Ani gęstniejąca mgła, ani padający śnieg, nie zepsuły inauguracji alpejskiego Pucharu Świata w austriackim Sölden. Na lodowcu Rettenbach, zjawiło się blisko 10 tys. kibiców, którzy absolutnie nie mogli czuć się zawiedzeni. Wszystko za sprawą kapitalnego widowiska w którym główne role zagrały cztery panie, a właściwie cztery mistrzowskie gigancistki. Tessa Worley, Federica Brignone, Mikaela Shiffrin i Viktoria Rebensburg. Dziewczyny po prostu odleciały, tak jakby jeździły w zupełnie innej lidze, niż reszta stawki. Nie przesadzę, gdy napiszę, że jest to „liga mistrzyń”.

Zaszczyt jako pierwszej pokazania się narciarskiemu światu w nowym sezonie, przypadł popularnej „Feddi”. Właściwie to włoszka sama sobie to zafundowała, gdy dzień wcześniej wybrała „jedynkę” na ceremonii wręczania numerów. Decyzja odważna, pokazująca bardzo pozytywny „mental” tej dziewczyny. Przecież po tym, jak naciągnęła więzadła na treningu SG w Zermatt, straciła 45 dni (sic!) letnich przygotowań na nartach. Takie historie raczej nie wprowadzają pewności siebie i poczucia optymalnej formy. Wie o tym Maria Rosa Quario czyli mama Federiki, która rozmawiając z Tomkiem Kurdzielem nie tryskała wielkim optymizmem. Były swoiste znaki zapytania. Niepewność chyba jednak nie występuje u samej Brignone. Odbieram to po części tak:

Dawać mi tę jedynkę, chcę już jechać, nie patrząc na inne rywalki, a skupiać się tylko i wyłącznie na swoim przejeździe, swojej robocie. A, że jakieś problemy przed sezonem? Nie dramatyzujmy…

Na pierwszy „rzut oka” alpejka jechała bardzo pewnie. Ułożona, spokojna, dokładna i praktycznie bezbłędna. Nie było jednak jeszcze porównania do żadnej rywalki, więc pozostało pytanie czy przejazd był równie szybki co piękny. Odpowiedź przyszła bardzo szybko, wraz z przejazdem Mikaeli Shiffrin (nr 2). W mecie amerykańska geniuszka konkurencji technicznych, straciła 0,6 sek., a to musiało oznaczać jedno – Włoszka odpaliła atomowo. Atomowy przejazd również jechała najlepsza gigancistka ubiegłego sezonu, Viktoria Rebensburg. Dwa pierwsze międzyczasy, to przewaga dwóch setnych, trzeci to już 0,16 sek. „na zielono”, ale w mecie zrobiło się 0,24 sek. „z tyłu” (2. miejsce)! To właśnie wjazd ze stromej części trasy, na ostatni płaski odcinek, zaważył na tym, że piękność z Italii odjechała. Wielką czwórkę uzupełniła Francuzka Tessa Worley, która również traciła na dolnej części trasy. Strata 0,30 sek. wystarczyła na trzeci czas, a tym samym zepchnięcie z trzeciej pozycji Shiffrin. W jednej sekundzie straty do liderki zmieściła się jeszcze Norweżka Mowinckel (+0,90 sek.) i pupilka austriackiej publiczności Stephanie Brunner (+0,94 sek.). Na tym zakończyła się tabela „pierwszej ligi”. Dalej już tylko zaplecze najwyższej klasy rozgrywkowej. Strata 1,72 sek. siódmej Wendy Holdener, to po prostu przepaść, strefa spadkowa, żeby nie powiedzieć druga liga.

Drugi przejazd to już trochę inne rozgrywki. Trasa stawała się coraz bardziej nierówna, a to zwiastowało niesamowite emocje w końcowych rozstrzygnięciach. Brunner z Mowinckel zjechały równie solidne przejazdy, co w pierwszej odsłonie i uplasowały się ex aequo na 5. „placu”, utrzymując się tym samym w 1. lidze. Jednak „liga mistrzyń”, to już najwyższy poziom i największe emocje. Każda z czterech zawodniczek na starcie, miała bardzo realne szanse na zwycięstwo. Jako pierwsza zaatakowała Mikaela Shiffrin, bez wątpienia obecnie najlepsza alpejka na świecie. „Miki” jechała w swoim dobrym stylu (nie w swoim najlepszym), sukcesywnie zwiększając przewagę. Świetna ostatnia część trasy sprawiła, że młoda mistrzyni śmiało mogła myśleć o podium, co finalnie się jej udało (3.). Bardzo mocno nie chciała z niego zejść Tessa Worley, która w ubiegłym roku była druga, tuż za Rebensburg. Francuzka pojechała w iście piekielnym tempie i zaatakowała w najbardziej stromej części trasy Rettenbacha. Żadna dziura dość mocno zniszczonej trasy nie mogła ruszyć pewne jadącej gigancistki. Tak naprawdę jechała swoim torem, a niesamowitą prędkość ze ściany utrzymała już do samej mety, robiąc najlepszy czas drugiego przejazdu! To był jasny sygnał: „All in or nothing”. Przesłania nie do końca zrozumiała, jak dla mnie faworytka do zwycięstwa, Viktoria Rebensburg. Od początku jechała nerwowo, trzymała narty w skręcie jakby nie dając im gnać po linii najmniejszego oporu. Konsekwentnie traciła, a na ścianie popełniła dwa błędy, a właściwie „wielbłądy”, które definitywnie wybiły Niemkę z i tak nierównego już rytmu (4. miejsce). W walce o prestiżowe inauguracyjne zwycięstwo, została już tyko wiecznie uśmiechnięta Federica Brignone. Niestety, włoszka do trzeciego międzyczasu straciła swoją całą przewagę. To nie był zły przejazd, ale nie radziła sobie tak dobrze z czuciem nart na nierównej trasie jak Tessa Worley. Z dużym prawdopodobieństwem było to podyktowane rozbratem z „deskami” w okresie przygotowawczym. Zabrakło trochę czucia i automatyzmów, co absolutnie nie może dziwić. Zdziwić może to, że mimo wszystko, dziewczyna pojechała fantastyczne zawody i należą się jej wielkie brawa. Te największe wędrują do skromnej i sympatycznej Tessy Worley, która pokazała swój geniusz i wygrała w Sölden po raz pierwszy w karierze.

Te cztery dziewczyny sprawiły, że zawody były naprawdę godne otwarcia Pucharu Świata. Fantastyczna walka, dramaturgia i najwyższy poziom sportowy. Świetne jest to, że w tej walce nie ma kropelki złej krwi. Wszystkie gigancistki podkreślały, że znają się dobrze, szanują się wzajemnie, a do tego bardzo się lubią. Tuż po pierwszym starcie trudno zazwyczaj prorokować, jak to będzie w dalszej części sezonu. W tym jednak przypadku można się pokusić o stwierdzenie, że na razie w „lidze mistrzyń” są tylko 4 miejsca i niewiele zapowiada, że któraś z dziewczyn je straci. Niewiele też wskazuje na to, że liga się powiększy, przynajmniej po pierwszych zmaganiach.

O Autorze

Michał Okniański

Prosty narciarz z Karpacza.

Podobne posty