Nas nie zamkniecie w swojej piwnicy czyli polibuda w Kaprun

Jak to mawiają francuzi noblesse oblige. Wysokie miejsce w zeszłorocznych AMPach drużyny warszawskich inżynierów zobligowało nas do rozpoczęcia treningu razem z czołówką pucharu świata, a dokładnie rzecz biorąc z Bode Millerem. Parafrazując słowa amerykańskiego mistrza jak na studentów polibudy byliśmy w wyśmienitej formie, jako akademiccy zawodnicy nie istnieliśmy ( znana jest historia jednego ze świeżaków, który po paru przysiadach zakremował nogi Ben Gayem obwinął je w folie założył 3 pary dresów i zapadł w sen zimowy- co za piczers). To tyle słowem wstępu, początek sezonu nie jest od tego, żeby mieć formę, więc schowajcie flakony na łzy i przechodzimy do sedna.

Propozycja wyjazdu treningowego w listopadzie przedstawiona przez Samolota spotkała się z tak wielkim zainteresowaniem, że sam Leśny Dziad sekcyjny zwany Chomikiem uronił łezkę wspominając najlepsze lata sekcji ( pewnie siedemdziesiąte albo osiemdziesiąte za młody jestem nie wiem ). O dziwo chętni nie wykruszyli się jak tynk w akademiku na Tatrzańskiej i tłumnie wyruszyli o świcie 7 listopada w kierunku ojczyzny wujka Józka Fritzla i dziadzi Adolfa (ach te kasztany).

Zapowiadało się komfortowo 4 osoby, śliweczka kombi, trumienka na dachu i 1100 km. Skończyło się jak zawsze, chłopcy (Chomik i Słeti nie wiedzieć czemu do niedawna zwany Ślązakiem) postanowili zabrać apokaliptyczną ilość smarów, wiertarek, ostrzałek i kabli którymi mogli by opleść całą Łęczną razem ze stadionem Górnika, zmniejszając tym samym przestrzeń życiową pasażerów do niezbędnego minimum. Sytuacja w trumnie nie wyglądała lepiej coś około setki nart i dwie sztachety od płotu które Piotruś zabrał, chyba z sentymentu, doprowadziły doświadczony przez los bagażnik dachowy do granic wytrzymałości. Mieliśmy podróżować jak europejczycy, staliśmy się eurocyganami.

Sowita doza mieszanki wpada do czterech cylindrów wolnossącej dwulitrowej jednostki mistrza Toyody i ruszamy, Chomik otwiera swoje objazdowe biuro króla siłowników hydraulicznych, Słeti udaje że umie czytać, Asia przyczajona gdzieś za stertą „niezbędnych bagaży”. Osobiście obdarzony kredytem zaufania właściciela bolidu pełnie role szofera na odcinku Warszawa-granica. Jest szaro mokro i do dupy Chamszik co chwila wygląda zza swojego straganu super sprzedawcy allegro i bezbłędnie rozpoznaje kierowców każdego samochodu z trumną na dachu „ O zobacz Janek jedzie.” „ Patrz patrz Mariola, Ola, Jadzia.” To mój pierwszy wyjazd z sekcją ale powoli nabieram podejrzeń może cały ten AZS to świadkowie Jehowy, wszyscy znają się doskonale, bo w końcu mają tylko 300 tysięcy miejsc w swoim Niebie. Dalsza droga aż do postoju na wuszta w Kasztalandzie nie odznaczała się niczym godnym uwagi. Wjazd do ojczyzny Czoka oznaczał zmianę kierowcy na brata Michaela i Ralpha Kimiego Ślązakera. Kierowca testowy teamu Toyoty nie wziął pod uwagę iż hamulec ręczny nie był zaciągnięty i naprawdę niewiele zabrakło a doszłoby do stłuczki przy prędkości około 3 metrów/rok.

Po dwunastu godzinach cało i zdrowo dobijamy do celu, gdzie czeka na nas dwumetrowy King Kong- nasz trener. Zamiast na obiad kierujemy się na krótki rozruch po podróży, na którym zjawia się jedna trzecia grupy. Obóz treningowy, wczasy w Turcji czy parapeciarska turystyka zdaje się pytać zamyślony wzrok Kołtiego. Pierwszy dzień na stoku w tym sezonie to czas na rozjeżdżenie i technikę, wszak nie każdy ma już za sobą 15 wyjazdów tej jesieni (piątka dla ciebie Kołti). Poziom trudności łatwych ćwiczeń lekko nas przerasta a mina Bestii z Mikołowa jest tak kwaśna jak cytrynowy sok z domieszką zsiadłego mleka. Spokojnie co się odwlecze to nie uciecze, następnego dnia podczas videoanalizy slalomu na kolanówkach Łuki może dać upust negatywnym emocjom. Słowa które najbardziej zapadają w pamięć po wysłuchaniu uwag to: piczowanie, kacze dzioby, boczary, rotowanie, równacze trasy. Najjaśniejszymi punktami „pokazu” są piątki przybijane przez Ślązaka kolanówkom, telemark Samolota (jak dla mnie nota 19,5) i oczywiście przelotowy vertical w moim wykonaniu. Na swoje usprawiedliwienie pragnę dodać iż tyczki brane między nogi to wina krótkich carvingowych nart (trójka raciczką dla ciebie Monika). Trzeci dzień to slalom tym razem na zwykłych tyczkach i bardzo podobna sytuacja jeśli chodzi o videoanalizę słowo „piczowanie” pada tak często, że w pewnym momencie przestaje brzmieć jak słowo. Najważniejszym wydarzeniem trzeciego dnia nie są jednak narty, w ramach popołudniowego treningu rozgrywamy mecz na wodzie w temperaturze 2 stopni. Klasyczny hat trick Zochy pogrąża dwóch ślązaków z kotła czarownic i to nasza drużyna wraca do domu z podniesionymi głowami. Czwartego dnia widoczność ogranicza się do 4-5 tyczek, bez nich mgła wydaje się być tak gęsta i głęboka jak czerń na zdjęciach Chomika. Drugi zjazd rozgrzewkowy i moja krótka, aczkolwiek błyskotliwa kariera zostaje przerwana przez katapultę, po której żałowałem, że tego dnia nie założyłem kasku na dupę i biodro. Nie ma co załamywać rąk, uszu i ogona szybko zajmuje wolną posadę asystenta trenera ds. motywacji i dopingu mentalnego. Od tego czasu można powiedzieć że takich trzech, jak nas dwóch nie ma ani jednego. Kolejne dni przynoszą gigant i dalekie loty naszego skoczka ZNAD Wisły. O ile próby otwierania wiązań pośladkami podczas slalomu uchodziły Łoliemu na sucho, gigant nie okazał się tak łaskawy. Niska „pozycja dojazdowa” naszego reprezentanta w gumie Adama Małysza zaowocowała dalekim lotem połączonym z połową salta w pozycji delfina. Efekt, połamany palec, kask i narta oraz noc spędzona w krankenhausie pod opieką Helgi. Tak mógłbym zakończyć sprawozdanie z naszego wyjazdu, ale postanowiłem pokusić się o podsumowanie.

Na początek minusy żeby nie było za słodko. Frekwencja na treningach popołudniowych rzadko przekraczająca 50% to zdecydowanie za mało jak na drużynę o aspiracjach medalowych. Mały minusik za konieczność przenosin między kwaterami części sekcji. Zgrzytem była również aferka tyczkowa pod koniec wyjazdu, ale spokojnie nie powołamy w tej sprawie żadnej komisji. Ostatni minus to jazda Słetiego na sztachetach i duże uszy Chomika(:D).

Podsumowanie podsumowania czyli plusy. Po pierwsze możliwość trenowanie z Kołtim gwiazdą katalogu Makro i ambasadorem Armady (w której kasku sypia). Przez okrągły tydzień starał się namaścić nas wiedzą niczym Mistrz Zen. Z jakim skutkiem zobaczymy podczas tegorocznych startów. Piątka należy się również Mateuszowi D-CATowi za zajęcie się sekcyjnym przedskoczkiem Wolanem po jego ekscesach na gigancie. Spokojnie nie zapomniałem o Samolocie, który musiał się zdrowo nalatać żeby cały wyjazd doszedł do skutku. Na koniec Para Captain Jack i Pszczółka Maja czy uda im się zdetronizować starych mistrzów sekcji Chomika (kategoria Mężczyźni) i Słetiego (kat. Kobiety, nie mogłem się powstrzymać) czas pokaże.

No to tyle koniec z czytaniem tych pierdół, zajmijcie się czymś pożytecznym.

Tiger

Znaczniki

Podobało się? Doceń proszę atrakcyjne treści i kliknij:

5 komentarzy do “Nas nie zamkniecie w swojej piwnicy czyli polibuda w Kaprun”

  1. Łuuuuhuuuuu!! Długo, ale na pewno lepsze to niż czytanie niemieckiego, który mam zadany na jutro :P Piękny flow, oby tak dalej ;)
    Zapraszam na imprezę SNOW JOB!! Info na stronie.

    Odpowiedz
  2. HEHEH tiger może narciarskim objawieniem w naszej sekcji to ty nie będziesz ale cennym mówcą i motywatorem :D

    Kurde czytałem chyba wszystkie artykułu ale ten jest THE BEST!!
    gratki locho i nie wiem co ty robisz na PW powinieneś na jakieś dziennikarstwo na UW isc :P

    Ślązak (w tekście na skutek upadku na głowę autora mylony z jakimś słetim)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Zobacz także

Inne artykuły

hamera

I Mistrzostwa Polski Masters PZN

Racing Weekend Mistrzostwa Polski Masters w narciarstwie alpejskim – zawody na miarę punktów w klasyfikacji Pucharu Świata FIS Masters. Czy w Polsce jest przestrzeń, dosłownie i w przenośni, na międzynarodowe zawody w kategorii Masters

azs winter cup

Gadające Głowy – AZS Winter Cup #4 Zawoja

El Niño daje o sobie znać i studenci muszą walczyć o mistrzostwo Warszawy na ostatnim skrawku śniegu. Są pęknięte kości, urwane kolana oraz spektakularne wywrotki na mecie. Ada i Mikołaj zgarniają podwójne tytuły czempionów

azs winter cup

AZS WC: Uniwersytet rządzi w stolicy

W iście wiosennych warunkach wyłoniono mistrzynię i mistrza Warszawy. Tytuły w obu konkurencjach wywalczyli zawodnicy Uniwersytetu Warszawskiego – Adrianna Borowik oraz Mikołaj Sosnowski. W klasyfikacji otwartej giganta tryumfowali Zofia Zdort

Newsletter

Dołącz do nas – warto

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowościach na stronie, nowych odcinkach podcastu, transmisjach live na facebooku, organizowanych przez nas szkoleniach i ważnych wydarzeniach oraz mieć dostęp do niektórych cennych materiałów na stronie (np. wersji online Magazynu NTN Snow & More) wcześniej niż inni, zapisz się na newsletter. Nie ujawnimy nikomu tego adresu e-mail, nie przesyłamy spamu, a wypisać możesz się w każdej chwili.