San Candido. Innichen. Miejscowość w wysokogórskiej dolinie Alta Pusteria, u podnóża Monte Baranci i jedna z najstarszych osad w Południowym Tyrolu.

San Candido to niewielka wioska w dolinie Alta Pusteria, położona 80 km od Bolzano. Jestem tu po raz pierwszy w życiu. Pastwiska, łąki, drogi donikąd. Co rusz, co fronton, drewniany ukrzyżowany Jezus. Lubię te południowotyrolskie krzyże, tak charakterystyczne dla tego zakątka Włoch. Powodują we mnie chwilę refleksji, nie tyle religijnej, ile historycznej. Mam wrażenie, że były tu od zawsze. W bolesnym grymasie obserwują życie mieszkańców. Nikt ich nie ściąga, nikt się ich nie wstydzi. Po prostu są.

Przy niewielkim placyku znajduje się hotel Dolce Vita Alpina Post. Przez następne trzy dni będziemy tu mieszkać. Niepozorny budynek należy do rodziny Wachtlerów, odkąd pradziad Josef kupił go od poczty. Stąd zyskał swą nazwę i od tamtej pory już zawsze pełnił funkcję schronienia dla turystów.

Nie mamy wiele czasu na rozpakowanie walizek. Podróż z Mediolanu, choć w pięknej aurze, trwała dłużej, niż planowaliśmy. Bo mimo korków postanowiliśmy odprawić nasz rokroczny włoski rytuał – espresso na pierwszej stacji paliw Autogrill.

Plan na wieczór jest napięty… Kolację mamy spożyć u Markusa Holzera – lokalnego mistrza pasty. Jego restauracja Jora Mountain Dining położona jest mniej więcej w połowie stoku małego kompleksu narciarskiego, znajdującego się w centrum San Candido. Dlatego musimy się tam dostać na nartach. Wyciąg działa na dwie zmiany, z przerwą na przeratrakowanie tras późnym popołudniem. Wybija godzina 19, zakładamy więc dechy i jeździmy na idealnie gładkich, świetnie oświetlonych stokach Monte Baranci. Ośrodek posiada 10 km tras. Jest to świetny wynik, biorąc pod uwagę jego usytuowanie praktycznie w centrum miasteczka. Nachylenie zbocza jest ambitne, można tu spokojnie ćwiczyć slalomy i krótkie giganty.

Po raptem godzinie jazdy nadchodzi czas kolacji, której wprost nie mogę się doczekać. Makarony Markusa Holzera to szlagiery regionu. Właściwie słowo „makaron” brzmi w kontekście jego kuchni obraźliwie. Nazwijmy je więc mącznymi dziełami, bo jak inaczej zdefiniować trisotto z nagietka czy szczypiorkowe ravioli z nadzieniem z koziego mleka i nasturcji? Albo cavatelli z pokrzywą datterini, oliwkami i pstrągiem górskim? A to wszystko w niepozornej tyrolskiej chacie na uboczu trasy narciarskiej.

O poranku wybieramy się do Monte Elmo (Helm), kolejnego resortu po Monte Baranci i jednego z siedmiu należących do regionu Alta Pusteria. Od tego sezonu Monte Elmo połączone jest z Croda Rossa (Rotwand) nowoczesną gondolą. Mam pod nogami racecarvery, idealne na tutejsze warunki. Podługowate, pagórkowate trasy przypominają snowpark, a jazda na nartach to prędzej zabawa niż wyścigi. To wspaniały ośrodek dla rodzin, co nie oznacza banalnych tras. Teren jest bardzo urozmaicony, nie brakuje tu też stromych ścian. Jednak dominują długie, zróżnicowane topograficznie stoki. Tego roku zima była leniwa, więc już widać rozpychającą się wiosnę, a na większości tras utrzymuje się jedynie sztuczny śnieg. Na szczycie Rotwand znajduje się pokaźna zagroda, a w niej czeka na nas kolejna rodzina… reniferów. Dwóch samców: Seppl i Rudolf, dwie samice o wdzięcznych imionach Valentina i Rosi oraz troje dzieci: Ani, Spillo i Sijuscha.

Widok na dolinę pomiędzy Monte Elmo i Croda Rossa.

Na szczycie Croda Rossa – Rotwald znajduje się zagroda, a w niej siedmioro gości z Finlandii. Renifery są niezwykle przyjazne, oczywiście szczególnie wtedy, gdy wyczują pożywienie.

Jedno z dań w restauracji Jora Mountain Dining. Goście znajdą w karcie nie tylko klasyczne pasty, ale wybitne i niespotykane kombinacje szefa kuchni Markusa Holzera.

Wracamy do San Candido i naszego hotelu. W 2014 r. przeprowadzono w nim generalny remont. To stary obiekt, więc remont nie oznaczał malowania ścian i przestawienia sofy w drugi kąt, tylko tymczasową rozbiórkę wnętrza. Modernizacja objęła nawet chwilowe usunięcie stropów, dzięki czemu wiekowe belki zostały poddane renowacji.

Podoba mi się tu. We wnętrzach hotelu uderzył mnie zupełnie inny świat niż ten, który zwiastowała elewacja. Spodziewałam się drewna, ludowych detali i starych skrzypiących szaf w nowożytnej odsłonie, tymczasem znalazłam się w przestrzeniach jak z Wallpapera. Architekci ewidentnie ukochali sobie Art déco i dali się ponieść jego współczesnej wizji. W mieszczącym galerię czarno-białych zdjęć rodziny Wachtlerów foyer lampy Toma Dixona kontrastują z kryształowymi żyrandolami. W starannie zaplanowanych przestrzeniach (strefa odpoczynku z fortepianem, hotelowy bar dostępny nie tylko dla gości i pomieszczenie dla palaczy, w którym można zagrać w szachy, ale też skusić się na cygara i dobry koniak) dominują stalowe i mosiężne elementy oraz monumentalne drewniane meble.

Wachtlerowie nie tylko władają tym biznesem, ale też ciężko pracują na swój sukces. Każde z ich trojga dorosłych dzieci odpowiada za jedną posiadłość. Do rodziny należy bowiem nie tylko Posthotel, ale i położony nieopodal pensjonat z apartamentami oraz hotel w bezpośrednim sąsiedztwie stacji narciarskiej.

Monica Wachtler jest energiczną dziewczyną, która ma w sobie coś, co niektórzy określają „żywym srebrem”. Entuzjastycznie opowiada o planach, o swojej rodzinie, o San Candido. Słucham tego równie przejęta jak ona. Jestem zachwycona tym, że tak mała miejscowość może być tak niezwykle przedsiębiorcza. Dzięki temu jej mieszkańcy mogą zarówno mieszkać, jak i pracować w jednym z najpiękniejszych i de facto najspokojniejszych miejsc na ziemi. Monica śmieje się, że ona akurat do pracy dojeżdża. Wraz z narzeczonym mieszka w jeszcze mniejszej wiosce, w której jej mężczyzna produkuje mozarellę di bufala. Znowu dociera do mnie przykra prawda. Wszystkie niezwykłe historie zasłyszane na targach śniadaniowych opowiadające o odważnych buntownikach uciekających z korporacji, którzy zakładają małe gospodarstwa rolne czy domowe przetwórnie, brzmią dla nas jak niesamowity start-up, a tu są częścią wielopokoleniowej kultury. Jest to absolutnie naturalne zjawisko wspierane nie przez małą grupę żoliborzan, ale przez całe regiony.

Nazajutrz suniemy lokalnym PKP w kierunku Kronplatz. Ski Val Pusteria Express kursuje co 30 min, łącząc Sesto Dolomites z Plan de Corones. Obserwuję tutejszy świat. Spokojne chabrowe niebo niedraśnięte żadną chmurą nie pomaga mi w urozmaicaniu opisu przyrody.

W Alta Pusteria jest do znudzenia pięknie. Rdzawe szczyty gór, wszechobecne na każdej pocztówce Trzy Szczyty, pod nimi warstwa śniegu, a jeszcze niżej pierwsze oznaki wiosny. Na zazieleniałych już stromych pagórkach widnieją w oddali małe drewniane chaty. Pociąg zatrzymuje się. Wysiadamy bezpośrednio przy dolnej stacji gondoli (Rieg), która pnie się prosto na szczyt Plan de Corones, czyli na 2275 m n.p.m. Byłam w Kronplatz nie raz, lecz zawsze przeszkadzało mi jedno – tłumy. Tym razem jest inaczej. Bezludne trasy ciągną się kilometrami, a ja co chwila przystaję, by zrobić zdjęcie… Pejzaże pochłaniają, a moi towarzysze rozpierzchli się gdzieś, zostawiając mnie sam na sam z moim kobiecym zmysłem nawigacyjnym. Sama chciałam, to mam…

Na początku procesu produkcji specka, po wytrybowaniu udźca, następuje tzw. „bejcowanie” mięsa specjalnie przyprawioną zalewą, która oprócz soli i pieprzu zawiera wyłącznie naturalne zioła, takie jak liść laurowy, rozmaryn czy jałowiec. Później jeszcze „tylko” kilkutygodniowe wchłanianie zalewy, wędzenie drewnem niskożywicznym w odpowiedniej temperaturze i dojrzewanie…

Minimalistyczne, drewniane wnętrza Senfter Zin.

Kolejną lokalną rodziną Borgiów są Senfterowie. Spotkanie z nimi zostało zaplanowane na ostatni dzień, a raczej przedpołudnie naszego pobytu. Trochę szkoda, bo Irene Senfter odkrywa przed nami arcyciekawą historię swojej rodziny. Opowieść rozpoczyna w urokliwym pensjonacie Senfter Zin. Panuje tu współczesny minimalizm, naznaczony pokorą wobec regionalnych korzeni. Schludne wnętrza, zdominowane przez naturalne sosnowe drewno, złamane są szarością filcu i czerwonymi dodatkami. Tu i ówdzie powtarza się motyw zielonej i czerwonej kraty. Wspólna stołówka wypełniona jest sosnowymi, urokliwymi krzesełkami z wyrytymi sercami w oparciach. Zakopiańscy górale nosili w sobie podobny romantyzm.

Wokół stołówki przewidziano zaciszne przestrzenie, w których można spotkać się przy lampce wina. Na poddaszu znajduje się strefa spa, której uroku dodają stare balie. Sauny sąsiadują tu ze skrzypiącymi tarasami. Można z nich podziwiać widok na góry i wieżę romańskiej kolegiaty, przechadzając się w białych szlafrokach z haftowanymi jelonkami. Apartamenty, ze względu na wielkości, podzielone zostały na cztery warianty. Na tych, którzy decydują się gotować sami, czekają świetnie wyposażone kuchnie.

Na marginesie, uważam, że to najlepszy wybór, ponieważ na sąsiednim ryneczku znajduje się firmowy sklep Senfterów, w którym można zaopatrzyć się w codziennie przygotowywane regionalne knedle (tak, mam na myśli słynne trio), gnocchi i inne świeże potrawy. Jednak przede wszystkim jest to raj dla mięsożerców. Mogą godzinami buszować pośród regałów specków, bresaoli i wurstli. Speck, czyli w telegraficznym skrócie tradycyjnie wędzona szynka, jest nie tylko charakterystycznym produktem Południowego Tyrolu, ale i sercem biznesu Senfterów. Prawie 150 lat temu urodził się protoplasta tego rodu. Franz Senfter był rzeźnikiem i lokalnym producentem specka. Wędził szynkę według własnej receptury, która jak dziedzictwo przekazywana była kolejnym pokoleniom. Franz Senfter Jr – ojciec Irene – to przedsiębiorczy i zdeterminowany człowiek. Kilka lat temu rodzinna fabryka doszczętnie spłonęła. Na szczęście zgliszcza i fundamenty zostały dość szybko zrewitalizowane. W ich miejsce Senfter zbudował nowe obiekty, z obszernym otwartym dziedzińcem, na którym znajduje się firmowy sklep, pensjonat i kilka innych usług. Fabryka została przeniesiona na obrzeża San Candido, a produkty Senfter eksportowane są aż do Stanów Zjednoczonych i Chin.

Nie chcę wyjeżdżać z San Candido. Nie chcę wyjeżdżać z Południowego Tyrolu. Doszły mnie niedawno słuchy, że twórca i redaktor naczelny magazynu „Monocle”, Tyler Brûlé, zachwycony tym zakątkiem świata, kupił tu dom dla swojej mamy. Ja zawsze marzyłam o własnych ruinach, a tych w Południowym Tyrolu jest mnóstwo. Może być nawet kupa wiekowego gruzu. Będę szczęśliwa.

O Autorze

Redaktor naczelna Snow & Gold. Jest naszą ekspertką w dziedzinie mody narciarskiej. Potrafi doskonale nie tylko zestawić ze sobą kolory, ale także świetnie zna się na technicznych właściwościach tkanin odzieży zewnętrznej i bielizny. Potrafi poprowadzić bardzo inspirujące spotkania, po których świat na pewno będzie bardziej kolorowy.

Podobne posty