tyrol

Siedzę i patrzę na wielki i kolorowy siniak na udzie. Jeszcze wczoraj był jedynie fioletowy, ale dziś przybrał już wszystkie barwy tęczy. To efekt kontaktu z rowerową kierownicą chwilę potem, jak ździebko zbyt długo przytrzymałem przedni hamulec na luźnej nawierzchni. Trochę boli, ale warto było – myślę sobie…

Ja na rowerze? Wszyscy, którzy mnie choć trochę znają wiedzą, że mój stosunek do jeżdżenia na dwóch kołach bez silnika jest dość humorystyczny, a co niektórzy odbierają go nawet jako impertynencję. W sumie jest mi wszystko jedno, że ktoś morduje się na szosie w spalinach samochodowych, czy nie. Jeśli lubi… Problem dla mnie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy rowerzyści szosowi zaczynają stanowić zagrożenie dla innych użytkowników ruchu (to, że stanowią zagrożenie dla siebie też jest mi obojętne). Podczas ostatniej wycieczki motocyklowej na Korsykę (o tym w innym materiale) wdałem się nawet w wymianę zdań z kolarzem, który na zakrętach (a tych na wyspie nie brakuje) wykorzystywał całą szerokość wąskiej szosy, a nie tylko swój pas ruchu. Na moje pytanie, czemu tak robi, odpowiedział, że trenuje. Na kolejne: czy byłby zadowolony jeśli na publicznej drodze trenowałbym szybką jazdę motocyklem już niestety odpowiedzi się nie doczekałem. Drugi powód mojego specjalnego stosunku do kolarzy to estetyka. Co prawda des gustibus non est disputandum, ale sorry, te wasze pajacyki i rajstopy są doprawdy kiczowate. Powód trzeci to moja filozofia uprawiania sportu. Część ze znajomych twierdzi, że uprawiają sport, bo lubią się porządnie zmęczyć. Ja natomiast męczyć się nie lubię wcale. Dla mnie istotą sportu jest doznanie tej specyficznej przyjemności z perfekcyjnie wykonanego skrętu na nartach, idealnie wykręconej „rufy” na desce z żaglem, wzorowego pokonania zakrętów na motocyklu itp. Lubię też miłe dla ciała i ducha zastrzyki adrenaliny. Sport dla mnie to także rywalizacja, często tylko z samym sobą. To, że człowiek się przy tym zmęczy i to czasem bardzo, jest jedynie skutkiem, a nie celem samym w sobie. Jazda na rowerze – znowu podkreślam – dla mnie to, zbyt mało przyjemności przy zainwestowaniu zbyt wielkiego wysiłku.

Nie zawsze tak było. W latach dziecięcych na fali sukcesów Ryszarda Szurkowskiego i Stanisława Szozdy bardzo chciałem zostać kolarzem. Niespodziewanie zaoponowała Mama, która zwykle wspierała moje sportowe zapędy. W zamian poszedłem na lekcje tenisa. Od kiedy jednak udało się kupić dla mnie rower-składak o nazwie Karat (błękitny na kremowych oponkach) zdryfowałem w kierunku freestyle. Na rowerze jeździłem wszędzie i ze wszystkiego. Potrafiłem przejechać 100 metrów na tylnym kole. Razem z kolegami ścigaliśmy się z warszawskiej skarpy za kościołem Najświętszej Marii Panny na Nowym Mieście. Szczytem odwagi graniczącej z brawurą i oczywiście w celu zaimponowania płci przeciwnej był zjazd ulicą Kamienne Schodki na Starym Mieście. Naturalnie ku uciesze Taty, który potem usiłował wyprostować pogięte felgi i na nowo wycentrować koła. Był to jednak zdecydowany schyłek mojej kariery na dwóch kółkach.

O rowerach zapomniałem na długo. Jeszcze nasz stały korespondent i przyjaciel redakcji Piotrek Dziub na początku XXI wieku namawiał mnie na jazdę z warszawskich górek. Jeszcze wywiad do jednego z NTN-ów z zawodniczką rowerowego DH i niezwykłą osobą Anią Sojką na krótką chwilę rozpalił wyobraźnię i chęć spróbowania czegoś zupełnie nowego, ale… Nie było czasu, nie było warunków itp.

Teraz od kilku lat ponownie mieszkam w Szwajcarii w miejscowości Lenzerheide. Wioska ta położona na alpejskiej przełęczy jest nie tylko znaną i bardzo cenioną stacją narciarską, ale także mekką rowerzystów górskich. W ubiegłym roku rozegrano tu mistrzostwa świata w cross country i zjeździe. Co roku, stoki Lenzerheide goszczą czołówkę tych konkurencji w ramach zawodów Pucharu Świata (w tym roku pomiędzy 8 i 11 sierpnia).

Musiałem więc spróbować i ja. Najbliższą mojemu sercu konkurencją rowerową jest niewątpliwie downhill. Po pierwsze: wydawało mi się, że technika pokonywania zakrętów jest podobna do tej stosowanej na motocyklu terenowym. Po drugie: nie trzeba dużo pedałować – grawitacja załatwia sprawę! Po trzecie: już sama nazwa brzmi znajomo.

bikepark lenzerheide

W Lenzerheide na stokach góry o nazwie Rothorn, pomiędzy stacją pośrednią kolei linowej a wioską, zorganizowano tak zwany bikepark. W jego skład wchodzi kilka tras downhillowych o różnej skali trudności. Od łatwej niebieskiej, przez różne czerwone, aż po czarną, wykorzystywaną w zawodach Pucharu Świata. Jak z okien kolejki patrzę na tę ostatnią, to mam wrażenie, że w niektórych miejscach użycie spadochronu byłoby w pełni uzasadnione…

Ja zaczynam jednak od niebieskiej zwanej „flowline”. Pierwszy raz w życiu jadę na rowerze po zakrętach z bandami i brakuje mi trochę manetki w prawej ręce, żeby tu lub tam dodać gazu. Pomału uczę się pokonywać łuki wykorzystując siłę grawitacji, czyli wysoko najeżdżać w początkowej fazie skrętu i wykorzystywać spadek do przyspieszeń w końcówce. Najłatwiej wychodzi mi pokonywanie zakrętów płaskich, bez band, choć jest ich na trasie zaledwie kilka. Tu przydaje się technika z motocykla terenowego: zostaw ciało pionowo, pochyl tylko maszynę… Po kilku wskazówkach od moich bardzo doświadczonych koleżanek i kolegów (niektórzy z nich startują w downhillowym Pucharze Świata) zaczynam lepiej czuć bandy i tym samym trzymać większą prędkość. Najedź wysoko, skręć miednicę przodem do środka, opuść wewnętrzne ramię – powtarzam w myślach i to zaczyna funkcjonować. W miarę upływu czasu, niewielkie wzniesienia na trasie zaczynają zamieniać się w małe hopki. Jest coraz lepiej. Nadchodzi wreszcie czas na przejście do grupy wyżej, czyli na spróbowanie trasy czerwonej.

Na tej ostatniej jest trochę szerzej, ale za to bardziej stromo, a niektóre bandy to konstrukcje z desek. Bardzo strome i śliskie. Dodatkową trudność sprawiają również wykonane z desek progi, z których trzeba skoczyć. Na szczęście zwykle są dwa: prochicken oznaczone odpowiednimi kolorami więc trudno się jest pomylić. Trasę czarną zostawię sobie chyba na przyszły sezon, gdyż na niej trzeba się już wykazać naprawdę dobrą techniką.

Do jazdy używam prawdziwego roweru downhillowego, choć po „flowline” można zjechać na wszystkim, zapewne ze składakiem włącznie, ale na pewno nie tak szybko. Rower downhillowy ma inną geometrię, z o wiele bardziej płaskim kątem główki ramy, przez co jest stabilniejszy. Ale wymaga też trochę więcej zaangażowania w pierwszym momencie łuku. Siedzenie umieszczone jest bardzo nisko, gdyż i tak człowiek prawie cały czas stoi na pedałach. Tarczowe, hydrauliczne hamulce załatwiają robotę, choć w dzisiejszych czasach komponenty mogłyby być trochę większe (prędkości zjazdów rosną…). Dla mnie problemem jest umieszczenie dźwigni hamulca przedniego z lewej strony. Lata jazdy motocyklem (także terenowym) spowodowały, że mój mózg hamuje przodem za pomocą wskazującego palca prawej ręki. Korzystam z roweru z wypożyczalni, więc za każdym razem muszę zamieniać klamki lub przekładać przewody. Razem z rowerem pożyczam także kask fullface, kamizelkę chroniącą barki, klatkę piersiową i łokcie oraz ochraniacze na kolana. Ważne są też mocne buty o stosunkowo sztywnej podeszwie. Cały ten garnitur ochraniaczy wydaje mi się dość konieczny i w moim przypadku już parę razy uchronił mnie przed poważniejszymi obrażeniami niż tylko siniaki.

bikepark lenzerheide
bikepark lenzerheide

Teraz mała uwaga: jazda rowerowego downhillu jest (przynajmniej dla mnie) szalenie wciągająca, gdyż dostarcza mnóstwo adrenaliny, a na koniec dobrego dnia człowiek aż kipi od endorfin. Niestety zabawa ta nie jest specjalnie tania. Ja mam to szczęście, że posiadam roczny karnet na wyciągi ośrodka, a pożyczenie roweru nie kosztuje mnie nic…

Jakby co, to lojalnie uprzedzałem. Spróbować na pewno warto.

Znaczniki:
Podziel się:

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowościach na stronie, nowych odcinkach podcastu, transmisjach live na facebooku, organizowanych przez nas szkoleniach i ważnych wydarzeniach oraz mieć dostęp do niektórych cennych materiałów na stronie (np. wersji online Magazynu NTN Snow & More) wcześniej niż inni, zapisz się na newsletter. Nie ujawnimy nikomu tego adresu e-mail, nie przesyłamy spamu, a wypisać możesz się w każdej chwili.

Dodaj komentarz

NOWY NUMER

Magazyn NTN
za darmo

Tylko subskrybenci naszego newslettera (bez spamu, wyłącznie informacje o dużych nowościach na stronie, transmisjach live, naszych szkoleniach i ważnych wydarzeniach) dostają dostęp do nowych wydań Magazynu NTN Snow & More w wersji online kilka dni po ukazaniu się numeru na rynku. Zupełnie za darmo. Pozostali mogą oglądać tylko wydania archiwalne. Zapisz się – to się opłaca!