jazda na orientację

Siedem grzechów głównych – jak nie jeździć na orientację

Poprzedni sezon w jeździe na orientację był dla mnie pasmem sukcesów, które pojawiły się trochę nie wiadomo skąd. Wychodziło wszystko. Trochę jak ze szczęściem beniaminka w ekstraklasie – pierwszy sezon w najwyższej klasie rozgrywek często jest bardzo udany. To nie mogło trwać wiecznie. Dziś po raz pierwszy wycofałem się z rywalizacji. Nie ma się czym chwalić – wręcz przeciwnie – poczucie wstydu nie daje mi spokoju. Ale niech te kilka wniosków, które przychodzą mi do głowy, bezpośrednio po wywieszeniu białej flagi, będą drogowskazem na przyszłość. Może nie tylko dla mnie.

leszek pachulski
Z Leszkiem Pachulskim na starcie w Gdyni Orłowo. Leszka znam z wyjazdów narciarskich. Pojawia się na szkoleniach sportowych, które organizuję. W jeździe na orientację uczyć się można tylko od niego. W kwietniu zdobył swój szósty tytuł „Harpagana” na bardzo wymagającej trasie.

1. Szlaki turystyczne jako odniesienie

To mnie dziś pogrążyło. Zaufałem mapie w niewłaściwy sposób – priorytetem powinna być odległość i układ dróg, a nie przebieg szlaku turystycznego, który – jak wiadomo – może się zmieniać na przestrzeni lat. Niestety nie było informacji z którego roku jest mapa. Wierzyłem, że aktualna. Może za bardzo przyzwyczaiłem się do turystycznych, super dokładnych map z Bike Orientu? Nie pasowała mi odległość przebyta do momentu skrętu w szlak. Czemu zignorowałem tę informację – nie wiem.

2. Dopasowywanie mapy do terenu

Znów to zrobiłem. Jak nieopierzony żółtodziób. Jak już się pogubiłem, to na siłę chciałem przekonać się, że jestem w odpowiednim miejscu na mapie. Mimo, że układ dróg się nie zgadzał. To częsty błąd początkujących orientalistów. Myślałem, że ten etap mam już za sobą. A jednak. Do czego doprowadziło łudzenie się, że jestem zorientowany, widać na obrazku tytułowym. Szukałem coraz dalej i dalej.

3. Za trudny rajd

Ogólnie lubię wyzwania. Tylko start na setkę, w naprawdę wymagającym terenie (całkiem fajne góry macie w tej Gdyni) bez jakiegokolwiek przygotowania, musiał się źle skończyć. Rok temu przypominałem sobie jak się jeździ z mapą na podwarszawskich krótkich trasach. Późniejsze problemy z nawigacją były rzadkością. Dziś każdy punkt okupiony był lekkim okładem niepotrzebnie nadrobionego dystansu. Fizycznie też byłoby ciężko. Rok temu pierwszy długi rajd był po tygodniu szosy na Majorce i weekendzie w Beskidach. To jednak robi różnicę.

4. Złość

Nie mam cierpliwości. A nerwy powodują głupie wybory. Dziś wybierałem głupio.

5. Pytanie miejscowych o wskazanie pozycji na mapie

Pytanie lokalesów o jakiś charakterystyczny punkt się może udać. Ale już proszenie o wskazanie czegoś na mapie to ostatnia rzecz, jaką warto robić. Niestety w desperacji popełniłem i ten błąd. Co prawda nie miał on większego wpływu na moje poczynania, bo miejscowy też zakładał, że jest w tym samym miejscu, co ja. Ale tego się nie robi. To żelazna zasada. Czytałem o tym wielokrotnie. No i co? No i nic.

6. Jazda za kimś

Najbardziej lubię jeździć sam. Jazda za kimś dekoncentruje, osłabia czujność. Moment nieuwagi, gość odjeżdża i nie wiesz gdzie jesteś. Dziś ze dwa razy było blisko takiej sytuacji. Pokusa chwili odpoczynku na kole zwyciężała nad rozsądkiem. W decydującym momencie jednak nawaliłem sam.

7. Zbyt szybkie poddanie się

Może trzeba było odpuścić ten punkt i jechać dalej? Nie wiem, po półtorej godzinie poszukiwań zakończonych fiaskiem nie potrafiłem wykrzesać w sobie motywacji do walki. Z punktu widzenia treningowego na pewno było warto. Jednak ze sportowej strony, sprawa była przegrana. Nigdy nie potrafiłem grać „nie na punkty” w cokolwiek. A nieznalezienie tego lampionu w przypadku braku limitu czasowego (nie ma na rajdzie „Z kompasem”) oznaczało grę „nie na punkty” do końca dnia.

Ostatni raz wstawiałem to po starcie w Wołominie. Dziś też się należy. Jest jedno pocieszenie na przyszłość: gorzej być już nie może, więc po następnym starcie mam nadzieję napisać coś bardziej pozytywnego. Tymczasem klasyk:

fakt wstyd żenada
Znaczniki

Podobało się? Doceń proszę atrakcyjne treści i kliknij:

Dodaj komentarz

Zobacz także

Inne artykuły

maryna

Mini wywiad z Maryną po supergigancie w Lenzerheide

A teraz obiecany mini-wywiad z Maryna Gąsienicą-Daniel przeprowadzony w rejonie linii mety po supergigancie w Lenzerheide. Wiem, że trochę późno, ale pomimo to przeczytać warto. Cześć. Ponownie spotykamy się po zawodach. Tym razem prawie

maryna gąsienica daniel

Ostatnie pchnięcia

To był długi i ciekawy sezon. Na pewno ciężki dla większości zawodników, a w szczególności dla tych, którzy jeżdżą wszystkie konkurencje. Dużo podróżowania, mnóstwo startów i wszyscy są już bardzo zmęczeni. Niemniej, końcówka

AMP Narciarstwo Alpejskie

AMP 2022: Dwa oblicza wielkiego finału

Zuzanna Czapska i Paweł Pyjas (oboje AWF Katowice) zdobyli tytuły akademickich mistrzów Polski w gigancie. W slalomie zwyciężyli Maja Chyla (UJ Kraków) oraz Przemysław Białobrzycki (AWF Katowice). W Zakopanem zakończyły się

AMP Narciarstwo Alpejskie

AMP 2022: Bez dotykania tyczek

Zwycięzcami eliminacji slalomowych zostali ci sami zawodnicy, którzy byli najlepsi we wczorajszym gigancie. Na zachodzie dominacja Zuzanny Czapskiej i Pawła Pyjasa (oboje AWF Katowice), a na wschodzie zwycięstwo Mai Chyli (UJ Kraków) i Antoniego

maryna gąsienica-daniel

W Lenzerheide po dwóch latach…

Obiecałem relację, wiec być musi… Czas i sytuacja na świecie, co prawda nie napawają mnie chęcią do pisania o narciarstwie, ale życie toczy się dalej pomimo niezbyt miłych wieści stąd i zowąd. Wreszcie

Newsletter

Dołącz do nas – warto

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowościach na stronie, nowych odcinkach podcastu, transmisjach live na facebooku, organizowanych przez nas szkoleniach i ważnych wydarzeniach oraz mieć dostęp do niektórych cennych materiałów na stronie (np. wersji online Magazynu NTN Snow & More) wcześniej niż inni, zapisz się na newsletter. Nie ujawnimy nikomu tego adresu e-mail, nie przesyłamy spamu, a wypisać możesz się w każdej chwili.