukcesach. Nie dziwię się, bo ile można czytać, że jest źle, skoro oczywiście jest źle. Przez kilka lat pracy w NTN udało mi się wypracować pewien system kooperacji z kilkoma osobami. Przykładowo pan Wojtek Bębenek (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, to ojciec jednego z naszych najlepszych młodych narciarzy) raportował z placu boju. Co jakiś czas dostawałem mejl z opisem wydarzeń, zdjęcia. Dzięki temu dało się czegoś dowiedzieć o tym, co się dzieje u Szymka, jak sobie radzi na zawodach. Po kilku latach, kiedy pisuję o narciarstwie nie w trybie codziennym (choć regularnie), komentuję w telewizorze, jak trafiam na nazwisko Bębenek, zapala mi się pewna lampka, pojawia się skojarzenie. Zresztą nie tylko ten tata pisał o swoim synu. Pojawiały się teksty wielu zawodników, którym zależało, aby środowisko racingowe cokolwiek wiedziało co się dzieje, co u nich. Pozwoliłem sobie zagłębić w panel administracyjny strony i sprawdzić na wyrywki, kto ile tekstów nam (na strony skifighters.pl i ntn.pl) podesłał:

Karolina Riemen 23
Maciej Bydliński 52
Agnieszka Gąsienica Gładczan 8
Mateusz Habrat 16
Jakub Ilewicz 36
Szczepan Karpiel 21
Karolina Klimek 5
Aleksandra Kluś 3
Paweł Palichleb 4
Filip Rzepecki 23
Wojciech Szczepanik 17

Wymieniłem tu nazwiska, które w jakiś sposób i na jakimś etapie były (lub wciąż są) „medialne”. Często wynikało to z faktu, że zawodnicy ci mieli kontrakty sponsorskie (rękawiczki, narty, kaski). Używali więc naszych stron jako platformy do autoprezentacji i wypełniania zobowiązań wobec inwestorów. Odrobina wysiłku i miało to jakieś przełożenie. Była podkładka: „dostałem fajoskie kijki, proszę oto publikacja na ten temat”. W dzisiejszych czasach jest to nawet jeszcze łatwiejsze. Wystarczy założyć profil w mediach społecznościowych, odpalić aplikację, nagrać kilka słów komentarza (nic nie trzeba pisać!!!) i puścić w świat. Wysłać mejla, esemesa, nawiązać jakkolwiek kontakt. Nie mówię tu o posługiwaniu się pismem obrazkowym typu biceps, kciuk w górę, uśmieszek, przymrużone oko… Może w tym pomóc tata, brat, narzeczona, ktokolwiek… inna osoba, która wierzy w sens uprawiania sportu przez danego zawodnika. Na pewno znajdzie się ktoś chętny do współpracy z najbliższego otoczenia, niekoniecznie komercyjnie. O dokonaniach Karoliny Riemen-Żerebeckiej informuje agencja PR, która co jakiś czas rozsyła informacje prasowe. Nie każdy jednak ma taki komfort, ale to wynika, w uproszczeniu, z poziomu sportowego. Lecz te najprostsze zabiegi są możliwe bez większych nakładów finansowych. Zachęcam do tego. Z doświadczenia wiem, że dziennikarzom warto podsuwać gotowca, materiały, które ułatwią zacytowanie, poszerzą znajomość tematu. Z różnych względów pisanie o narciarstwie alpejskim wciąż w naszym kraju stanowi niszę. Fakt, że miliony jeżdżą na nartach nie oznacza, że się interesują sportem. Wiem jak wielkie wyzwanie stanowi wydawanie magazynu narciarskiego takiego jak NTN Snow & More (miewam też informacje od konkurencji, że różowo nie jest). Hobby, często kosztowne, nie przynoszące kokosów. Klikalność niusów narciarskich w sieci też nie powala. Na pewno to wszystko się zmieni, jak się pojawi mityczna para Małysz & Kowalczykówna narciarstwa alpejskiego. Wtedy Puchar Świata w Eurosporcie będzie gromadził miliony przed telewizorami, a nie tysiące. Tymczasem tak nie jest i musimy zrobić jeszcze więcej względem promocji. Ostatnie zdanie kieruję do zawodników, trenerów, branży.

Smacznego niedźwiedziego mięsa w górach życzę.
Do zobaczenia w górach i usłyszenia na Legii oraz w Eurosporcie.

Znaczniki

Podobało się? Doceń proszę atrakcyjne treści i kliknij:

3 komentarze do “Urbanowicz na wtorek”

  1. Bardzo łatwo jest powiedzieć żeby zawodnicy pisali do redaktora. Tylko pan zapomniał, ze zawodnicy (ci prawdziwi) w Polsce sami robią sobie narty i organizują treningi. Niestety z czasem u nich kiepsko

    Odpowiedz
    • Bardzo podoba mi się taka poza męczeństwa zawodników. Biedni, niedocenieni, tak jakby na jazdę na nartach zostali skazani! Młodzi, pełni marzeń i perspektyw, wszędzie rzucane im są kłody pod nogi, bo gdyby nie to, gdyby nie tamto. Poraża mnie infantylność tych zarzutów kierowanych w sumie nie wiadomo do kogo, to tupanie nogami i narzekanie na okrutny los. Jak komuś naprawdę zależy żeby było o nim głośno to już o to zadba – albo swoimi rezultatami albo sam wyręczy pismaków.
      Redaktor też nie ma czasu żeby wertować wszystkie fanpejdże i wyszukiwać najciekawsze smaczki. Z mojego doświadczenia wiem, że wszelkie media są otwarte na nowe wiadomości i informacje, tylko trzeba do nich skutecznie uderzać z materiałami.

      Odpowiedz
  2. a ja bardzo lubię i cenię tą naszą unikatowość, to wąskie grono widzów PŚ, te nasze sobotnie, czy też niedzielne przedpołudnia. Sezon po sezonie szlifowanie umiejętności na trasach zjazdowych i szlifowanie filmów na YT o szlifowaniu skrętów krótkich i pokonywania muld… .

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Zobacz także

Inne artykuły

puchar świata

Powrót wtorkowego Urbanowicza

Trudno być kibicem narciarstwa (nie tylko w wielkim mieście). Za oknem jesienna smuta, więc fotel, kanapa, sofa i odbiornik TV, kawa albo herbata, śniadanie, murzynek upieczony przez babcię. Dwie Polki na starcie, więc emocje gwarantowane,

volkl

100 lat firmy Völkl

Firma Völkl… Niemiecka precyzja. Narty, które odegrały wielką rolę w moim życiu. Prawdopodobnie nie tylko moim. Już ich bardzo specyficzna i utrzymywana od lat w tym samym stylu szata graficzna robi

schwarz

Sölden – dzień drugi

Niestety, niestety. Pogoda w drugi dzień zmagań w Sölden nie była już tak łaskawa, jak w sobotę. Nad doliną od czwartku wisiała groźba Fohnu, czyli wiatru halnego. Wreszcie w nocy z soboty na niedzielę masy

gut-behrami

Inauguracja – pojedynek weteranek

Lepszej inauguracji alpejskiego Pucharu Świata nie mogliśmy sobie wyobrazić. Piękna, słoneczna pogoda, stoki delikatnie przyprószone świeżym śniegiem, a na starcie cała światowa czołówka gigancistek. Wśród startujących pań, dwie

stalkant

Wróżenie z kuli – przed nadchodzącym sezonem PŚ

Możemy tu wypisać kilka banałów o upływie czasu. Przedstawimy jednak fakty. Alpejczycy trenują już na południowej półkuli w Nowej Zelandii czy Ameryce Południowej. A u nas w kraju Stalkant FM, samozwańcze medium narciarskie

Newsletter

Dołącz do nas – warto

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowościach na stronie, nowych odcinkach podcastu, transmisjach live na facebooku, organizowanych przez nas szkoleniach i ważnych wydarzeniach oraz mieć dostęp do niektórych cennych materiałów na stronie (np. wersji online Magazynu NTN Snow & More) wcześniej niż inni, zapisz się na newsletter. Nie ujawnimy nikomu tego adresu e-mail, nie przesyłamy spamu, a wypisać możesz się w każdej chwili.