Jednym narciarstwo kojarzy się ze ściganiem (jazda skrętna na tyczkach albo na kreskę zupełnie nieskrętna), innych z wyczynianiem podniebnych sztosów albo i pozatrasowych zjazdów z pogranicza zaawansowanej ekwilibrystyki, a jeszcze innym z siedzeniem w saunie od rana. Dla mnie przede wszystkim to forma rekreacji ruchowej uzależniona od dobrego towarzystwa. W dobrej kompanii to i ściganie uchodzi, a nawet wyjazd poza trasy straszny się nie wydaje. O skokach nie wspominam, bo zarówno w pewnym wieku i jeśli się chodzi w cięższej wadze, jakoś tak grawitacja co nieco zatrważa. A do sauny z wieczora… nawet chętnie, choć dopiero po wytężonym wysiłku na stoku, nigdy przed (a na pewno nie zamiast!). Pozdrowienia dla Wellness Boys Bandu. Jak zwykle trochę naokoło, ale zmierzam do celu. Miałem ostatnio okazję odwiedzić Alpe di Siusi/Saiser Alm w Południowym Tyrolu – największą halę w Alpach podobno.
Tam oto spędziłem uroczy weekend narciarski. Zamieszkaliśmy w klimatycznym Sporthotelu Sonne (****). Pobudkę w sobotni poranek zapamiętam do końca życia. Mimo że wino wieczorem należało do kategorii wybornych i zbytnio nie nadużyliśmy, nie przypominałem sobie bym zamawiał fototapetę, ani tym bardziej, bym prosił o zaklejenie nią okna. Okazało się, że nie zasłoniłem na noc kotar i oczom naszym ukazał się landszafcik co się zowie. Dużo by pisać, ale taki widok bezcenny się wydaje:
Alpe di Siusi to taki płaskowyż (57 km kwadratowych) na wysokości ponad 2000 m n.p.m. No może zbyt płasko tam nie jest, bo choć czarnych tras nie uświadczysz, czerwonych i niebieskich ci tutaj dostatek. Idealne trasy na gigantowe narty, do szybkich szusów i długich skrętów. Albo inna opcja, rodzinne wyjazdy z dziećmi. Nie tylko narty zjazdowe tutaj królują. Tutaj na wyżyny formy wspinają się najlepsze biegaczki. Justyna Kowalczyk pozostawiła po sobie tutaj ślad w postaci autografu, który wita gości Sonne. Tras biegowych bez liku. Do tego pięknie wytyczone, ślady do „klasyka”, wyrównane alejki do „łyżwy”. Do wyboru, do koloru. Trasy najróżniejszej trudności – od zielonych do czarnych. Pętle można dostosować do umiejętności i ambicji. Więcej szczegółów przelałem na papier na temat biegania w tym rejonie w II numerze NTN Snow & More. Jeśli ktoś nie zjeżdża ani nie biega na nartach, pozostają rakiety śnieżne, konie, spacery i nie tylko ekskluzywne wellnessy.
W poszukiwaniu czarnych tras narciarskich wybraliśmy się grupowo następnego dnia do Val Gardeny. Z racji tej, że Alpe di Siusi obejmuje ten sam skipass co Sella Rondę, bez problemu można dostać się do Ortisei/St. Ulrich, skąd gondole zawiozą nas właśnie do Gardeny, a stamtąd z kolei tunelem przedostaniemy się w miejsce, gdzie hamują najlepsi zjazdowcy Pucharu Świata po zawodach na Saslongu (grudniowy zjazd i supergigant). Zanim jednak przyszło nam przejechać się klasyczną trasą downhillową, zatrzymaliśmy się w chatce, a może raczej Schronisku Emilio Comici. Sam nie wiem, czy Emilio założył ten „schron”, ale mogło faktycznie tak się stać. Żył w pierwszy czterdziestu latach ubiegłego wieku. Był alpinistą, prekursorem techniki hakowej, wynalazca „ławeczki” i autorem wielu dróg w Dolomitach. Po wejściu do budynku uderza liczba zdjęć, fotografii wytyczających historię narciarstwa na Saslongu, ale nie brakuje też zdjęć zgoła nienarciarskich. Jedno z tych „innych” przedstawia jeden z jachtów Pucharu Ameryki (Luna Rossa) z autografami całej załogi. Od pamiątkowych zdjęć uginają się ściany.
My stoimy na zewnątrz, pijemy kobiece coś o nazwie Veneziano i czekamy na przekąski… A tam: krewetki, przegrzebki, ostrygi. Pyszności. Te da pierwsze owoce morza podane na takich prostokątnych blachach rozgrzanych i ułożonych na specjalnie wyżłobionych deskach do krojenia. Zmyślne i aż się chce jeść. Nie znaczy to, że po wyjściu z tego przybytku długo mogliśmy wytrzymać bez jedzenia. Kilka dłuższych zjazdów i znów kolejka, znów tunel wykuty w skale i jesteśmy po drugiej stronie doliny, gdzie widoczność jeszcze słabsza. Nie narzekając na pogodę, tego dnia widoków nie podziwialiśmy (w odróżnieniu od dnia poprzedniego), byliśmy nasączeni marznącą mżawką, walczyliśmy z mokrymi szybkami gogli. Dziś gigantki już nie rządziły. Przydałyby się jakieś allmountainy, bo narty grzęzły w nazgarnianych na stromych stokach zaspach. Zajeżdżamy znów do schroniska „U Daniela” (tak pewnie by się to tłumaczyło) i zasiadamy do stołów. Jedzenie pyszne. Makaron Szefa… Palce lizać. Wszyscy zachwycają się coolerem do wina. Zastosowano bańkę na mleko. Ciekawe rozwiązanie.
Weekend szybko się skończył, a o tytułowym winie tak niewiele napisałem. Smakoszem to ja nie jestem i nie ukrywam, że według mojej filozofii wino ma dobrze kopać. Lecz jeżdżąc w doborowym towarzystwie i mogąc polegać na guście, wiedzy i doświadczeniu Tomka Prange Barczyńskiego (redaktor naczelny Magazynu Wino), trudno nie pokusić się na lampkę czegoś wytwornego (i nie chodzi wcale o cenę, a raczej o walory smakowe, zapachowe itd.). Taki szybki skok do Południowego Tyrolu pozwala wyrwać się od rzeczywistości, nabrać sił, naładować baterie…
Dariusz Urbanowicz
1 komentarz do “Krewetki, przegrzebki i dobre wino”
no i ten pecik w ustach dla podkreslenia smaku