tre cime

Sebastiana Szczęsnego poznałem przy okazji… kampanii startu polskiego jachtu w regatach Sydney Hobart w 2000 roku. Pracował wówczas w radiu RMF FM. Potem trafił do Przeglądu Sportowego i siedzieliśmy biurko w biurko. W końcu osiadł w TVP Sport. Znamy jego głos z komentowania skoków narciarskich, kojarzymy wywiady z największymi gwiazdami sportu. Jego sportowe zainteresowanie to głównie skoki i pięściarstwo, ale nie tylko… Przed właśnie rozpoczynającym się sezonem Pucharu Świata rozmawiamy z Sebastianem na temat narciarstwa alpejskiego, które to komentuje właśnie w TVP Sport.

Jakie są plany telewizji publicznej związane z narciarstwem alpejskim na sezon 2011/2012?

Plany TVP Sport opierają się na współpracy z austriacką federacją narciarską. Na jej podstawie pokazujemy turnieje skoków, w tym również kwalifikacje a nie tylko finały. Na podobnej zasadzie pokażemy austriackie Puchary Świata w narciarstwie alpejskim. Zaczniemy od Sölden, które akurat będę prawdopodobnie komentował sam. Planujemy połączenie telefoniczne z Maćkiem Bydlińskim, aby na żywo opowiedział i podsumował wydarzenia na trasie na lodowcu Rettenbach. W miarę upływu sezonu będę zapraszał współprowadzących ekspertów. Oprócz transmisji również narty będą gościć w serwisach informacyjnych TVP, czy to po Wiadomościach głównych, czy w Sport Telegramie. To oczywiście uzależniamy od obrazków, jakimi będziemy dysponować.

Jaki jest plan na pierwszy weekend Pucharu Świata?

Pokażemy skrót z pierwszego przejazdu pań, a potem finał na żywo. W niedzielę pierwszy i drugi przejazd pokażemy na żywo. Tak jak mówiłem, jestem umówiony z Maćkiem na rozmowę na antenie. Musimy się łączyć na telefon, bo komentować będę ze studia. Na miejsce do Sölden nie pojadę.

Czy masz już listę ekspertów?

Zwyczajowo współpracujemy z Moniką Lechowską, lecz wiele zależy od jej obowiązków zawodowych. Nad listą pracujemy.

Nartom alpejskim pewnie trudno przebić się w konfrontacji z bieganiem i skokami…

Uważam, że w ogóle fajnie, że się pojawiają na publicznej antenie. Kiedyś sporadycznie pokazywano mistrzostwa świata. A transmisje, czy to z mistrzostw czy to z igrzysk, cieszyły się sporą popularnością. Mieliśmy wspaniały odzew od widzów. Dostaliśmy prosty sygnał, że chcą to oglądać. W Polsce mnóstwo ludzi jeździ na nartach. Bardzo mnie to cieszy, bo uważam narciarstwo za bardzo widowiskowy sport zarówno na żywo, jak i w telewizji. Poza tym mam do tego sportu sentyment, bo w dzieciństwie sam jeździłem w sekcji.

Chętnie o tym posłucham…

Pochodzę z małego miasteczka na Południu, ze Stronia Śląskiego. Dziś najbardziej utożsamianego ze stacją Czarna Góra. Pacholęciem będąc na nartach po prostu się jeździło w każdej wolnej chwili. W miasteczku prężnie działał odłam szkoły Piasta Nowa Ruda. Tam właśnie stawiałem pierwsze kroki, startowałem w pierwszych zawodach lokalnych. W sekcji mieliśmy czterdziestkę dzieciaków! Potem zaczęły się regionalne wyjazdy do Szklarskiej Poręby, Karpacza czy nawet Szczyrku. Jeździłem głównie slalom gigant. Kiedy zaczynałem się czuć jak przyszły mistrz świata, moją karierę nagle przerwała wizyta rodziców na wywiadówce. Kiedy okazało się, że postępy w sporcie nie idą w parze z postępami w nauce „wybitnego alpejczyka”, treningi zeszły na plan dalszy. Kiedy na studiach robiłem specjalizację instruktorską, usłyszałem: Panie Szczęsny, pan na nartach nie potrafi jeździć. Próbowałem tłumaczyć, postawcie tyczki, poradzę sobie. Ale nie o taką jazdę naukowcom chodziło. Miały być łuki płużne, NWN, skręty z oporem na górną nartę… Startowałem na szczęście sporo w zawodach instruktorskich i akademickich np. w Memoriale Bronisława Haczkiewicza. Potem pracowałem w szkółce narciarskiej w Zieleńcu. Na nartach jeżdżę od czwartego roku życia. Pochodzę z gór, więc jak nas dobrze zasypało, to co było innego do roboty? A wychowanie podwórkowe było brutalne. Sami ubijaliśmy stok. Jeśli się ktoś przewrócił to się „ryjem ubiło dziurę”. Musiałem się szybko uczyć. Powiem szczerze, że osobiście bardzo się cieszę, że narty się pokazują w telewizji. Oczywiście obecnie u nas dominują skoki i biegi, ale cały świat pasjonuje się narciarstwem alpejskim. To jest zimowy sport numer jeden.

Myślisz, że w naszym kraju przyjdzie taki moment, że pojawi się ktoś, kto pociągnie za sobą tłumy przed telewizory i kibiców na stoki?

Na pewno tak. W końcu się to zdarzy, ale kiedy? Każda rywalizacja, kiedy Polacy się w niej liczą, przyciąga widzów i przekłada się na wymierne zainteresowanie przed telewizorami. Skoki akurat są sportem wybitnie telewizyjnym, ale ludzie ciągną też na skocznie, by kibicować osobiście. Nasze stoki tętnią życiem. Ludzie jeżdżą i w kraju i za granicą. Potrzebujemy takich lokomotyw jak Adam Małysz czy Justyna Kowalczyk. Spójrzmy co się teraz dzieje w pięściarstwie za sprawą Tomka Adamka, czy kontrowersyjnego Szpilki. Film z ważenia tego drugiego w dwa dni obejrzało w internecie półtora miliona osób. Małysz jest idealnym przykładem. Pamiętam przed laty ludzie na skocznię „pedałowali” o czwartej rano. Jestem pewien, że gdybyśmy mieli taką gwiazdę w narciarstwie alpejskim, narty stałyby się bliższe ludziom nawet niż skoki.

Ale mieliśmy kiedyś zawodników na poziomie, Bachleda w Nagano był piąty w kombinacji, pokazywał się też dobrze w slalomie, czy siostry Tlałkówny…

Na nieszczęście dla tego sportu, narty w jego przypadku przegrały z gitarą. Kiedyś jednak były inne czasy, mniej telewizyjne. Narty to bardzo drogi sport. Kiedyś rozmawiałem z mamą skoczków Maćka i Kuby Kotów, która w swoim czasie sama jeździła w kadrze Polski. Mimo że ich rodzice bardzo chcieli, aby oni zostali wytrawnymi alpejczykami, okazało się, że po prostu ich na to nie stać. Kiedy zaczęły się wyjazdy na lodowce, długie zgrupowania, stało się jasnym, że potrzebne są na to jakieś nierealne pieniądze. Inna sprawa, jeśli ktoś jest niezależny od związku. Tak jak ojciec braci Jasiczków. Oni po prostu realizują swój program, jeżdżą do Chile, do Nowej Zelandii latem, trenują tam z Kanadyjczykami. W ten sposób można coś osiągnąć, bo jeśli są pieniądze, to stać ich na najlepszych trenerów, na wyjazdy, sprzęt, na wydzielenie stoków… Z tej mąki może być chleb, ale co poza tym? Nasze dziewczyny widać w Pucharze Europy, sporadycznie wjeżdżają do czołowej trzydziestki Pucharu Świata. Karolina Chrapek i Agnieszka Gąsienica Daniel fajnie spisały się w superkombinacji na mistrzostwach świata. Kiedy jednak popatrzymy na Austriaków, Szwajcarów, Norwegów, Francuzów, Włochów czy Amerykanów, widzimy dwa inne światy. Tam są inne nakłady na ten sport, co przekłada się bezpośrednio na wyniki. W tej chwili narciarstwo alpejskie dla PZN jest po prostu ozdobnikiem, czy raczej koniecznością wobec złotych kur jak skoki i biegi. Trudno nawet powiedzieć, by ono naprawdę istniało. Jeśli kiedykolwiek na tym naszym podwórku, przy całej prowizorce i półśrodkach, hobbystycznym – siłą rzeczy – podejściu trenerów, uda się oszlifować jakiś diament, może się to skupi uwagę sponsorów, co potem odbije się na wyniki na światowym poziomie. W tym miejscu zaczynamy rozmowę o systemie, a on jest nie taki jak powinien…

O Autorze

Dziennikarz prasowy, radiowy, internetowy; komentator sportowy, spiker Legii Warszawa, a do tego narciarz-amator; żeglarz, ex-pięcioboista i wioślarz. Dziennikarstwo sportowe traktuje jako przedłużenie kariery zawodniczej. Organizator rajdów przygodowych. Lubi sobie pojeździć na rowerze i ogólnie się trochę zmęczyć. Autor prowadzi swój prywatny blog pod adresem zonaurbana.pl.

Podobne posty

  • Tiger

    A kolarze mocno naciskają na pedały