tyrol

Któż dzieckiem będąc, nie puszczał latawca? Niegdyś na to nietrudne pytanie odpowiedź zawsze była twierdząca. Dzisiejsza młodzież odpowie negatywnie lub spyta „co to jest latawiec?”. Ja jednak pochodzę z pokolenia, dla którego nie było jesieni bez wytwarzania chałupniczym sposobem z listewek i papieru „japońskiego” maszyn latających napędzanych wiatrem. Człowiek jednak dorasta. Może i chciałby pobiegać z latawcem, ale nigdy nie ma na to czasu. A przecież to taka wspaniała rozrywka.

W latach 90. ubiegłego stulecia ciągle jeszcze miałem nadzieję na odegranie niebagatelnej roli w światowym żeglarstwie na tak zwanych skiffach. Razem z kumplem kupiliśmy łódkę klasy Laser 5000 i jeździliśmy z nią po całej Europie z regat na regaty. Między startami trenowaliśmy na malowniczym, górskim sztucznym jeziorze Lac de Monteynard niedaleko od Grenoble. Powód był prosty: mieszkałem wówczas w szwajcarskim Bernie, a kumpel w Grenoble. Rzeczone jezioro było jedynym w miarę pewnym wietrznie akwenem w okolicy tych dwóch miast. Wieje nad nim bowiem termika, czyli wiatr dolinowy. Przy słonecznej pogodzie w zasadzie za każdym razem, wiosną, latem, jesienią lub zimą, około godziny jedenastej budzi się wiatr. Wspomagany odpowiednim układem barycznym potrafi osiągnąć nawet 6 stopni w skali Beauforta. Niewspomagany, przy tak zwanym stacjonarnym wyżu, wieje z siłą 3 do 4 w tej skali. Nie jest źle.

Pewnego dnia, kiedy przygotowywaliśmy naszą łódkę w lokalnym klubie, pojawili się nieznani nikomu goście. Co więcej, mieli ze sobą ponton z silnikiem i deski, które przypominały skrzyżowanie tych do jazdy po falach i windsurfingu. Patrzyliśmy na nich z zaciekawieniem. Kilka chwil później, kiedy nad jeziorem pojawił się wiatr, dziwni przybysze wypuścili w powietrze wielkie latawce i za ich pomocą próbowali pływać. Niestety, nie wyglądało na to, żeby mieli nad sprzętem jakąkolwiek kontrolę. Nie potrafili też płynąć na wiatr. Zjeżdżali więc baksztagami niżej i niżej, a wracali za pomocą pontonu z motorkiem. Przy okazji zaliczali mniej lub bardziej spektakularne loty i kraksy. Po każdej kraksie latawiec wyglądał jak mokra szmatka, a dało się go wystartować tylko z brzegu. Nowy sport nie sprawiał wrażenia bezpiecznego oraz wydawał się bardzo uciążliwy.

Wieczorem przy ognisku (taka wówczas nad tym jeziorem była tradycja) poznaliśmy śmiałków. Byli nimi Bruno i Dominique Legaignoux. Obaj o nowym sporcie, ciągle jeszcze zwanym flysurfingiem, wyrażali się entuzjastycznie. Z rozszerzonymi źrenicami i uśmiechem od ucha do ucha próbowali namówić każdego z nas do próby na wodzie. Nawet chciałem się skusić, ale kumpel Michał tłumaczył:

Przecież to nie ma sensu. Trzeba mieć latawce, deski i obstawę, a poza tym oni nigdy nie pojadą na wiatr, bo latawiec ciągnie po zawietrznej. Najpewniej i tak się pozabijają.

Odpuściłem – niestety.

kitesurfing w turcji

Rok później podczas regat w La Grande Mote na francuskim wybrzeżu Morza Śródziemnego spotkaliśmy braci Legaignoux ponownie. O dziwo, ciągle żyli. O zgrozo, sprawnie pływali po morzu, również na wiatr. Flysurfing w międzyczasie zmienił też nazwę na kitesurfing (kite = latawiec), a zdolni braciszkowie w 1997 r. wprowadzili na rynek pierwsze komercyjne latawce, które nie tonęły. Wyposażono je bowiem w tuby napełnione powietrzem. Firma braci Legaignoux nazywała się Wipika, a system pompowanych komór nadających kształt latawcowi oraz utrzymujących go na powierzchni wody to wipika-system. Znalezienie takiego rozwiązania zajęło im 15 lat… Do dziś większość firm produkujących kite’y musi płacić zdolnym i wytrwałym Francuzom za używanie patentu. Nawet Robby Naish.

kitesurfing w turcji

Mijały lata. Przestałem żeglować, ale ciągle jeszcze pływałem (i pływam) na windsurfingu. Kitesurfing brawurowo przeszedł przez choroby wieku dziecięcego i zawładnął akwenami na całym świecie. Skomplikowany i ciężki sprzęt windsurfingowy nie zachęcał młodych ludzi do nauki. Co innego kite: jedna deska, dwa latawce i kilka akcesoriów dadzą się przewieźć nawet motocyklem czy PKS-em. Ja jednak czułem do tego sportu narastającą awersję. Na latawcu potrafili pływać wszyscy, nawet ci, którzy nie bardzo wiedzieli, skąd wieje wiatr. Na Półwyspie Helskim można było spotkać ludzi, którzy na kite przesiedli się prosto z wodnych skuterów i tak też się zachowywali. Dla człowieka uprawiającego żeglarstwo od maleńkości trochę to wszystko pachniało kaszanką. Nie bez znaczenia był również fakt, że miałem swoją okazję i mogłem spróbować wciągnąć się w nowy sport, ucząc się od samego Bruno Legaignoux. Na próżno więc namawiali mnie koledzy, którzy wcześniej przesiedli się z deski z żaglem na tę napędzaną latawcem. Dopiero kiedy ukochana kobieta na dobre zrezygnowała z windsurfingu i po jednym tygodniu (prawie bezwietrznym) w Egipcie wróciła do domu, potrafiąc pływać na halsie, poddałem się.

Nienawidzę uczyć się na kursach. Większość wykładowców przestrzega wyuczonych procedur i wyłącza myślenie. Już dawno w USA stwierdzono, że wiele samolotów rozbija się z powodu ścisłego trzymania się procedur i odłączaniu mózgu. Na szczęście jest Tadzik, kolega, który kilka lat temu zrobił papiery instruktora kite. Jest młodszy ode mnie o dobre kilkanaście lat, ale podobnie jak ja uczy się przez głowę, a nie przez małpie odruchy. Tak też naucza.

Muszę posypać głowę popiołem. Na pierwszej lekcji buńczucznie zawyrokowałem, że jeśli tylko opanuje zasady operowania kitem, to pojadę od pierwszej próby. Body dragi wyszły mi celująco, ale z innymi elementami miałem trochę problemów. Najtrudniej szło mi zakładanie deski na nogi i trzymanie kite’a w zenicie. Wszystko przez zbyt wystający brzuch. Wreszcie, po 12 godzinach lekcji (nawet się nie spodziewałem, że tyle to zajmie), nałykania się ledwo słonej wody, najedzenia się glonów (fuu!), popłynąłem na halsie i nawet wróciłem w to samo miejsce. Kilka dni później siedziałem w samolocie i leciałem do Turcji na pierwsze kite’owe wakacje w życiu.

kitesurfing w turcji

Przed lotem udało mi się pożyczyć trochę sprzętu. Od firmy Nobile Zosia i ja dostaliśmy rozkładane deski: model NHP Split oraz dwa latawce model T5 w rozmiarach 7,5 oraz 10 m². Zosia pożyczyła jeszcze dwa kolejne latawce North Dice w rozmiarach 9 i 12 m² od importera marki North. Skoro mamy zainwestować w nowy sport, to dobrze wiedzieć, co chcemy posiadać.

Nie wiem jeszcze, na jakich latawcach będę pływał, ale wiem na pewno, że wszystkie moje deski to będą „splity”. Polska firma Nobile ma na to rozwiązanie patent, więc sprawa jest prosta. Dość powiedzieć, że do jednej torby włożyłem deskę NHP Split, dwa latawce, dwa bary z linkami, pas do trapezu (tak zwany harnes), dodatkowe stateczniki, trochę ciuchów do pływania i chodzenia oraz kosmetyki. Wszystko ważyło równe 20 kg i poleciało oczywiście jako normalny bagaż, a nie dodatkowy. Nieźle, co?

kitesurfing w turcji

Akyaka to piękne małe, portowe i turystyczne miasteczko położone nad malowniczą zatoką Gokova. Codziennie z powodu okalających zatokę wzgórz wieje w niej wiatr termiczny o mocy od 15 do 20 węzłów. Nie ma się wrażenia spędzania czasu nad morzem, gdyż zatoka raczej przypomina górskie jezioro, na przykład popularną Gardę. Wiatr wieje do brzegu, a szeroki pas płytkiej wody zapewnia komfortowe i laboratoryjne warunki do dalszej nauki. Już po kolejnych dwóch dniach potrafiłem „robić wysokość” i zabrałem się za zwroty. Wszystko sprawiało mnóstwo przyjemności, dodatkowo kite jest na tyle mało fizycznie wyczerpującym sportem, że pływanie po kilka godzin dziennie nie stanowi problemu, nawet jeśli trochę walczy się z żywiołem (jak ja). Przyjemność więc trwała dłużej. Po takiej dawce windsurfingu musiałbym do hotelu wracać taksówką i mieć do dyspozycji masażystkę. W Akyace zrozumiałem też, że kite ma potencjał i na pewno będę dalej rozwijał się w tym sporcie, ale z windsurfingu nie zrezygnuję. Dla mnie to ciągle inna bajka. Po tygodniu pływania wszyscy wróciliśmy zdrowi i cali z uśmiechami na twarzy. A o to właśnie chodzi.

kitesurfing w turcji

Czy warto zainteresować się kitem? To jasne. Każdy sport wodny ma w sobie coś magicznego, gdyż wszystko odbywa się na styku dwóch żywiołów. W kitesurfingu w szczególności. Sama świadomość, że człowiek ślizga się po powierzchni wody na desce o wielkości tej do krojenia mięsa i niemającej wyporu, ciągnięty przez latawiec znajdujący się w odległości 25 m, robi wrażenie. Kitesurfing jest sportem łatwym do nauczenia, ale wymagającym sporo pokory. Tutaj nic nie da zrobić się na siłę. W przypadku utraty kontroli nad latawcem generowane są ogromne siły. Na łódce można puścić szot, na windsurfingu otworzyć ręce na bomie (po uprzednim wypięciu się z haka). Ze splątanym, ciągnącym latawcem nie zrobimy nic… Trudno, trzeba wziąć kilka lekcji i uważnie wysłuchać również teorii. Wszystkie samodzielne próby nauki kitesurfingu kończyły się prędzej czy później bardzo boleśnie. Do lokalnych legend na wszystkich plażach przeszły opowieści o ludziach próbujących swych sił na podstawie książki „Nauka kitesurfingu w weekend”.

Co jeszcze? Kitesurfing w odróżnieniu od bardzo wielu sportów akcji prawie w jednakowym wymiarze pociąga mężczyzn, jak i kobiety. To bardzo miłe, kiedy w stacji panuje jako taka równowaga płci (wiadomo, kobiety łagodzą obyczaje), a nie tylko popisują się przed sobą napompowane testosteronem samce. Kitesurfing nie wykańcza fizycznie, co w połączeniu z wcześniej wymienioną równowagą płci zdecydowanie wpływa na życie socjalne. A w Akyace jest gdzie wyjść. Mnogość knajpek i barów z muzyką jest spora. Tak mocno wciągnąłem się w kitesurfing, że doprawdy nie bardzo już wiem, na który z sezonów czekam bardziej niecierpliwie.

Fajnie jest spędzać letnie wakacje z latawcem.

Znaczniki:
Podziel się:

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowościach na stronie, nowych odcinkach podcastu, transmisjach live na facebooku, organizowanych przez nas szkoleniach i ważnych wydarzeniach oraz mieć dostęp do niektórych cennych materiałów na stronie (np. wersji online Magazynu NTN Snow & More) wcześniej niż inni, zapisz się na newsletter. Nie ujawnimy nikomu tego adresu e-mail, nie przesyłamy spamu, a wypisać możesz się w każdej chwili.

Dodaj komentarz

NOWY NUMER

Najnowsze wpisy

Magazyn NTN
za darmo

Tylko subskrybenci naszego newslettera (bez spamu, wyłącznie informacje o dużych nowościach na stronie, transmisjach live, naszych szkoleniach i ważnych wydarzeniach) dostają dostęp do nowych wydań Magazynu NTN Snow & More w wersji online kilka dni po ukazaniu się numeru na rynku. Zupełnie za darmo. Pozostali mogą oglądać tylko wydania archiwalne. Zapisz się – to się opłaca!