Tym razem trochę przesadzili pomyślałam przeglądając program na kolejny dzień. Rano startujemy z leżącego nad Adriatykiem Portoroż, potem szybkie zwiedzanie Lublany, jeszcze kilka godzin jazdy na nartach, a parę minut po siedemnastej trzeba zdążyć na lotnisku i odlecieć – niestety do domku.
Aleš – ależ to jest przegięcie – zwracam się do naszego przewodnika i opiekuna. Aleš Fevzer – doskonale rozumie, że moje „ależ” tym razem wyraża pewne obawy, a nie jest ekspresyjnym wołaniem jego imienia. A tak przy okazji jeśli chodzi o rozumienie przez nas Polaków języka słoweńskiego to wcale nie jest źle, a właściwie jest całkiem nieźle. Łatwiej można się porozumieć niż ze Słowakami czy Czechami. Jeśli tylko przyjmiemy do wiadomości, że gobowa Juha – to po prostu grzybowa zupa, a smučanie wcale oznacza smutku, lecz właśnie najszczęśliwsze dla narciarza chwile, czyli jazdę na nartach.
My dva smučiva – prawda, że ładnie brzmi. W języku słoweńskim zachowała się charakterystyczna ongiś dla języków słowiańskich tak zwana liczba podwójna. Dziś owa liczba podwójna to forma dość wyjątkowa, podobnie wyjątkowy okazał się Krvavec. Z centrum Lublany do Krvavca jest jakieś 20 kilometrów, jeszcze bliżej bo tylko 8 kilometrów dzieli Krvavec od lotniska. Aleš twierdzi, że żadna inna europejska stolica nie ma tak blisko położonej przyzwoitej górki do uprawiania narciarstwa alpejskiego. Położony w Alpach Kamnicko-Savinjskich Krvavec oferuje niemal 30 kilometrów tras narciarskich i mnóstwo możliwości jazdy offpiste. Ski arena rozpościera się na wysokości 1450-1970 m n.p.m. a żeby się tam dostać, należy – podobnie jak w Voglu – wjechać gondolą. Przy dolnej stacji panuje spory ruch, jest mgliście, wilgotno i w ogóle dość ponuro. Gruba warstwa chmur sprawia, że trudno wprost uwierzyć, by zaledwie kilkaset metrów wyżej świeciło słońce. A jednak! Tam w górze jest niemal jak w niebie. I ruch panuje taki jakby wszyscy chcieli z tego nieba jak najwięcej skorzystać. Możliwości do jazdy jest dość sporo, choć nie wszystkie wyciągi działają. Tegoroczna zima też daje się cokolwiek Słoweńcom we znaki, znaczy raczej jej brak. Aleš narzeka, że jeździć można jedynie na trasach, bo śniegu jest zbyt mało by marzyć o wycinaniu śladów w dziewiczym puchu. Mimo to potrzebujemy niemal trzech godzin, by zapoznać się z rozmaitymi wariantami szusowania po Krvavcu. Znajdujemy też sporo czasu na solidny lunch, a na deser – snowbike, alternatywa dla nart i snowboardu – nowość, która wśród amatorów jednej lub dwóch desek od kilkunastu lat jakoś nie może się przebić ani w Alpach austriackich, ani we francuskich. Ale spróbować warto.
PS Buty narciarskie zdejmowaliśmy w gondolce zwożącej nas do dolnej stacji, kierowca wcale nie przekraczał dozwolonej prędkości, a gdy spojrzałam na czerwone w zachodzącym słońcu szczyty Alp Kamnicko-Savinjskich zrozumiałam skąd nazwa Krvavec.