Wiele razy pisaliśmy już o serwisowaniu nart – maszynowym i ręcznym – wskazując plusy i minusy każdego z nich. W ciągu ostatnich kilku lat nasza wiedza praktyczna na ten temat została mocno poszerzona. Ja na przykład przez cały ostatni sezon miałem przyjemność pracować z Aloisem Diethelmem. To nazwisko zapewne niewiele mówi naszym czytelnikom, ale w Szwajcarii wiekowy już Alois jest legendą. W młodości był zawodnikiem, później trenerem młodzieży (do dziś zresztą) i osobistym serwisantem światowej klasy zjazdowca Petera Müllera, a i dziś jeszcze przygotowuje wszystkie deski dla zawodników kierowanych przez Michaela von Grünigena. Cała historia nie zaczęła się jednak w dalekiej Szwajcarii, tylko w Polsce, kiedy tuż przed początkiem ubiegłego sezonu nasza redakcja otrzymała e-mail. Posłuchajcie!

W treści e-maila podpisana z imienia i nazwiska pani prosiła o to, co zwykle, czyli darmową reklamę nowo otwartego w Warszawie serwisu ręcznego. Niestety, e-mail wyszedł daleko poza normalnie w takich wypadkach stosowane normy. Pismo całkowicie dyskredytowało zasadność mechanicznego przygotowania nart, wychwalając pod niebiosa wyłącznie ten ręczny, cytuję: „właściciel nowo otwartego serwisu pan XY (nazwisko znane redakcji) uważa, że istnieją tylko dwa rodzaje serwisowania nart – mechaniczny i dobry”. Oczywiście tekst naszpikowany był wyrażeniami typu „serwis w pełni profesjonalny” lub „nasi technicy to profesjonaliści w każdym calu”.

Wiedziony czystą ciekawością oraz zwykłą ludzką przewrotnością postanowiłem zgłębić temat, zadając kilka precyzyjnych pytań:

  • w jaki sposób narty w „super profesjonalnym” serwisie są planowane;
  • jak przeprowadzane jest nakładanie struktury i jaka jest to struktura;
  • w jaki sposób deski tuningowane są od spodu, czyli jak przebiega proces podwieszania krawędzi;
  • co czyni serwisantów profesjonalistami, poprosiłem o podanie praktyk lub szkoleń, które odbyli. Odpowiedź zaskoczyła nawet mnie, choć stary jestem i niejedno widziałem oraz słyszałem.

Miła pani ni mniej, ni więcej odpowiedziała: „Serwisów nie planujemy. Będziemy robić narty na bieżąco…”. Serwisanci okazali się profesjonalistami, gdyż: „od dzieciństwa jeżdżą na nartach oraz snowboardach i bardzo to lubią”. Temat struktur i podwieszania pominięty został milczeniem. Jak dla mnie bomba. A teraz koniec szydery i pytanie całkiem na serio. Czy powierzycie swoje warte kilka tysięcy złotych narty komuś, kto nie wie na temat serwisowania w zasadzie nic oraz którego wiedza fachowa ogranicza się do amatorskiego jeżdżenia na deskach?

Odpowiedź na kluczowe pytanie

W naszym ojczystym kraju w ciągu kilku ostatnich lat wyrosło całe mnóstwo „ręcznych serwisów” narciarskich reklamujących się jak szwajcarskie manufaktury zegarków najwyższej jakości, czyli: ręcznie znaczy lepiej. Czy aby na pewno? Moim zdaniem – a jest ono poparte długoletnią praktyką – nowoczesny, bardzo dobry serwis narciarski dla zaawansowanych i świadomych klientów musi być i maszynowy, i ręczny. I to jednocześnie. Nie wierzycie? No to przykłady. Proszę tylko jeszcze raz pamiętać, że rozmawiać będziemy o serwisie dla ludzi jeżdżących dobrze lub bardzo dobrze, którzy docenią i poczują różnicę pomiędzy przygotowaniem standardowym i specjalnym.

serwis nart

Serwis nart nowych

W dzisiejszych czasach bardzo rzadko się zdarza, żeby narty, które wyjechały z fabryki (mówimy o deskach z górnej półki), nie nadawały się do jazdy. Wyjątek stanowią tak zwane konstrukcje komórkowe, na których często znajduje się napis „do not use before tuning” i które wymagają pełnego procesu przygotowania. Tak czy inaczej nowe deski warto sprawdzić i trochę poprawić.

Za pomocą specjalnego przymiaru (może to być gruba, idealnie prosta listwa metalowa) sprawdzamy, czy ślizgi nart nie są gdzieś wklęsłe (szczególnie w okolicach dziobów) lub wypukłe (bardzo rzadko). Wprawne oko wyłapie tak zwane „blicki”, czyli światła pomiędzy ślizgiem i przyrządem. To samo dotyczy podniesienia krawędzi. Przesuwając rzeczony przyrząd wzdłuż narty, możemy wyczuć, zobaczyć i usłyszeć, w których miejscach krawędzie wystają ponad powierzchnię ślizgu. Jeśli wszystko jest w porządku, a struktura ślizgu też jest OK i nie chcemy jej zmieniać, to wystarczy wygładzić diamentowym pilnikiem gradacji 400 lub drobniejszym (bez prawidła) krawędzie najpierw od spodu, a następnie z boku w celu usunięcia drobniuteńkich rys, pozostawionych przez dyski lub taśmę (w zależności od maszyny). Czemu bez prawidła? Ano tak drobnym materiałem ściernym nie jesteśmy w stanie zmienić kąta, a jedynie wygładzić metal.

Następnie dokładnie czyścimy ślizgi specjalnym preparatem (broń Boże acetonem, benzyną ekstrakcyjną itp.). Po wykonaniu tych czynności trzeba nasączyć ślizgi smarem bazowym wielokrotnie (z przerwami na ostygnięcie), smarując je żelazkiem, wygrzewając w komorze grzewczej lub w maszynce z lampami o świetle podczerwonym (infrared). Na koniec nadmiar smaru cyklinujemy plastikową cykliną, szczotkujemy i gotowe. Jak do tej pory serwis ręczny versus uniwersalny (z maszyną) – 1:1. Idźmy więc dalej.

serwis nart

Serwis nart używanych, nowych nieprzygotowanych lub o innych niż żądane kątach krawędzi

W celu wstępnego wyrównania ślizgów oraz zlikwidowania małych rys tudzież zdjęcia resztek starej struktury należy wyszlifować spody nart na taśmie papierowej. Wiele osób wierzy, że to jest właśnie planowanie, czyli uzyskiwanie idealnie gładkiej i równej powierzchni ślizgów i krawędzi. Niestety nie. Do wykonania planowania z prawdziwego zdarzenia potrzebna jest znacznie bardziej precyzyjna maszyna, a taśma papierowa to dopiero przygrywka.

Prawdziwe planowanie ślizgów odbywa się na idealnie równym kamieniu, którego powierzchnia została przygotowana i wyrównana za pomocą diamentowego ostrza. Spody nart suną po kamiennym, obracającym się walcu z równą prędkością i stałym dociskiem. Taka operacja możliwa jest jedynie w obróbce mechanicznej. W zależności od stopnia zużycia lub deformacji nart planowanie powtarza się wielokrotnie aż do uzyskania idealnie gładkiej i równej powierzchni ślizgów i krawędzi. Czasami – w przypadku desek do wielkiego wyczynu – nawet trzydziestokrotnie. Dobrze ustawiony kamienny walec za każdym razem zbiera zaledwie niewielki ułamek milimetra z grubości materiału.

Na idealnie splanowane deski możemy nałożyć strukturę. Odbywa się to ponownie za pomocą kamiennego walca, na którym wcześniej nacięty został negatyw wzoru struktury. Tę operację wykonuje się tylko raz.

Teraz można zabrać się za krawędzie. Najpierw od spodu. Kąt podniesienia krawędzi od spodu jest bardzo niewielki. Zawiera się pomiędzy 0,25° dla wyczynowych nart slalomowych a 1,5° dla nart freeride. W ostatnich kilku latach po wprowadzeniu długich na 195 cm i mało taliowanych nart do giganta niektórzy zawodnicy eksperymentowali z kątami około 3° lub więcej w okolicach dziobów i piętek. W narciarstwie amatorskim najczęściej używanym kątem jest standardowe 0,5°. Czynność podwieszenia krawędzi od spodu wykonujemy maszynowo lub ręcznie. Nie ma to większego znaczenia, o ile używana maszyna jest wystarczająco precyzyjna. W przypadku obróbki ręcznej z zastosowaniem prawidła i pilnika ze względu na szerokość narzędzia zebrany zostanie materiał nie tylko krawędzi, ale także ślizgu (około 4–5 mm).

Teraz obrabiamy krawędzie boczne. Ponownie można to wykonać mechanicznie lub ręcznie, tylko że obróbka ręczna jest żmudna i czasochłonna. Najczęściej używanym kątem (w nartach amatorskich) jest 88°, ale sam stosuję 87° w większości moich desek na trasy i też jest OK (a nawet lepiej). Trzeba tylko pamiętać, że ostrzejsza krawędź jest znacznie bardziej podatna na uszkodzenia i powstawanie tak zwanego „drutu”. Wstępnie przygotowane krawędzie traktujemy w ten sam sposób jak w przypadku nart nowych, czyli gładzimy diamentami w celu zlikwidowania rys powstałych od dysków ściernych lub pilników. Pozostałe operacje: czyszczenie, nasączanie, smarowanie, cyklinowanie wykonywane są w sposób identyczny, jak opisano wcześniej.

Zapamiętaj na zawsze! Narty, pomiędzy serwisami z planowaniem ślizgów, ostrzymy tylko z boku!

No dobra. Co zrobić w sytuacji, kiedy po kilku dniach jazdy ślizgi są nadal w nienagannym stanie, ale deski już nie trzymają, gdyż krawędzie się stępiły? W celu utrzymania ostrych nart przez dłuższy czas warto codziennie po jeździe przejechać kilka razy diamentowym pilnikiem po krawędzi z boku w celu zdjęcia „drutu”. Drut to nic innego jak mikroskopijna warstwa zawiniętego od spodu do góry metalu. Tak utrzymywane krawędzie w jeździe amatorskiej na pewno wytrzymają przez cały tydzień. Nadchodzi jednak chwila, kiedy ponownie trzeba je naostrzyć. W tym przypadku przywołam autorytet, którym jest dla mnie wspomniany już Alois Diethelm. Oto, co mówi mistrz:

Kiedy ponownie musimy naostrzyć narty, a struktura i spód są jeszcze w dobrym stanie, robimy to wyłącznie z boku. Zasada „nie dotykamy nart pilnikiem od strony ślizgów” musi być bezwzględnie przestrzegana. Jeśli zaczniemy zbierać materiał pilnikiem od spodu, to zmienimy kąt podniesienia krawędzi na całkowicie nieznany, a po kilku takich operacjach na nieznany i zbyt duży.

Co robi większość serwisów ręcznych? Ochoczo piłuje narty od spodu pilnikiem. Taka prawda. Proszę, jeśli korzystacie z ręcznych serwisów, nie pozwólcie „strugać” swoich nart od spodu (wyjątek stanowi gładzenie diamentem o gradacji 400). W przeciwnym razie do serwisu maszynowego trafiają deski, które trzeba planować kilkanaście razy, żeby uzyskać gładką i równą powierzchnię. Niektóre z nart, które mieliśmy w naszym Super Serwisie NTN w Warszawie były tak często ostrzone ręcznie od spodu, że ich planowanie nie było możliwe bez zeszlifowania ślizgu do końca. Nie muszę podpowiadać, co to oznacza, prawda?

serwis nart

Tak wyglądają deski kilkakrotnie „piłowane” od spodu za pomocą pilnika i bez planowania. Konia z rzędem temu, kto zgadnie, jaki mają kąt podniesienia krawędzi. Może jest to 2, a może 5 stopni, ale na pewno nie jest to kąt właściwy.

Najważniejszy jest dobry serwisant

Końcowa konkluzja jest jedna. Dobry serwis to taki, w którym znajduje się precyzyjna maszyna, na której można wyrównać ślizgi, założyć strukturę i przygotować kąty ostrzenia. Maszyna to jednak nie wszystko. W serwisie potrzebny jest też człowiek (lub ludzie), który wie, jak posłużyć się precyzyjną maszyną oraz potrafi dokończyć pracę ręcznie. Musi też posiadać wiedzę, w jaki sposób to, co wykona w serwisie, będzie wpływać na zachowanie się nart na śniegu. Tylko tyle i aż tyle.

I jeszcze słowo o strukturach ślizgów

Nie wszyscy wiedzą, w jakim celu na ślizgi zakłada się strukturę. Spieszę więc z wyjaśnieniem: Służy ona dokładnie temu samemu, czemu bieżnik w oponach samochodowych. Drobne nacięcia ślizgów mają za zadanie odprowadzenie spod nich nadmiaru wody. Tak, wody! W trakcie jazdy tarcie powoduje, że deski ślizgają się na cieniutkim filmie wodnym. Jeśli wody pod nimi będzie zbyt dużo, to zaczną się kleić do stoku. To wyjaśnia, dlaczego na wiosnę potrzebujemy głębiej ciętych struktur niż w grudniu, styczniu czy lutym – temperatura śniegu ma ogromne znaczenie. Narty z odpowiednią strukturą są szybsze, ale też lżej skręcają. Z drugiej strony, nie należy przesadzać, gdyż – jak mawia Alois –

nawet wybitnie jeżdżącym narciarzom amatorom do szczęścia nie jest potrzebna żadna lepsza struktura niż standardowa, uniwersalna krzyżowa. Ważne, żeby była.

Czasami do freeride’owych nart z grupy Big Mountain warto zastosować średnią lub nawet grubą strukturę liniową. Taki zabieg podniesie ich stabilność przy naprawdę szybkiej jeździe z bardzo stromych ścian. W nartach wyczynowych stosuje się różne struktury dla różnych konkurencji i warunków, ale to temat na dłuższy wykład i daleko wykracza poza ramy tego artykułu.

serwis nart

Struktury nie dość, że poprawiają właściwości nart, to jeszcze są bardzo piękne. Większości narciarzy – nawet tym bardzo dobrym – w zupełności wystarczy uniwersalna struktura krzyżowa. Zawodnicy potrzebują różnych struktur do różnych konkurencji.

Czemu co jakiś czas musimy odnawiać strukturę ślizgów?

Ponieważ się niszczy. Każde smarowanie żelazkiem na gorąco powoduje minimalne zniszczenie nacięć struktury. Każdy zjazd, szczególnie po bardzo agresywnym, zimnym, sztucznym śniegu, minimalnie wyciera ślizg. Każde przejście po macie ze sztucznego tworzywa lub jazda „dywanem” powoduje niewielkie zniszczenia. Najbardziej jednak wykańcza strukturę transport samochodem. Narty, które nie są spięte „rzepami”, wycierają się o siebie w okolicach dziobów i piętek, czyli tam, gdzie struktura jest najbardziej potrzebna. Dobrze jest więc ją odnawiać przynajmniej raz w sezonie (dla osób jeżdżących więcej niż dwa tygodnie w roku). I znowu zacytuję Aloisa:

Dobre współczesne deski swobodnie wytrzymają 10–15 planowań i procesów wykonania nowej struktury, zanim skończy się ślizg. Daje to przynajmniej siedem lat użytkowania. A kto dziś chce jeździć na tych samych deskach przez siedem sezonów?

Alois Diethelm w 2016 roku był gościem naszego testu w Kaunertal. Jednego wieczoru przeprowadził trzygodzinny wykład dla testerów i serwisantów, razem ponad 70 osób o dużym i bardzo dużym doświadczeniu. Nikt nie polemizował z przedstawionymi przez niego tezami. Autorytet Aloisa jest zbyt wielkiego kalibru.

O Autorze

Tomasz Kurdziel

Redaktor naczelny, założyciel i pomysłodawca Magazynu NTN. W dzieciństwie otarł się o WKN, przez wiele lat był członkiem AKN. Po roku 1981 przez 18 lat przebywał w Norwegii i Szwajcarii. Założył i przez wiele lat prezesował UIK Alpin na Uniwersytecie w Oslo. W latach 1985-1989 startował w zawodach FIS. Na początku lat 90. startował w zawodach snowboardowych (konkurencje alpejskie). Od 1997 roku pasjonat i promotor carvingu w Europie. Członek komitetu organizacyjnego FIS Carving Cup. W chwilach wolnych komentator Eurosportu. Obecnie entuzjasta freeride'u, motocyklowego enduro i windsurfingu.

Podobne posty

  • Tomasz Plezia

    THX Tomek takie słowo się ceni i to za friko : )

  • Jacek Antonik

    Witam Cię Tomku Jacek Antonik Sklep Remsport, przesłuchałem Twoje wypowiedzi i mam kilka uwag.
    kwestia temperatury 200 C na żelazku to chyba raczej Twoje przejęzyczenie, po pierwsze mało kto z amatorów posiada żelazko z takim zakresem i używa smarów z taką temperaturą topnienia, co do chłodzenia diamentów np amerykańska firma DMT nie zaleca używania jakichkolwiek środków w postaci płynnej, nawet wody. Osobiście również nie chłodzę diamentów, ale to dlatego, że muszę je słyszeć (dźwięk pracy), zresztą to samo powiedział wymieniony przez Ciebie Franz Nemeth na jednym ze szkoleń Holmenkola. Co do tępienia dziobów i piętek to się z Tobą zgodzę. Niestety nie mogę się z Tobą zgodzić na temat wypowiedzi dotyczących serwisów, którzy nie prowadzą usług maszynowych tj. planowania ślizgu i nanoszenia struktury, myślę, że zbyt dużą wagę przywiązujesz do tego aspektu, który owszem jest niezbędny w narciarstwie sportowym i bez tego tak jak powiedziałeś ani rusz, ale w narciarstwie rekreacyjnym powiedzmy dla przeciętnego kowalskiego, to już nie jest takie obowiązkowe, fajnie byłoby to robić. Dlaczego uważam, że nie jest to obowiązkowe, z doświadczenia i z testów, sam prowadzę również serwis ręczny, wykorzystuję do smarowania zarówno komorę Thermobox jak i smarownicę WaxFuture II (promienie podczerwone), a do ostrzenia krawędzi bocznej oprócz standardowych kątowników, maszynkę ręczną AF.1 i AF.C SnowGlideTools (notabene polecam, zrezygnowałem z Carrota bo ma pełno wad). Wracając do tematu bazuję na opinii klientów serwisu czyli tych przeciętnych kowalskich, którzy są mega zadowoleni, myślę, że dla nich ostra krawędź i dobrze nasmarowany ślizg to podstawa, do tego dochodzi cena, pamiętaj Tomku, że usługa wyrównania i naniesienia struktury (na kamieniu) swoje kosztuje. Osobiście uważam, że w rekreacyjnej jeździe ostra krawędź i nasmarowany ślizg to podstawa. Takie są moje przemyślenia. Do zobaczenia na Snow Expo.