H+H
buty narciarskie

Buciki niezwykle wygodne i inne problemy współczesnego narciarza


Z założenia miał to być kolejny artykuł techniczny o butach, ich doborze i funkcjach. Pisząc go, zaczęła nachodzić mnie refleksja – najpierw jedna, druga, trzecia… I tak z artykułu o butach zrobił się tekst trącący rozważaniami filozoficzno egzystencjalnymi. Nie obawiajcie się, nie będę Was zanudzał jedynie swoimi przemyśleniami o narciarstwie. O butach też będzie, i to w lwiej części, ale od czasu do czasu warto zastanowić się także, dlaczego wydajemy mnóstwo pieniędzy na sprzęt i wyjazdy, marzniemy zamiast wylegiwać się pod palmami oraz czasami cierpimy w trochę niewygodnych butach.

No właśnie – dlaczego tak naprawdę jeździmy na nartach? Co pcha nas do uprawiania sportu lub choćby aktywności fizycznej na ośnieżonych stokach? Zacznijmy od sportu wyczynowego. Wiadomo, że narciarstwo alpejskie jest jednym z najbardziej (o ile nie najbardziej) kontuzjogennych sportów świata. Nie ma sezonu, żeby kilkoro czołowych zawodników nie wylądowało w szpitalu z zerwanymi więzadłami w kolanach. To nie wszystko. W narciarstwie alpejskim dochodzi również do zdarzeń śmiertelnych. Ostatni taki wypadek wydarzył się podczas treningu w Ameryce Południowej i dotknął zaledwie 25-letniego Włocha Matteo Franzoso. Wielka prędkość, twarda nawierzchnia, bardzo źle zabezpieczona trasa (wszakże to trening był jedynie) i bum! Był człowiek, nie ma człowieka… Strasznie to przykre. Ryzyko w sporcie alpejskim jest ogromne, a my znamy jedynie przypadki (i wypadki) zawodniczek i zawodników z najwyższej półki. Na poziomie FIS, regionalnym czy nawet klubowym rozgrywa się znacznie więcej dramatów przez nikogo nie zauważanych. Liczba kontuzji jest ogromna, a często w ich efekcie całkowicie zmienia się życie młodych ludzi, rujnując sobie przyszłość – i to nierzadko nie tylko sportową. Z drugiej strony zarobki, jakie może osiągnąć topowy zawodnik, są w porównaniu z innymi dyscyplinami doprawdy mizerne. Zaledwie garstka zawodniczek i zawodników dorabia się prawdziwych pieniędzy.Trzeba być mega gwiazdą, mieć wyniki, charyzmę i szczęście do mediów, żeby zdobyć majątek. Ot choćby Lindsey Vonn czy Mikaela Shiffrin. Pamiętam, jak nie tak dawno temu (około 15 lat wstecz) Ivica Kostelič po zajęciu trzeciego miejsca w gigancie w Adelboden (jednym z najtrudniejszych na świecie) z przekąsem opowiadał, że ryzykując życie zarobił 1,5 tys. franków szwajcarskich. Trochę się od tego czasu zmieniło, ale nie aż tak wiele. Narciarstwa alpejskiego w żaden sposób nie da się porównać z wszechobecną piłką nożną, tenisem czy nawet golfem (szczególnie zarobki w tej dyscyplinie powodują u mnie poważne zastanowienie). A jednak ciągle są nowi chętni do ścigania. Może nie aż tak wielu jak przed dwoma dekadami (robimy się coraz bardziej wygodni), ale wystarczająco…

Na poziomie amatorskim też lekko nie jest. Trzeba zainwestować w sprzęt (kupić lub wynająć), pojechać w góry w najdroższym sezonie, a przede wszystkim – zainwestować czas i środki – żeby nauczyć się tych dziwnych i całkowicie nienaturalnych dla naszego ciała ruchów. Niestety, Stwórca lub ewolucja (jak kto woli) nie przewidzieli, że człowiek będzie dobrowolnie poruszał się w dół ośnieżonego stoku z prędkościami znacznie przekraczającymi możliwości naszego ciała, sterując długimi i ciężkimi przedmiotami za pomocą impulsów pochodzących w dużej mierze z kolan – stawów, które nie były stworzone nawet do chodzenia w pozycji wyprostowanej. A jednak! Co roku miliony fanów to robią, ryzykując zdrowie i tracąc pieniądze. Dlaczego? Moim zdaniem – i przynajmniej ja tak rozumiem narciarstwo – cała zabawa polega na dążeniu do samodoskonalenia. Chcę, żeby moje skręty na twardym stoku były idealne, narty cyrklowały czyściutkie łuki na krawędziach. Chcę igrać z siłami występującymi w wirażach, czuć przeciążenia lub adrenalinę związaną z osiąganiem dużych prędkości. Nakręca mnie przekraczanie swoich możliwości na stromych ścianach, pokonywanie niepokoju, zarządzanie ryzykiem… W puchu też jest fenomenalnie. To niesamowite uczucie surfowania w bezdennym śniegu. Wydaje mi się, że może być podobne do uczucia nieważkości (nie wiem do końca, gdyż akurat nieważkości nie przeżyłem). Poza trasami orientacja, przewidywanie, zarządzanie strachem i ryzykiem odgrywają jeszcze większą rolę niż na ubitym „boisku”. Wszystko razem sprawia, że stajemy się lepsi, mocniejsi psychicznie i fizycznie, bardziej odporni na wyzwania dnia codziennego. No i na dodatek dostajemy również ważną dla funkcjonowania porcję endorfin, bez których trudno żyć. A endorfiny uzależniają… Wielu z nas wpada w spiralę i chce więcej, wyżej, lepiej, skuteczniej i ładniej. Oczywiście aspekt przebywania w pięknych okolicznościach przyrody też ma znaczenie. Nawet ja, człowiek wyjątkowo mało wrażliwy i całkowicie pozbawiony empatii, od czasu do czasu rozejrzę się i trochę pozachwycam pięknem gór… Niemniej nie wierzę, że ktoś jeździ na nartach ze względu na widoki i kontakt z naturą. Kontakt z naturą… Serio? Widzieliście kiedyś, ile jest osób na stokach – na przykład na Kronplatz w zimowe ferie? A na dodatek, przy wyciągach i barach często rżnie muzyka, co doprawdy trudno mi zrozumieć. Jest też przynajmniej kilka innych sposobów na podziwianie widoków górskich krajobrazów. W prawie każdym ośrodku istnieją zimowe trasy do pieszych wędrówek. Można też wybrać się na wycieczkę na rakietach śnieżnych, z przewodnikiem lub bez. W każdym razie – i tak będzie to po pierwsze tańsze, a po drugie znacznie bliżej natury niż korzystanie z kolejek, wyciągów i nartostrad w wielkim ośrodku narciarskim. Na dodatek, żeby przeżyć piękno gór w sposób przed chwilą opisany, nie musimy się niczego uczyć. Wszakże chodzić potrafi każdy zdrowy człowiek.

Skoro jesteśmy już przy temacie nauki. Mam dość sporo kolegów i jeszcze więcej koleżanek, którzy jeżdżą na nartach przez całe życie i nigdy nie wyszli poza pewien, dość mizerny poziom techniczny. Rozmawiając z nimi, staram się ich motywować do samorozwoju. Często w odpowiedzi słyszę, że jest im dobrze tak, jak jest, i nie potrzebują się rozwijać, gdyż jazda na tym poziomie i tak sprawia im przyjemność. Doprawdy? A skąd możecie wiedzieć, ile przyjemności więcej mielibyście, jeżdżąc dobrze, szybciej i skuteczniej? Nie jesteście w stanie tego nijak sprawdzić. W drugą stronę: znacie może kogoś, kto posiada doskonałą, nowoczesną technikę narciarską, a pomimo to jeździ niechlujnie, płuży, wywala biodro w skrętach, przewraca się w śnieg? Nie? Ja też nie. Myślę, że głównym powodem, dla którego zbyt wielu ludzi jeździ słabo (choć długo), jest strach – przed większymi wyzwaniami, stromszymi górami, większą prędkością, kontuzją, ale także strach przed porażką. A co będzie, jeśli się nie nauczę? Lepiej więc dorobić sobie ideologię samozadowolenia z jazdy słabej oraz głosić ją wszem i wobec w stylu: „Ja jeżdżę tylko dla przyjemności”. Ja też… Pomimo ponad 60 sezonów spędzonych na śniegu nadal staram się uczyć nowych rzeczy, poprawiam to, co potrafię, i ciągle szukam perfekcyjnego skrętu. Być może takie podejście nazywa się pasją, nie wiem… Niemniej można wysnuć wniosek, iż skuteczna, doskonała technicznie jazda sprawia większą przyjemność niż ta byle jaka.

Skoro już jesteśmy zgodni (mam nadzieję), że tak zwane narciarstwo kwalifikowane sprawia więcej frajdy, to jak je osiągnąć? To proste. Trzeba ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Najważniejsza jest inwestycja w siebie, co zresztą ciągle powtarzam moim rozmówcom podczas porad telefonicznych. Owszem sprzęt jest bardzo istotny i może dużo pomóc, ale to nasza wewnętrzna chęć poparta dobrym instruktażem może uczynić cuda. Nie liczcie na drogę na skróty. Osiągnięcie perfekcji nie odbywa się z dnia na dzień. Życie to nie amerykańska bajka o jakichś marvelach czy innych mutantach.

Skoro już przy problematyce sprzętu jesteśmy… O ile w dzisiejszych czasach gdzieniegdzie można wypożyczyć dobre i odpowiednie dla nas oraz warunków narty, o tyle z butami jest bieda. W większości wypożyczalni dostaniecie to, co akurat stoi na półce, najczęściej w rozmiarze przynajmniej o jeden numer za dużym. Dzieje się tak, bo w wypożyczalniach w godzinach szczytu nikt nie ma czasu, żeby dobierać odpowiednie buty. Te zbyt duże zrobią robotę, gdyż nie będą zbytnio uciskały. Szczerze namawiam, nawet dość początkujących narciarzy, do zainwestowania we własne buty. Tak, wiem – jeśli będziecie szybko robić postępy, to po dwóch sezonach będą potrzebne następne, trochę sztywniejsze, bardziej precyzyjne, lepsze. To jednak się opłaca, patrząc z punktu widzenia rozwoju na stoku.

Od kilkunastu lat dobieram różnym ludziom buty narciarskie; od prawie dziesięciu lat zajmuję się zaawansowanym bootfittingiem. Wykonuję wkładki, dokonuję modyfikacji skorup i wkładów w celu poprawienia komfortu. Wcześniej wielu prób dokonywałem na sobie (i swoich butach), co dało mi bardzo dużo doświadczenia. W ciągu ostatnich kilku lat zauważam pewien niepokojący trend. Bardzo wielu narciarzy, których mam okazję obsługiwać, stawia komfort butów ponad wszystkie inne zalety związane z ich użytkowaniem. Niestety – ludzie ci jednocześnie nie chcą zrezygnować z jazdy na bardzo sportowych nartach wymagających idealnej kontroli. W kilku ekstremalnych przypadkach miałem do czynienia z klientami, którzy za wszelką cenę chcieli połączyć buty skitourowe z nowoczesnymi slalomkami lub agresywnymi hybrydami. Swoją chęć tłumaczyli faktem, że skitourowe buty wykonane z plastiku dużo cieńszego, wyposażone w mechanizmy ułatwiające chodzenie i podeszwę z gumy, są wygodniejsze. Kiedy tłumaczę, że takie połączenie nie jest możliwe, choćby z powodu wiązań, które nie są kompatybilne z podeszwami skitourowymi, nie bardzo chcą wierzyć. Zupełnie nie wierzą, kiedy tłumaczę, że buty skitourowe nie będą dostatecznie nadawały się do kontrolowania sportowych desek. Przecież buty to buty… Inni, mierząc kilka par, cały czas oczekują, że w nich będzie wygodnie i ciepło – jak nie przymierzając w gumofilcach. Jedna z klientek, po spróbowaniu bodajże wszystkich modeli butów w swoim rozmiarze w naszym sklepie, nadal narzekała, że nie jest jej wygodnie. Poszedłem więc do działu obok, w którym mamy buty zimowe, i przyniosłem jej Fubuki, bardzo modne plastikowe kalosze z ciepłymi wkładami z pianki EVA. Spojrzała na mnie z niedowierzaniem, stwierdzając: „Przecież w tych butach nie da się jeździć na nartach!”. „Nic nie szkodzi” – odpowiedziałem – „ale za to będzie pani wygodnie i ciepło”. Dopiero po tym żarciku mogliśmy zacząć rozmawiać poważnie o celach, jakie sobie stawia i potrzebach, jakie ma. Tak, moi drodzy – jeśli ktoś pragnie jeździć skutecznie, rozwijać się, precyzyjnie wycinać carvingowe łuki lub agresywnie pędzić w dół stoku pokrytego metrowym puchem, musi dokonać pewnych kompromisów – a wygoda nie może być absolutnym priorytetem. Owszem, zgadzam się: w naszych butach narciarskich pod żadnym pozorem nie możemy cierpieć, ale oczekiwania, że będą tak wygodne jak trampki, są znacznie przesadzone. Wynika to z prostego faktu: każdy but narciarski wykonany jest z przynajmniej dwóch kawałków twardego plastiku – części dolnej i cholewki. Co więcej, w odróżnieniu od, na przykład, skóry naturalnej, takie plastikowe skorupy są prawie zupełnie nierozciągliwe (chyba że się je podgrzeje). Wnętrze to botek z pianki, tym twardszej im bardziej zaawansowane i precyzyjne są nasze buty. Teraz geometria. Stoimy na rampie pochylonej o kilka stopni. Z tyłu – pełny wyprost kolan uniemożliwia nam bardzo sztywna tylna część cholewki, odchylona od pionu o kilkanaście stopni. Nie jest to pozycja na dłuższą metę super wygodna. I bardzo dobrze! Te kąty muszą być przeniesione na naszą postawę nad nartami. Po to właśnie narciarskie buty są takie sztywne. Teraz szerokość. Nie oczekujcie, że buty narciarskie będą miały taką szerokość wnętrza, jaka wynika z pomiaru waszej stopy. Jeśli ktoś chce jeździć bardzo precyzyjnie, musi wybrać buty wąskie, które całkowicie uniemożliwią jakikolwiek ruch stopy na boki. Dla przykładu: moja szersza, prawa stopa mierzona na miarce ma 103 mm szerokości, lewa mierzy 101 mm. Jeżdżę w butach Salomon S/Pro Race 140, których tak zwany „last”, czyli szerokość pomiarowa dla rozmiaru 26, wynosi 96 mm. Ba! Mój rozmiar butów to 25, więc szerokość jest jeszcze mniejsza! I co? I nic! Owszem, kilka razy dziennie muszę odpiąć buty na stoku, ale w zamian dostaję niezwykłą precyzję prowadzenia moich sportowych nart. Mam jeszcze drugie buty: Atomiki Hawx Ultra 130 o szerokości nominalnej 98 mm. Używam ich do jazdy w trudniejszych warunkach i na nartach freeride. To pierwsze buty w moim życiu, które odpinam zaledwie raz lub dwa razy w ciągu całego dnia. Przypominam, że mam naliczone więcej niż 60 sezonów jazdy. Kiedyś jeździłem w butach sportowych o flexie wynoszącym 150 jednostek oraz szerokości 93 mm – odpinałem je po każdym zjeździe i przed każdym następnym powtórnie mocno zapinałem… i żyję. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś jest wystarczająco sprawny, aby jeździć na nartach, to może schylić się kilka razy dziennie, żeby odpiąć i ponownie zapiąć buty. Przy wyborze wąskich, precyzyjnych butów kluczową sprawą jest bardzo dobre i precyzyjne podparcie stóp za pomocą robionych na miarę, dość sztywnych wkładek. Tylko wtedy nasze stopy nie będą się rozpłaszczać pod obciążeniem w skrętach. Sprawa kolejna to mocne zapinanie cholewki. Tak, tak – mocne, a nawet bardzo mocne, gdyż tylko wtedy, kiedy górna część butów będzie mocno związana z naszym podudziem, jesteśmy w stanie użyć całego flexu butów do przeniesienia nacisku na przednie części nart. Czytając nasze testy, być może zwróciliście uwagę na częste sformułowanie, że narty „ładnie zacieśniają” lub „dobrze dokręcają” skręty. Jeśli chcecie, żeby wasze deski też to robiły, musicie mieć buty o odpowiedniej sztywności i dobrze zapięte. Tylko wtedy, naciskając na piszczele, będziecie w stanie ugiąć przednie części desek znajdujące się przed wiązaniami, szybko zainicjować łuk i błyskawicznie przejść ze skrętu w skręt. Kiedyś odwiedziła mnie jedna pani, która twierdziła, że jej nowo zakupione narty Stöckli Laser WRT się jej nie słuchają. Poprosiłem, żeby pokazała, w jaki sposób zapina buty. Otóż niewiasta ta wcale nie używała górnych klamer – po prostu je zaczepiała, nie wywierając żadnego nacisku. Kiedy zaoponowałem, powiedziała, że ma bardzo, ale to bardzo wrażliwe łydki i nie może (nie chce) zapinać mocniej. Poradziłem jej wizytę na basenie. „Przed czy po nartach?” zapytała. „Zamiast” – odpowiedziałem. Na szczęście większość klientów docenia moją pracę (i żarty), a właściciele sklepu mają dużo zrozumienia dla mojego niecodziennego sposobu obsługi.

Na koniec jeszcze jeden przykład z życia. Dwa lata temu byłem na eleganckim balu. We wnętrzu dawnego Domu Partii, a później giełdy, świętowaliśmy z dużą pompą 100-lecie Warszawskiego Klubu Narciarskiego. Kobiety w długich sukniach, panowie w garniturach (nawet ja kupiłem sobie na tę okazję nowy). Szyk i elegancja. Ogromna większość kobiet zaprezentowała się w butach na szpilkach, wszakże należą one do dobrego tonu. Panowie głównie w oksfordach. I tak, w pięknym stylu, przeszły pierwsze godziny balu z częścią oficjalną. Kiedy około godziny 2.00 spojrzałem na parkiet, większość kręcących się tam osób była boso… Tak, tak, moi drodzy – nie tylko buty narciarskie potrafią uciskać, jednak żeby uzyskać odpowiedni efekt, musimy się trochę pomęczyć.

Konkludując: jeśli naprawdę chcecie być bardzo dobrymi narciarzami, wasze buty muszą być super dopasowane. W tym celu należy udać się do dobrego bootfittera o dużym doświadczeniu i oddać się w jego ręce. Niemniej, nawet po perfekcyjnym dopasowaniu jest więcej niż pewne, że wasze buty narciarskie nie będą tak wygodne jak filcowe kapcie, gdyż muszą spełniać swoją bardzo ważną rolę na stoku – dając wam kontrolę nad nartami. To nic, że czasem będziecie musieli je odpiąć lub nawet podczas lunchu zdjąć je i rozmasować stopy. Jeśli naprawdę chcecie zrobić oszałamiające postępy, ta drobna niedogodność nie powinna was zatrzymać. Pozostali, którzy jeżdżą „tylko dla przyjemności”, mogą nadal używać butów o rozmiar dwa lub trzy za dużych (rekordzista miał tych „zbyt wielu” rozmiarów aż siedem) i przez wieki pozostać nadal na tym samym – marnym – poziomie. Mogą nigdy nie poczuć, dlaczego narciarstwo jest tak fascynującym sportem, ale za to z jakim komfortem.

Artykuł pochodzi z Magazynu NTN Snow & More. Jeśli chcesz przeczytać więcej ciekawych artykułów zamów nowy numer w wersji papierowej lub e-wydanie PDF w naszym sklepie.

Znaczniki

Dodaj komentarz

Zobacz także

Inne artykuły

azs winter cup

Gadające Głowy – AZS Winter Cup #3 Myślenice

Myślenice to nowe miejsce na mapie Akademickiego Pucharu Polski, więc dopytujemy studentów jak podoba im się stok. Juliusz gubi nartę i „komplementuje” zwycięzcę, Maja opowiada jak to jest jeździć w czerwonej koszulce

azs winter cup

Gadające Głowy – AZS Winter Cup #2 Rytro

Hitem drugich eliminacji AZS Winter Cup było na pewno niekonwencjonalne ustawienie slalomu. Antek zrobił to na tyle perfidnie, że konfiguracja była nie do przejechania. Tytus chciał wzywać delegata technicznego, ale skończyło się

Newsletter

Dołącz do nas – warto

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowościach na stronie, nowych odcinkach podcastu, transmisjach live na facebooku, organizowanych przez nas szkoleniach i ważnych wydarzeniach oraz mieć dostęp do niektórych cennych materiałów na stronie (np. wersji online Magazynu NTN Snow & More) wcześniej niż inni, zapisz się na newsletter. Nie ujawnimy nikomu tego adresu e-mail, nie przesyłamy spamu, a wypisać możesz się w każdej chwili.