Dwadzieścia lat… Jak ten czas leci. Ani się człowiek obejrzał, a mnóstwo wody upłynęło w Wiśle. Współcześni czytelnicy „Magazynu NTN Snow & More” zapewne nawet nie wiedzą, jaka jest historia periodyku. Postanowiłem więc wybrać kilka przełomowych momentów, anegdot, śmiesznych sytuacji lub po prostu chwil, które podczas tej długiej podróży na nartach i z nartami najbardziej utkwiły mi w pamięci.

Wszystko zaczęło się bardzo dawno temu, jeszcze w licealnych czasach w mieszkaniu kolegi, gdzieś na warszawskiej Pradze. Kolega miał bowiem ojca-pilota, który pasjonował się dwoma sprawami: kobietami i narciarstwem. Z tego powodu, pod nieobecność taty, kolega dysponował magazynami „Playboy”, „Penthouse” i… „Ski”. Chodziliśmy do niego czasami w celu pooglądania obrazków. Słaba znajomość angielskiego wykluczała czytanie interesujących zapewne artykułów. W związku z bardzo dużą konkurencją do oglądania magazynów z kobietami oraz moim zainteresowaniem narciarstwem coraz częściej sięgałem po „Ski” i „Skiing”. Ileż wspaniałych informacji można tam było znaleźć! Testy, opisy ośrodków, wywiady z gwiazdami. Szkoda, że niewiele z tego rozumiałem.

Kilka lat później, w 1981 roku, za sprawą wielu dziwnych przypadków losowych znalazłem się w Norwegii. Tam jedną z pierwszych rzeczy, które kupiłem był magazyn „Ski” z Philem Mahrem na okładce. Tym razem periodyk przeczytałem od deski do deski i jeszcze raz, i jeszcze raz…

Podczas finałów alpejskiego Pucharu Świata sezonu 1983/1984, rozgrywanych na „naszej” klubowej górce Kirkerudbakken, Phil Mahre i jego brat bliźniak Steven byli pierwszymi gwiazdami narciarstwa, z którymi mogłem rozmawiać. Byli trochę zdziwieni, kiedy pytałem o kąty pochylenia cholewek ich butów i jak ostrzą narty. Śmiali się, ale grzecznie odpowiadali, a ja chłonąłem wiedzę bezpośrednio od mistrzów. W 1986 roku zacząłem pracować dla importera nart Dynamic i wiązań Geze (tak, tak, były takie) i brać udział w testach nart – zarówno sportowych, jak i sklepowych.

magazyn ntn

Rok 1984, Kirke­rudbakken niedaleko Oslo. Pierwsze zawody alpejskiego Pucharu Świata, które oglądałem na żywo, stojąc w dodatku na trasie. W jednej ręce miałem grabie do zacierania muldy, a w drugiej aparat. W akcji mój idol Ingemar Stenmark.

Minęło znowu kilka lat, a ja za sprawą kolejnego przypadku losowego znalazłem się w Szwajcarii i to permanentnie. Ciągle miałem kontakt z narciarstwem sportowym. Jeździłem oglądać zawody APŚ, brałem udział w treningach, poznawałem kolejnych zawodników, ale nie pracowałem w branży, choć na testy nadal jeździłem. Zacząłem pisać felietony, relacje z podróży oraz tłumaczyć z niemieckiego teksty dla magazynu „Deska Windsurfing”. Tak sobie myślę, że chyba właśnie te doświadczenia spowodowały chęć wydawania własnego magazynu. Drugim impulsem była zapewne moja, co prawda dobrze płatna, ale totalnie nudna praca analityka w dziale informatyki dużego ubezpieczyciela. Wreszcie w klasyczny sposób „rzuciłem papierami o sufit”, ot tak z dnia na dzień. Zagwarantowane kontraktem trzymiesięczne wynagrodzenie dawało szansę rozkręcenia czegoś swojego w Polsce. I tak się wszystko zaczęło…

magazyn ntn

Historyczna okładka pierwszego numeru „NTN Niezależny Test Narciarski”. Obok tak zwana makieta, czyli model periodyku, z którą zrobiłem rundę po firmach narciarskich, poszukując reklamodawców. Kiedy obecnie przeglądam makietę, ciągle się dziwię, że jednak znalazłem kilkanaście firm, które wykupiły powierzchnię reklamową. Pionierskie czasy.

Nie, nie będę dalej zanudzał kontynuowaniem mojego życiorysu. Przypomnę za to kilka wydarzeń z tego dwudziestoletniego okresu, które szczególnie utkwiły w pamięci. Nie są one uszeregowane chronologicznie ani pod względem wrycia się ich w moją słoniową pamięć, za wyjątkiem tego jednego, najfajniejszego zdarzenia…

FIS Carving Cup Invitational, czyli zawody na Wielkiej Krokwi

Było to jeszcze w czasach, kiedy firma Allegro inwestowała w polskie narciarstwo i finansowała nie tylko eliminacje FIS Carving Cup w Polsce, ale także w serię zawodów dla amatorów. Złote czasy…

W tym konkretnym sezonie przemiłe panie (będę się starał unikać nazwisk, gdyż wspominane osoby często już pracują w innych firmach i na innych stanowiskach) z działu marketingu i PR w Allegro zażyczyły sobie czegoś ekstra, czegoś zupełnie świeżego. Od razu pomyślałem o zorganizowaniu zawodów na skoczni w Zakopanem. Szczególnie że kilka lat wcześniej razem z kolegą testowaliśmy ten obiekt pod kątem wykorzystania zeskoku do slalomu. Doświadczenia te były nad wyraz obiecujące, gdyż zeskok na Wielkiej Krokwi jest wielce urodziwy, a trybuny stanowią swoisty amfiteatr. Przy pierwszej próbie nie mieliśmy wystarczająco dużo pieniędzy, żeby takie zawody zorganizować. Tym razem mój pomysł padł na podatny grunt, pieniądze się znalazły i rozpoczęliśmy wspólne ustalanie scenariusza wydarzeń.

magazyn ntn

Teraz mała dygresja: zawody carvingowe rozgrywano na tak zwanych bojach ustawianych w rzędach po dwie lub trzy w poprzek stoku. Narciarz mógł samodzielnie wybierać tor jazdy. O wyniku decydował nie tylko czas, ale także liczba zdobywanych punktów w zależności od okrążania bojek znajdujących się bliżej lub dalej linii spadku stoku. Zawody międzynarodowe organizowano w systemie dwudniowym. Z eliminacjami pierwszego i półfinałami oraz finałami dnia drugiego.

Wracając do opowieści. Allegro nalegało, żeby na skoczni rozegrać półfinały i finały, podnosząc rangę wydarzenia. Niestety musiałem zaoponować. Zeskok Wielkiej Krokwi jest do tego po prostu zbyt wąski. Drewniane bandy stanowiłyby potężne zagrożenie dla uczestników. Wreszcie znaleźliśmy rozwiązanie: zawody na skoczni będą imprezą dodatkową do FIS Carving Cup w formule invitational, czyli na zaproszenie organizatorów, a nagrodami będą tylko pieniądze dla zwycięzców. Decydujemy się na dwa przejazdy po pojedynczych bojach tylko na czas, z których ten lepszy będzie liczył się do klasyfikacji końcowej. Zapraszamy czołówkę rankingu i kilkoro polskich zawodniczek i zawodników na zasadzie dzikich kart. Dodatkowo do samych zawodów przygotowujemy atrakcję, która ma ściągnąć także przypadkowych widzów. Będzie nią koncert Patrycji Markowskiej z zespołem. Na skoczni zamawiamy oświetlenie telewizyjne, a ze stacją TVN podpisujemy umowę na wykonanie reportażu.

Wreszcie nadchodzi ten dzień. Jedna ekipa pod moim kierownictwem już o świcie jedzie na stok Kotelnicy Białczańskiej przeprowadzić normalne eliminacje FIS Carving Cup. Druga ekipa, składająca się z samych sprawdzonych ludzi, buduje na wybiegu skoczni scenę i przygotowuje nagłośnienie. Prowadzę imprezę na Kotelnicy, komentując przejazdy, ale myślami jestem na skoczni: czy zdążą, czy wszystko wypali, czy przyjdą ludzie i wreszcie, czy nikt nie zrobi sobie krzywdy? Pytań jest wiele…

Około 15.30 kończymy eliminacje i pędzę na Wielką Krokiew. Z powodu korka na zakopiance decyduję się na przejazd przez Cyrhlę. Czasu jest mało, start zaplanowaliśmy na 19.00. Na Cyrhli jest bajkowo, ale zaczyna padać dość obfity śnieg i jest bardzo zimno, więc znowu pojawia się mnóstwo wątpliwości. Na skoczni okazuje się, że wszystko jest pod całkowitą kontrolą. Ekipa zrelaksowana, wyciąg chodzi, śnieg pierwsza klasa i w zasadzie jesteśmy gotowi. Brakuje jedynie trasy… Powoli zapada zmierzch, kiedy razem z Mauro Robustellim, ustawiaczem trasy, zaczynamy wkręcać pierwsze bojki. Pracujemy przy oświetleniu technicznym i jest dość ciemno. Mauro zwraca mi na to uwagę, ale go uspokajam i proszę o zachowanie tajemnicy. Ustawiacz nie jest do końca zadowolony ze swojego dzieła. Górna część zeskoku za progiem i przed bulą jest bardzo wąska i bojki nie mogą być podkręcone. Zawodnicy będą się tam trochę za bardzo rozpędzać, zanim wjadą na najbardziej stromy odcinek trasy. Dodatkowo straszą metrowe, drewniane bandy… Zapowiada się widowiskowo, ale trochę straszno. Na godzinę przed startem na skocznię zaczynają przybywać zawodnicy polscy i zagraniczni. Pomimo że termometr wskazuje -11°C, na trybunach pojawia się coraz więcej ludzi. Ciągle pada śnieg. Trenerzy poszczególnych teamów przychodzą do mnie z delegacją, że na zeskoku jest zbyt ciemno, co stanowi poważne zagrożenie. Nie ukrywam, że czekałem na taki moment. Przez radiotelefon daję znak kierownikowi technicznemu i w ciągu kilkunastu sekund Wielka Krokiew zamienia się w bajkową scenę. Staje się jasno jak w słoneczny dzień, a w powietrzu pomału i majestatycznie wirują wielkie płatki śniegu. Wszyscy na moment zamieramy z wrażenia i zachwytu… Wreszcie startujemy. Pierwszy vorlaufer zjeżdża przeciętnie, bez fajerwerków i wygląda to marnie, drugi upada. Zaraz po starcie w górnej części trasy upada także jadąca z numerem jeden Melanie Burgener. Gwiazda FIS Carving Cup zsuwa się bezradnie aż do końca zeskoku. Panie z Allegro patrzą na mnie lekko przerażonym wzrokiem… To jednak trwa jedynie chwilkę. Od tego momentu wszystko dalej wychodzi koncertowo, a zawody stają się jednymi z najbardziej zażartych i emocjonujących w całej historii FIS Carving Cup. Publika szaleje. Wreszcie Thomas Bergamelli i Marta Berezik zgarniają nagrody. Patrycja Markowska daje koncert w niezapomnianej scenerii, który podobno wspomina do dziś. Na jeden numer na scenę wkracza także jej ociec Grzegorz i śpiewa przebój „Idź precz”. Na wybiegu i trybunach do północy bawi się ponad 4000 osób i jest moc pomimo temperatury -16°C. Tak, bez wątpienia ten dzień będę pamiętał zawsze…

magazyn ntn

Grzegorz i Patrycja Markowscy podczas niesamowitego koncertu na Wielkiej Krokwi

Cztery i pół doby – pierwsze zawody carvingowe na Nosalu

To wydarzyło się w czasach całkowitej prehistorii. Pierwsze carvingowe zawody w Polsce zorganizowało Stowarzyszenie Sport XXI, którego wówczas byłem prezesem. Tyle historii. Zanim jednak doszło do startu, przeżyłem jedną z najcięższych prób w życiu… Żeby zorganizować zawody carvingowe, potrzebne są tak zwane bojki, czyli okrągłe „poduchy” obleczone w PCV. Wówczas jedynym producentem takich znaków kursowych była firma SPM z Salzburga. Zamówiliśmy tam bojki z terminem odbioru dobrze na tydzień przed zawodami. Razem z nimi zamówiliśmy też wielkie, pompowane bramy linii mety oraz koszulki startowe, których wykonanie w Polsce napotykało nieznane i niezrozumiałe trudności. Niestety, telefon z SPM o kilkudniowym opóźnieniu w realizacji zamówienia spowodował lekką korektę początkowego planu. Zawody zaplanowane były na sobotę, więc zdecydowaliśmy, że już we wtorek wieczorem pojadę do Slazburga, odbiorę bramy, bojki oraz koszulki i udam się prosto do Zakopanego, gdzie zdążę odpocząć przed imprezą. Plan dobry… We wtorek wieczorem wyruszam sam z Warszawy moim nieco sfatygowanym Renault Espace 2.2 RT, do którego zamierzam wcisnąć wszystkie bojki w liczbie 45. Jeśli by się nie udało, awaryjnie mam jeszcze bagażnik. W alei Krakowskiej tankuję benzynę pod korek na renomowanej stacji z muszelką w logo i ruszam w trasę. Po kilkunastu kilometrach okazuje się, że samochód pracuje trochę dziwnie. „Może się przepali” – myślę optymistycznie, zdając sobie sprawę z różnej jakości paliwa na naszych stacjach. Niestety jest coraz gorzej. Samochód traci moc. Staję gdzieś pod Rawą Mazowiecką i otwieram maskę. Rozżarzony do czerwoności kolektor wydechowy jednoznacznie potwierdza, że coś nie jest w porządku. Wracam pomału do Warszawy, z coraz częściej przerywającym silnikiem. W domu jestem o trzeciej nad ranem, ale już o siódmej melduję się w zaprzyjaźnionym warsztacie. Diagnoza jest powalająca: spalona sonda lambda, a w zbiorniku zamiast paliwa dziwna, śmierdząca ciecz. Nie ma co, trafiłem na „chrzczoną” benzynę… Jest źle, gdyż nikt ze znajomych nie dysponuje wystarczająco dużym pojazdem do zabrania 45 carvingowych bojek. Czas ucieka… Wreszcie po wykonaniu przynajmniej 100 telefonów udaje mi się pożyczyć blaszaka Mercedesa MB 100. Jest w nim głośno jak cholera, pędzi maksimum 100 km/h, ale jedzie. Wiem już, że sam nie podołam. W środę wieczorem w trasę rusza więc ze mną pracownik serwisu DID Sport o pseudonimie – jeśli dobrze pamiętam – „Cypis”. Lecimy, o ile można to tak nazwać… Przed fabryką w Salzburgu jesteśmy o świcie, ale formalności z wydaniem i wypełnieniem formularzy celnych przeciągają się do popołudnia. Człowiek, który nas obsługuje, widząc w jakim jestem stanie zmęczenia i stresu, wypełnia za mnie dokumenty i stara się ulżyć. Do dziś dnia pozdrawiamy się serdecznie na targach ISPO… W drodze powrotnej „Cypis” prowadzi, a ja kalkuluję, na którą dotrę do Zakopca. Nie będzie źle, złapię przynajmniej pięć do sześciu godzin snu. Granica austriacko-czeska mija spokojnie. Stemplujemy plik papierów i w drogę. W Gorzyczkach niestety stop. Celnicy kierują nas na bok, do urzędu. Czekamy w holu na twardych jak cholera krzesełkach, ale przynajmniej jest ciepło. Przez pierwsze kilka godzin nikt się nami nie interesuje, aż wreszcie po północy, kiedy odprawiono już wszystkie ciężarówki, przychodzi dwóch funkcjonariuszy z pytaniem, co mamy. – Sprzęt do zawodów i koszulki startowe – odpowiadam. – Koszulki? – z zainteresowaniem podchwytuje celnik – to są tekstylia, a tych w naszym urzędzie nie climy. – Panie! To nie są ubrania, tylko numery startowe. W Warszawie dowiadywałem się, że nie ma na nie cła, podobnie jak na bojki do zawodów – mówię już nieco zdenerwowany. – Ale powiedział pan koszulki, a to tekstylia. Chodźmy zrobić rewizję!

Takich rewizji mieliśmy w ciągu nocy całkiem sporo i zawsze wyglądały tak samo: jeden z nas szedł do samochodu z jednym tylko celnikiem. Tych dwóch sukinsynów po prostu chciało wyłudzić łapówkę, a ja się uparłem, że nie dam. Puścili nas dopiero o szóstej rano, kiedy zapytałem, o której do pracy przychodzi naczelnik. Dalsza droga do Zakopanego była gehenną, gdyż obaj umieraliśmy ze zmęczenia. „Cypis” opuścił mnie w Krakowie, a ja dotarłem do zakopiańskiego Imperiala o 11 rano w piątek z zamiarem położenia się spać chociaż na godzinę. Niestety, nic z tego nie wyszło. Zdążyłem się tylko wykąpać, kiedy przyjechała z Warszawy reszta ekipy i wzięliśmy się za organizowanie biura oraz tysięcy różnych rzeczy. Wieczorem poszliśmy na Nosal w celu zbadania trasy. Nie była zła. Pomału stres odpuszcza i szykuję się na mały wypoczynek. Ale chwileczkę! Niesprawdzone są jeszcze nowe, wielkie dmuchane bramy startowe. „To potrwa tylko z pół godzinki i będzie można zalec w łóżku” – myślę naiwnie.

Następne ujęcie: jest druga w nocy, a pierwsza z bram nawet nie jest napompowana w połowie. Używamy kompresora tłoczącego za mało powietrza, ale za to pod dużym ciśnieniem. Nie jest dobrze, ale już nie mogę i idę spać na parę godzin.

Ponowna walka z bramami rozpoczyna się o świcie. Wreszcie pompuje je obsługa warsztatu wulkanizacyjnego w mieście, a pod Nosal trafiają na godzinę przed startem za pomocą odkrytej ciężarówki, łamiąc kilka mniejszych gałęzi drzew po drodze.

Od 14 możemy wejść na stok. Czasu mało, gdyż start zaplanowaliśmy na 16.30. Ustawiamy trasę, grodzimy wybieg – normalka, choć jest nas tylko kilku. Jeszcze tylko pani z marketingu sponsora życzy sobie, żeby ważący 300 kg i mający powierzchnię boiska do koszykówki baner umieścić na stoku powyżej startu. Dyskusja nie ma sensu… Kolega Andrzej przypiął sobie do pleców goprowską akię z rzeczonym banerem i wpiął się w Pomę. Jadąc tuż za nim na wyciągu, uświadamiam sobie, że jeśli nie wytrzyma lina, talerzyk lub Andrzej, to nawet nie zdążę krzyknąć, zanim zginę, a wraz ze mną wszyscy w linii poniżej. Ale jest mi już wszystko jedno. Poma na Nosalu jednak jest mocna i baner trafia na stok.

Wreszcie z półgodzinnym opóźnieniem zaczynamy. Jadę jako vorlaufer, a nogi mam jak z waty. Potem komentuję jeszcze zawody na żywo przez kolejne cztery godziny. Pomału wyczerpują mi się baterie i zaczynam mieć zwidy. Wreszcie zawody kończą się zwycięstwem Małgorzaty Tlałki-Długosz i Szymona Łukaszczyka. Jeszcze tylko ceremonia rozdania nagród i możemy zacząć pakować majdan. Około północy kładę się na jednej z bram w celu wyciśnięcia z niej powietrza i natychmiast zasypiam kamiennym snem. Ot tak, na stoku przy siarczystym mrozie! Koledzy zawlekli mnie do hotelu. Nigdy przedtem, ani nigdy potem tak się nie ściuchałem…

magazyn ntn

Pionierskie czasy zawodów carvingowych w Polsce. Na zdjęciu znoszę ze stoku bojki, których transport do Polski (wraz z numerami startowymi) stał się gehenną. Zdjęcie pochodzi z drugich zawodów carvingowych w Polsce, które odbyły się w Szczyrku na trasie Beskidu. Z pompowaniem ogromnych bram, które napotkało tyle trudności w Zakopanem, poradził sobie brawurowo stary odkurzacz pani Zubkowej. Łącznie redakcja „NTN” była współorganizatorem kilkunastu zawodów na bojkach w naszej ojczyźnie. Dziesięć z nich to międzynarodowe imprezy cyklu FIS Carving Cup, które zawsze odbywały się na stokach Kotelnicy Białczańskiej. Dyrekcja tego ośrodka, w osobie pana Tomasza Patureja, była nam zawsze szalenie życzliwa. Bazą stało się natomiast nieodległe Zakopane, do którego zagraniczni zawodnicy przyjeżdżali bardzo chętnie, często nawet kilka dni przed zawodami. Dopiero jednak kiedy sponsorem imprezy stała się firma Allegro, mogliśmy naprawdę rozwinąć skrzydła. Przedtem za każdym razem do samego końca trwała walka o budżet…

Pierwszy występ w TV

Tuż po wydaniu pierwszego numeru „Magazynu NTN Niezależny Test Narciarski” (drugi człon nazwy – „Snow & More” – dodaliśmy później) zostałem zaproszony do redakcji sportowej pewnej znanej stacji telewizyjnej, żeby – jak to w telewizji – w ciągu dwóch minut opowiedzieć wszystko z detalami o taliowanych nartach. Przeciętny widz podobno nudzi się, jak musi przyjąć większą dawkę wiedzy – tak mówią znakomici eksperci od mediów. Efektem takiego podejścia są programy o wszystkim i o niczym, ale mniejsza z tym… Przed wizytą w studiu upewniłem się, czy będzie można pokazać narty, gdyż w tamtych czasach funcarvery na naszych stokach należały do rzadkości. Otrzymałem odpowiedź pozytywną, z jednym małym „ale”. Niestety pozostała sprawa tak zwanej „krypciochy”, czyli kryptoreklamy. Telewizja nie może pokazać produktu jednego producenta, gdyż wydawca może być łatwo pociągnięty do odpowiedzialności za czerpanie korzyści z „krypciochy” właśnie. Jeśli jednak pokaże się pięć podobnych produktów, aaa, to proszę bardzo. Zameldowałem się więc o wyznaczonej porze w studiu wyposażony w pięć długich i krótkich nart (nie par) różnych producentów, żeby sprawnie przedstawić podobieństwa i przede wszystkim różnice. Przed moim wystąpieniem była przerwa reklamowa, szybko więc wnieśliśmy sprzęt do studia. Byłem – owszem – przejęty nową dla mnie sytuacją, ale kiedy usłyszałem rozmowę prowadzącego i kamerzysty, żeby nie za bardzo pokazywać narty, trochę mnie to rozczarowało, a złość uspokoiła. Bo jakże to? Zdobywam pięć produktów różnych wytwórców, targam sprzęt i wszystko na nic? Przecież bez pokazywania ciężko będzie wytłumaczyć, o co chodzi z tymi carverami. Zaczynamy program. Rozmowa odbywa się na stojąco. Najpierw kilkanaście sekund standardowej gadki o narciarstwie i przechodzimy do spraw sprzętu. Opowiadam i biorę do ręki najbardziej carvingowe z carvingowych Atomiki 9.11, żeby zaprezentować, jak ich kształt różni się od tradycyjnych desek. Próbuję pokazać ich szerokie dzioby i wąską talię do kamery, ale napotykam znaczny opór. To jednak nie narta, tylko prowadzący stara się ustawić ją bokiem do obiektywu, żeby nie było widać logo. W milczeniu toczymy na wizji zażartą walkę… Sytuacja jest tak groteskowa, że zaczynam się śmiać, ale ani myślę oddać pole. Wreszcie po chwili wydającej się wiecznością prowadzący odpuszcza i mogę wyjaśnić widzom, co chciałem. Ten człowiek obraził się jednak na mnie śmiertelnie i nigdy więcej nie zaprosił do studia. Cóż, takie życie. A na temat mediów popularnych i tak mam swoje (nie najlepsze) zdanie.

magazyn ntn

Zauroczeni jego stylem jazdy, robiliśmy wywiady z Tedem Ligety, zanim stał się sławny. Jednym słowem rozpoznaliśmy talent. Później Ted jeszcze trzy razy był naszym gościem na łamach „NTN Snow & More” i podczas każdego wywiadu miał wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. Jest bardzo interesującym i skromnym człowiekiem. Mamy nadzieję kiedyś go jeszcze „dopaść”.

magazyn ntn

FIS Carving Cup to seria imprez, której poświęciłem 10 lat mojego życia. Zawody odbywały się w atrakcyjnej formule eliminacji, półfinałów i finałów, a jeździło się po trasach wyznaczonych przez kolorowe boje, bez kijków. Dla mnie były one kwintesencją carvingu. W serii FIS CC startowali zawodnicy nawet z poziomu alpejskiego Pucharu Świata, tacy jak: Alessandra Merlin, Matteo Nana, Giorgio Rocca, Thomas Bergamelli czy Gianluca Grigoletto, ale także zachwyceni możliwościami carvingowych desek amatorzy. Dawało to okazję do ustalenia swojego miejsca w szyku… FIS CC najbardziej rozwinął się we Włoszech, ale na listach startowych nie brakowało także Szwajcarów, Austriaków, Słoweńców, Niemców i oczywiście Polaków. Nasi rodacy stawali czasami nawet na podium. Na zdjęciu popularny „Grigo”, czyli Gianluca – zawodnik, który zdominował rywalizację w późnym okresie FIS CC.

Melanie Burgener dziękuje

Ostatnie zawody FIS Carving Cup na Kotelnicy… Niby nikt nie wypowiedział tego głośno, ale razem z Michałem Szyplińskim wiedzieliśmy już, że znalezienie zastępczego sponsora w miejsce Allegro będzie niemożliwe. Ze strony Allegro widać i słychać było szereg niepokojących sygnałów o zmianie polityki firmy itp. Cóż, życie… Zawody przebiegły bardzo ładnie, a ja po dekoracji zwycięzców zwróciłem się z mową przede wszystkim do zagranicznych zawodników, że po dziesięciu latach FIS Carving Cup w Polsce następnej imprezy już chyba nie będzie. Smutno mi było jak cholera, bo zżyłem się z nimi bardzo, ale co można było zrobić? Podziękowałem za udział i tyle. Wtedy przed szereg wyszła szwajcarska zawodniczka Melanie Burgener – co tu dużo ukrywać – dziewczę niepospolitej urody. W imieniu wszystkich zagranicznych uczestników podziękowała mi za dziesięć lat zaangażowania. Podkreśliła, że choć wielu zawodników FCC ścigało się wcześniej w alpejskim Pucharze Świata lub Europy (ona zresztą też), to nigdy i nigdzie nie byli tak szczerze, sympatycznie przyjmowani jak w Zakopanem i na Kotelnicy oraz nigdzie nie doświadczyli tak sprawnej organizacji. Wcześniej oczywiście wiedziałem, że wielu z zawodników ma bardzo ciepły stosunek do Polski, ale szczera przemowa Melanie bardzo mnie poruszyła. Kiedy na koniec wręczyła mi mały prezent, wycałowała z dubeltówki, a zawodnicy rzędem i z powagą na obliczach podeszli uścisnąć rękę, łykałem już łzy wzruszenia. Zdałem sobie sprawę, że pomimo wielu przeciwności i stresów po prostu było warto…

Dziś myślę tak samo o dwudziestu numerach „NTN Snow & More”.

O Autorze

Tomasz Kurdziel

Redaktor naczelny, założyciel i pomysłodawca Magazynu NTN. W dzieciństwie otarł się o WKN, przez wiele lat był członkiem AKN. Po roku 1981 przez 18 lat przebywał w Norwegii i Szwajcarii. Założył i przez wiele lat prezesował UIK Alpin na Uniwersytecie w Oslo. W latach 1985-1989 startował w zawodach FIS. Na początku lat 90. startował w zawodach snowboardowych (konkurencje alpejskie). Od 1997 roku pasjonat i promotor carvingu w Europie. Członek komitetu organizacyjnego FIS Carving Cup. W chwilach wolnych komentator Eurosportu. Obecnie entuzjasta freeride'u, motocyklowego enduro i windsurfingu.

Podobne posty