Przez kilka ostatnich lat namawiałem narciarzy jeżdżących sporadycznie do korzystania z wypożyczalni zamiast inwestowania we własny sprzęt. Sprawa wydawała się prosta. Narty w wypożyczalniach (szczególnie za granicą) to często deski najnowszej generacji, które przez cały sezon są pieczołowicie serwisowane, czyli ostrzone i smarowane. Czy aby na pewno?

Dwa sezony temu, w marcu, zostałem zaproszony na tak zwany „wyjazd prasowy” do jednego z najbardziej znanych ośrodków narciarskich w Alpach Austriackich. Podróż odbywała się samolotem, więc zabranie ze sobą własnych nart stanowiłoby kłopot. Trudno się mówi, zwłaszcza że organizator umożliwił skorzystanie z największej i najlepiej wyposażonej wypożyczalni regionu. Ma ona w swojej ofercie bardzo dobre modele przynajmniej siedmiu producentów, a w kategorii VIP nawet narty sportowe i tak zwane high performance. Każdy z uczestniczących w wyjeździe dziennikarzy dostał kolorowy folderek z ofertą i zaczęło się wybieranie. Zaznaczam, że wycieczka odbywała się poza szczytem sezonu. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu większość nart, o które pytałem, nie była dostępna lub obsługa nie dysponowała odpowiednią długością. W tym drugim przypadku serwisanci proponowali mi narty krótsze, twierdząc, że to i tak nie będzie miało znaczenia.

Wreszcie udało się wybrać odpowiednią parę i tu nastąpiło kolejne zdziwienie, a w zasadzie rozczarowanie. Narty były bardzo źle przygotowane. Nie, nie było w ślizgach dziur, ale tuning pozostawiał wiele do życzenia. Ze względu na ogromny „przerób” wypożyczalni niemożliwe jest przygotowanie nart naprawdę dobrze. W rezultacie dostajemy do ręki deski, które splanowane są za pomocą taśmy papierowej, nie mają założonej struktury na ślizgu, krawędzie podwieszone są na byle jaki kąt i oczywiście zdecydowanie zbyt agresywnie. Serwisant musi zbierać grubą warstwę zarówno ślizgów, jak i krawędzi, żeby zaoszczędzić sobie pracy. Smarowanie za pomocą maszynki ze szczotkami również nie pozwala na wnikanie smaru głęboko w strukturę ślizgów. W efekcie dostajemy do ręki narty, które nie chcą się ślizgać i tym samym skręcać, kiedy prowadzone są płasko. Na krawędziach trzymają tak agresywnie, że trudno jest zainicjować następny wiraż.

Uważam się za sprawnego narciarza o wielkim doświadczeniu, ale z jazdy na takich deskach naprawdę nie mam zbyt wiele przyjemności. Przez kolejne dwa dni codziennie zmieniałem narty na inne (w ramach pakietu VIP) i za każdym razem było to samo. Dopiero ostatniego dnia udało mi się wynegocjować z panem z wypożyczalni parę nowych nart (model na następny sezon), prosto z folii. Te deski, pomimo że zostały przygotowane jedynie w fabryce, jeździły całkiem dobrze. Podsumujmy: na cztery dni jazdy miałem tylko jeden dzień pełnej frajdy na stokach. Trochę mało.

Przygoda, którą opisałem, spowodowała, że cały ubiegły sezon pilnie przyglądałem się alpejskim wypożyczalniom, kontrolując stan desek wynajmowanych przez znajomych lub nawet towarzysząc im w transakcji. Wnioski są następujące:

  • Początek sezonu (listopad, grudzień) to najlepszy okres na ewentualne wypożyczanie nart. Deski są nowe i zwykle jeszcze przygotowane fabrycznie, co gwarantuje poprawne (nie mylić z doskonałe) właściwości na stoku;
  • W szczycie sezonu trudno jest dostać narty, które chcemy. Oczywiście można rezerwować, ale wtedy, w przypadku chęci zamiany, traci się dostęp do dedykowanych desek. Krótko mówiąc – nici z możliwości jazdy na różnych modelach, co jest głównym argumentem wielbicieli wypożyczalni;
  • W szczycie sezonu deski są słabo serwisowane. Dużym wypożyczalniom brakuje czasu na przyzwoite i gruntowne zajęcie się swoim sprzętem;
  • Pod koniec sezonu wypożyczane narty są już bardzo „zmęczone”. Rzadko się zdarza, aby prywatne deski były eksploatowane tak intensywnie przez całe swoje „życie”, jak popularne narty z wypożyczalni przez jeden sezon;
  • Małe wypożyczalnie przy lokalnych hotelach z reguły dysponują sprzętem w lepszym stanie (i lepiej serwisowanym) niż molochy w centrach turystycznych. Z reguły jednak nie oferują one wielkiego wyboru marek i modeli;
  • Deski z wypożyczalni musimy przyjąć takie, jakie są. Trudno jest oczekiwać, że ktoś specjalnie dla nas zrobi fine tuning, podwieszając krawędzie wedle życzenia i smarując żelazkiem dobrymi specyfikami (o wygrzewaniu nie wspomnę);
  • Personel wypożyczalni z reguły nie ma czasu na czasochłonne zajęcie się klientem. Jeśli nie posiada na stanie wybranej przez nas pary nart, zbędzie nas krótko, wmawiając, że inne narty będą nawet nieco lepsze./li>

W świetle powyższych faktów uważam, że za wyjątkiem osób, które dopiero zaczynają przygodę z narciarstwem i jeszcze nie wiedzą, czy będą ją kontynuować, wszyscy pozostali wyjdą lepiej na posiadaniu własnych desek. Oczywiście niemożliwe jest znalezienie jednej pary nart, która zapewni całkowitą satysfakcję w każdych warunkach. Większość narciarzy porusza się jednak w obrębie przygotowanych maszynowo tras, co pozwala już na zawężenie obszaru poszukiwań. Prawie w każdym większym ośrodku organizowane są testy poszczególnych marek, podczas których można spróbować innych desek niż własne. Zawsze też po dwóch lub trzech sezonach można narty sprzedać i częściowo odzyskane pieniądze ulokować w nowym sprzęcie. Wtórny rynek nart działa całkiem nieźle. Posiadanie własnych desek wiąże się też z ich serwisowaniem. To oczywiście generuje dodatkowe koszty, ale dobry serwisant wysłucha waszych życzeń i postara się tak przygotować narty, żeby jeździły jak nigdy dotąd. Zimowe urlopy są zbyt krótkie, żebyśmy mogli sobie pozwolić na ich marnowanie poprzez słaby lub źle serwisowany sprzęt.

Pomyślcie jeszcze, że duża część wyeksploatowanych nart z tak zwanego Zachodu trafia później do naszych wypożyczalni…

O Autorze

Tomek Kurdziel

Redaktor naczelny, założyciel i pomysłodawca Magazynu NTN. W dzieciństwie otarł się o WKN, przez wiele lat był członkiem AKN. Po roku 1981 przez 18 lat przebywał w Norwegii i Szwajcarii. Założył i przez wiele lat prezesował UIK Alpin na Uniwersytecie w Oslo. W latach 1985-1989 startował w zawodach FIS. Na początku lat 90. startował w zawodach snowboardowych (konkurencje alpejskie). Od 1997 roku pasjonat i promotor carvingu w Europie. Członek komitetu organizacyjnego FIS Carving Cup. W chwilach wolnych komentator Eurosportu. Obecnie entuzjasta freeride'u, motocyklowego enduro i windsurfingu.

Podobne posty

  • Krzysiek

    To jest oczywiście wszystko prawda, jednak druga strona medalu jest taka, że tylko narciarz z odpowiednimi umiejętnościami i doświadczeniem jest w stanie stwierdzić to co zostało napisane powyżej.

    Z własnego doświadczenia mogę stwierdzić, że przy średnich umiejętnościach jakie reprezentuje 80% klientów wypożyczalni (przynajmniej w Polsce), im narta jest niższej kategorii, bardziej miękka i co za tym idzie – łatwiejsza tym więcej sympatyków sobie zbiera. Żaden człowiek, który odwiedza wypożyczalnię nigdy nie docenił tego jak dużo pracy w jej przygotowanie włożył serwisant. Żaden. Jest to sprawa zupełnie losowa, gościu ma lepszy dzień to mówi, że mu się świetnie jeździ, gorszy – to zwala swój brak umiejętności na narty. Nie wspominając o tym jak taki użytkownik dba o ten wypożyczony sprzęt. Wjeżdża na zamknięte, nieprzygotowane trasy i zwraca narty podziurawione jak sito przez kamienie.

    Narta powinna być tak posmarowana żeby nie stawiała widocznego oporu podczas jazdy. Smar powinien być dostosowany do temperatury i tyle w temacie. Stosowanie wysokofluorowych bajerów do nart wypożyczalnianych to bzdura i strata pieniędzy, nikt nie jest w stanie stwierdzić różnicy. To samo tyczy się krawędzi, narty powinny być ostre bo polskie stoki ostatnio obfitują w armatkowy lód ale bez przesady. 89 stopni jest w zupełności wystarczające żeby narta dobrze trzymała, ostrzenie na niższe kąty powoduje, że klient nie jest w stanie poradzić sobie z nartą, chwyta mu krawędź itd. Oprócz tego ostrząc np. na 86 trzeba by ostrzyć je chyba 5 razy dziennie. Podcinanie o pół stopnia czy ćwierć stopnia czy ile tam, albo ostrzenie ręczne i używanie diamentowych pilników to taka sama bzdura jak smary wysokofluorowe. Widział ktoś kiedyś klienta wypożyczalni w Polsce, który zasuwa skrętem równoległym? 99% ludzi którzy korzystają z usług wypożyczalni nie wie do czego ta krawędź służy. A 1% bierze narty z wypożyczalni bo im się zepsuło wiązanie w ich własnych…

    Jest jeszcze taki aspekt, że nawet narty testowe większości firm są takie same. Pomijam tu K2, które są w większości modeli wyraźnie szersze, są dłuższe i generalnie mają inne parametry. Ale czy ja wezmę najwyższy model sklepowy Heada, Rossignola, Fischera czy Atomica to jest naprawdę jeden pies. To i tak jest para dech, w które trzeba wpompować niesamowicie dużo siły żeby oddały cokolwiek, a to co oddadzą jest ledwo odczuwalne. Ja jeżdżę na komórkach i jak czasem zdarzy mi się wziąć narty sklepowe to naprawdę jest mi obojętne które. Nie wiem, może jestem kiepskim diagnostą a może naprawdę wszystkie te narty są siebie warte.

    Podsumowując zgadzam się z artykułem o tyle, że narty w wypożyczalniach nie są szykowane z dbałością o każdy najdrobniejszy szczegół i owszem jak ktoś jest dobrym narciarzem to powinien mieć własny sprzęt ( o ile jeszcze nie ma). Jednak nie widzę żadnego powodu żeby ten stan rzeczy zmieniać bo te narty przez to, że są nartami sklepowymi już założenia nie są nartami wykonanymi idealnie, a stosując bardzo drogie techniki ich przygotowania wcale tego stanu rzeczy nie zmienimy. Ponadto, tak jak już wspomniałem, przeciętni narciarze nie są w stanie stwierdzić żadnej różnicy, nigdy w życiu nie docenią dobrego przygotowania sprzętu ani nie zaczną o niego sami dbać. Narty w wypożyczalni powinny być przygotowane dobrze. Ni mniej ni więcej.

    • Trader

      Krzysiek napisał: „… 80% klientów wypożyczalni (przynajmniej w Polsce), im narta jest niższej kategorii, bardziej miękka i co za tym idzie – łatwiejsza tym więcej sympatyków sobie zbiera.”

      Nie widze nic złego w użyciu miękkiej narty. Z moich obserwacji wynika, ze większość narciarzy przecenia swoje umiejętności i jeździ na topowych modelach poszczególnych marek, które bywają bardzo, bardzo sztywne. Takiej narty przeciętny narciarz nie ugnie w skręcie i do dyspozycji jest tylko sidecut. Taka narta najlepiej funkcjonuje jak jest twardo, a nawet bardzo twardo i na sztucznych sniegach no i gdy jest równo !!! Na rozjeżdżonym stoku to jest pain in a..

      Dalej: „…Żaden człowiek, który odwiedza wypożyczalnię nigdy nie docenił tego jak dużo pracy w jej przygotowanie włożył serwisant.”

      Swoje narty serwisuje sobie sam. Wiem ile czasu i pracy wymaga dobre przygotowanie nart, ręcznie. Narty dla przecietnego naciarza są przygotowywane tak jak jest to opisane w artykule. Co tu doceniać? Narciarz, który nie robi sobie serwisu sam, nie wie ile to wymaga poświecenia. Po za tym, amator nie oddaje nart do serwisu ręcznego bo to jest zbyt drogie. Wtedy owszem może byłoby coś do docenienia.

      Dalej: „…Stosowanie wysokofluorowych bajerów do nart wypożyczalnianych to bzdura i strata pieniędzy, nikt nie jest w stanie stwierdzić różnicy.”

      W tym zdaniu jest sugestia jakoby jakieś serwisy w wypożyczalni !!! używały smarów wysokofluorowych. Zdajesz sobie sprawe jak bardzo niedorzeczne jest to zdanie?

      Dalej: „…89 stopni jest w zupełności wystarczające żeby narta dobrze trzymała.” To jest zdecydowanie za mało dla aspirującego narciarza. W moich nartach mam 87 i ,5 i do tego nawet nie przytępiam dziobów ani piętek.

      Dalej: „…Oprócz tego ostrząc np. na 86 trzeba by ostrzyć je chyba 5 razy dziennie. To jak często trzeba narty ostrzyć zależy przede wszystkim od podłoża i sposobu użycia krawędzi. Na sztucznym, zanieczyszczonym sniegu śniegu narty mogą potrzebować codziennego ostrzenia. Na Pitztalu pojeździsz nawet 5 dni.

      Dalej: „… Podcinanie o pół stopnia czy ćwierć stopnia czy ile tam, albo ostrzenie ręczne i używanie diamentowych pilników to taka sama bzdura jak smary wysokofluorowe.”

      Ja lubię .5 stopnia. Bardzo często gdy narta nie jedzie tak jak trzeba to problemem jest albo ślizg albo własnie kąt tzw. podcięcia, który czesto bywa zbyt duży. Trzeba też pamiętać, że kąt podcięcia może tylko rosnąć!!! I to na pewno nie jest bzdura. Pilniki diamwentowe są bardzo pomocne w ręcznym serwisie, który także uważam, że nie jest bzdurą dla aspirującego narciarza.

      Dalej: „… Ale czy ja wezmę najwyższy model sklepowy Heada, Rossignola, Fischera czy Atomica to jest naprawdę jeden pies.”
      Jeśli dla Ciebie to jeden pies to może tylko oznaczać, że masz wygórowane mniemanie o sobie jako o narciarzu. Czy naprawde nie ma dla Ciebie znaczenia, że Voelkl z Markrem ma deltę 0 mm a Head z tyrolią zwykle 5 mm?

      Dalej: ‚… To i tak jest para dech, w które trzeba wpompować niesamowicie dużo siły żeby oddały cokolwiek, a to co oddadzą jest ledwo odczuwalne.Ja jeżdżę na komórkach i jak czasem zdarzy mi się wziąć narty sklepowe to naprawdę jest mi obojętne które.”

      Tutaj to jakby sprawa jasna. Wpompować dużo sily żeby narta zawodnicza coś oddała? Ja rzadziej jeżdże na swoim Speedwallu, który w wersji sklepowej nawet, jest bliski narcie zawodniczej, ponieważ nie czuję sie komfortowo gdy narta wyrzuca mnie w powietrze, a ja nie wiem jak to kontrolować. Gdybyś potrafił ugiąć taką nartę w skręcie to byś zobaczył jak niewiele siły trzeba żęby Cię ta narta „wystrzeliła” do kolejnego skrętu. Ale żeby ugiac taką nartę to najpierw trzeba umieć wejść na odpowiedni kąt w stasunku do podłoża, i to w liniii spadku!!!

      • Krzysiek

        Nie do końca rozumiem.

        Wszystko co napisałem na temat smarów dobrej jakości, pilników, kątów w nartach itd. dotyczyło nart z wypożyczalni. Uważam, że te zabiegi nie powinny być stosowane w wypożyczalniach bo są zbyt kosztowne a i tak nikt nie zauważy różnicy pomiędzy tak przygotowaną nartą a przygotowaną maszynowo. Dokładniej mówiąc nikt ze znakomitej większości klientów. Bo jak ktoś jeździ lepiej to i tak ma własny sprzęt.

        I owszem zgadzam się, że pilniki diamentowe, smary HF, podcinanie i wszystkie te bajery robią różnicę ale dla człowieka, który wie jak to wykorzystać. Ty chyba zrozumiałeś, że potępiam to w ogólności co jest nieprawdą.

        Ja też nie widzę nic złego w użyciu miękkiej narty. Był to po prostu argument za tym, że wypożyczalnia niekoniecznie musi być zaopatrzona w sprzęt najwyższej klasy bo i tak nie zostanie on odpowiednio wykorzystany.

        Jesli chodzi o docenienie pracy serwisanta to przecież rozważyłem hipotetyczną sytuację, w której narty byłyby idealnie przygotowane. Nie są bo nie ma takiej potrzeby. Nikt tego nawet nie zauważy więc po co spędzać godzinę nad parą nart dziennie.

        Jakie ja mam o sobie mniemanie? nie wiem, mam to głęboko i nie mi to oceniać. Po prostu jak biorę te różne narty z wymienionych to nie widzę różnicy i tyle. Nie za bardzo mogę coś na to poradzić. Mam się na siłę doszukiwać różnic?

        Umiem czy nie umiem, znowu nie mi to oceniać. i znowu dyskutujemy na temat moich subiektywnych odczuć. Jak dla mnie – wolę dynamikę nart komórkowych.

  • Ja wole wypożyczyć

  • Marek Piotr Piotrowski

    Czasem warto jest coś wypożyczyć i potestować na stoku, ale ogólnie jestem zwolennikiem kupowania nart, tak jak każdego sprzetu sportowego, jeśli uprawiamy go regularnie. Moje narty kupuję najczęściej w adventure sports w Warszawie, a od kilku lat jestem wierny rossignolowi, który jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.