tyrol

Za nami długi weekend w USA i Kanadzie zarówno w Beaver Creek, jak i w Lake Lousie rozegrano po trzy wyścigi. Jak to zwykle na początku każdego sezonu nie obyło się bez niespodzianek. Dla niektórych zawodników bardzo miłych, dla innych wręcz przeciwnie. Spójrzmy na wydarzenia chronologicznie.

Piątek

Godzina rozpoczęcia zjazdu pań w kanadyjskim Lake Louise przekładana była dwukrotnie, a wszystko z powodu gęsto padającego śniegu i słabej widoczności, szczególnie w górnej części trasy. Wreszcie organizatorzy zdecydowali się obniżyć start do poziomu początku supergiganta i impreza mogła się rozpocząć. Pomimo, że trasa w Lake Louise do bardzo spektakularnych nie należy (choć jest bardzo szybka) emocji było bardzo dużo. Szczególnie, że zawodniczki z czołowymi numerami startowymi startowały w bardzo gęsto padającym śniegu. Fantastycznie, odważnie i agresywnie pojechała Austriaczka Stephanie Venier, która objęła prowadzenie. Shiffrin wyglądała jakby nie chciała zbyt dużo ryzykować (słusznie, moim zdaniem), a inne zawodniczki jak: Schmidhofer, Gut-Behrami, Gisin czy Štuhec po prostu pojechały słabo. Dopiero Corinne Suter ze Szwajcarii po bardzo miękkiej i dokładnej jeździe udało się zdetronizować Venier. Kolejne panie nie potrafiły – pomimo znacznej poprawy widoczności – uporać się z czasem Szwajcarki. I kiedy wszytko wskazywało już na to, że sympatyczna i bardzo skromna Corinne wreszcie wygra swoje pierwsze zawody APŚ na starcie stanęła Czeszka Ester Ledecká. Po lekko szalonej i miejscami brawurowej jeździe Ester mogła cieszyć się ze swojego pierwszego sukcesu w zawodach APŚ udowadniając jednocześnie, że złoty medal supergiganta ostatnich igrzysk dziełem przypadku nie był. Ledecká ma też w tym sezonie większe wsparcie Atomica i co za tym idzie zdecydowanie szybszy sprzęt (na igrzyskach złoto wygrała na nartach Shiffrin). Wygląda na to, że trzeba będzie się z nią poważnie liczyć, a to akurat bardzo cieszy.

W Beaver Creek, podczas supergiganta panów też byliśmy świadkami premiery. Swoje pierwsze zwycięstwo zabukował młody Szwajcar Marco Odermatt. Na bardzo wymagającej, miejscami szalenie krętej, a miejscami bardzo szybkiej trasie Marco miał gaz, że aż miło było popatrzeć. Nie ustrzegł się błędów. Zgubił linię, zaczepił barkiem o podwójne tyczki, przypłużył żeby się zmieścić do następnej bramki i… pomimo to wygrał. Odermatt był w przeszłości czterokrotnym złotym medalistą mistrzostw świata juniorów i mówi się o nim w kuluarach bardzo dużo i z szacunkiem. Mam wrażenie, że o ile Kristoffersen, czy Pinturault chcą posiąść Wielką Kulę, to muszą się trochę spieszyć. Kiedy Odermatt się objeździ w zawodach najwyższej rangi, będzie bardzo niebezpiecznym konkurentem. Na miejscach kolejnych Aleksander Aamodt Kilde i Matthias Mayer. Tuż za pudłem Alexis Pinturault.

Sobota

Panie rozegrały drugi zjazd w Lake Louise na całej trasie, więc przydawała się lepsza kondycja. Tym razem najszybciej zjechała Nicole Schmidhofer z Austrii, która po piątkowych zawodach nie ukrywała złości i obiecywała rewanż. Udał jej się znakomicie. Na miejscu drugim Shiffrin – zawodniczka wyjątkowa o nieprawdopodobnym czuciu podłoża. Jej technika jest bez wątpienia powalająca, co widać nawet w trakcie zjazdów, które zdecydowanie nie są jej koronną konkurencją. Na miejscu trzecim, po raz pierwszy na podium zawodów APŚ, Włoszka Francesca Marsaglia, która świetnie wykorzystała późny numer startowy i trochę szybsze warunki. Czwarta Ledecká i piąta na mecie Suter potwierdziły czołowe miejsca z dnia poprzedniego.

Zjazd w Beaver Creek na trasie Birds of Prey to jeden z wielkich klasyków gatunku. Po lekkim zniwelowaniu skoku Golden Eagle być może trasa nie jest już tak spektakularna, ale nadal skrajnie trudna i szybka. Tu nie ma przypadkowych zwycięzców. W sobotę także nie. Z najlepszym czasem na mecie zameldował się najlepszy zjazdowiec poprzedniego sezonu, czyli Beat Feuz. Niespodzianką było jednak drugie miejsce Francuza Johana Clarey ex aequo z Vincentem Kriechmayrem z Austrii. Na miejscu czwartym kolejny stary znajomy z Austrii w osobie Hannesa Reichelta. Clarey, pomimo trzydziestu ośmiu lat na karku dopiero po raz siódmy stanął na podium zawodów APŚ, nigdy jednak ich jeszcze nie wygrał.

Niedziela

Ta ostatnia niedziela… – jak śpiewał Mieczysław Fogg. Tym razem to ostatnia niedziela za oceanem. Panie w Lake Louise zaliczyły pół godziny opóźnienia startu ze względu na 15 cm świeżego śniegu, który spadł dość nieoczekiwanie w nocy. W związku z tym stok pokryty był mieszanką sztucznego i naturalnego śniegu, co już samo w sobie sprawy nie ułatwia, szczególnie w konkurencjach szybkościowych. Dodatkowo, wszędzie tam, gdzie trasa nie pokrywała się z tą wytyczoną do piątkowych i sobotnich zjazdów było zdecydowanie bardziej miękko. Norweski trener, który tym razem odpowiedzialny był za trasę ustawił miniaturowy zjazd właściwie z tylko jednym kluczowym miejscem. Po długim i zalodzonym trawersie alpejki miały do pokonania dwie dość mocno podkręcone bramki na stromym odcinku stoku. Kombinacja ta stała się miejscem klęski kilku czołowych zawodniczek. Wszystkie te, które atakowały niebieską bramkę na końcu trawersu bardzo bezpośrednio, musiały potem mocno walczyć o utrzymanie się na trasie. Większość stawiała narty w poprzek, niektóre zaliczały spektakularne gleby (np. Joana Hählen ze Szwajcarii), a jeszcze inne wyjeżdżały z trasy. Wystarczyło jednak zainwestować w wysoką linię na końcu rzeczonego trawersu, żeby wszystko dalej się już układało. Jak? Dokładnie pokazała to Viktoria Rebensburg, ale także Nicol Delago i Corinne Suter i taka była też kolejność na mecie. Oprócz tego – niestety – jak dla mnie nuda. Cóż, z trasy w Lake Louise nie da się wykrzesać nic lepszego.

Za to w Beaver Creek, gdzie giganta jechali panowie działo się aż nadto, a wszystko za sprawą zwariowanej pogody. Szybko przesuwające się po niebie chmury przynosiły raz po raz mocne opady śniegu. Jak ktoś trafił w taką chmurkę, to miał pecha. Dodatkowo w dolnej części trasy zalegała mgła, ale też nie przez cały czas. No po prostu loteria. Z tymi trudnymi warunkami najlepiej poradził sobie Amerykanin Tommy Ford, który po raz pierwszy w swojej dość już długiej karierze stanął na podium i to od razu na jego najwyższym stopniu. Na miejscu drugim Henrik Kristoffersen prezentujący znacznie lepszą formę gigantową niż w Sölden. Trzeci na mecie zameldował się kolejny Norweg Leif Kristian Nestvold-Haugen (prawdopodobnie najlepiej wykształcony zawodnik APŚ mogący pochwalić się dyplomami dwóch fakultetów). Tuż za podium Žan Kranjec. Słoweniec miał pecha jechać w najgorszych warunkach pierwszego przejazdu, a i w drugim pogoda też go nie rozpieszczała. Na uwagę zasługuje postać Cypriena Sarrazina z Francji. Zawodnik ten dostał się do pierwszej trzydziestki tylko z powodu dyskwalifikacji Adama Žampy (zbyt wysoka płyta pod wiązaniami), wykorzystał chwilę słonecznej pogody i wykręcił najlepszy czas drugiego przejazdu. Ostatecznie został sklasyfikowany na miejscu trzynastym. Oba przejazdy zupełnie nie wyszły Alexisowi Pinturault, który był tylko cieniem samego siebie. Drugi przejazd sknocił też Ted Ligety. Ot taki to sport.

Znaczniki:
Podziel się:

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowościach na stronie, nowych odcinkach podcastu, transmisjach live na facebooku, organizowanych przez nas szkoleniach i ważnych wydarzeniach oraz mieć dostęp do niektórych cennych materiałów na stronie (np. wersji online Magazynu NTN Snow & More) wcześniej niż inni, zapisz się na newsletter. Nie ujawnimy nikomu tego adresu e-mail, nie przesyłamy spamu, a wypisać możesz się w każdej chwili.

NOWY NUMER

Magazyn NTN
za darmo

Tylko subskrybenci naszego newslettera (bez spamu, wyłącznie informacje o dużych nowościach na stronie, transmisjach live, naszych szkoleniach i ważnych wydarzeniach) dostają dostęp do nowych wydań Magazynu NTN Snow & More w wersji online kilka dni po ukazaniu się numeru na rynku. Zupełnie za darmo. Pozostali mogą oglądać tylko wydania archiwalne. Zapisz się – to się opłaca!