Przez ostatnie pół roku Torell Expedition dyktował nasz rytm każdego dnia. Przygotowanie wyprawy, promocja jej idei, oprawa, raz na jakiś czasu artykuł, notatka, dwa słowa do mikrofonu. Ustalenia z naszymi sponsorami, sprawy formalne, długie korespondencje na liniach Warszawa-Walencja-Longyearbyen. To wszystko wymagało czasu. Siedząc już w samolocie zrobiliśmy sobie małe podsumowanie. Ile to czasu nam to pochłonęło? Wyszło, że każdy z nas przez kilka miesięcy, średnio dwie godzinny dziennie zajmował się Torell Expedition. To całkiem sporo, ale wiedzieliśmy że warto, nie było chwili zwątpienia. Arktyka stała się już dawno naszą pasją.

Ale nie wszystko szło z górki. Począwszy od małych sporów na tle ideologiczno-logistycznym wewnątrz grupy, przez chwile zwątpienia, po pogodę, która w tym roku ewidentnie postanowiła zagrać nam na nosie. No ale jak się powiedziało A, to i trzeba powiedzieć B, a patrząc nawet na warianty tras, to i E! No właśnie, warianty tras. Lecąc z Polski wiedzieliśmy, że żaden z fiordów, Van Mijen i Van Keulen, nie zamarzł. Gdy w Polsce było -25’C, tam padał deszcz. No cóż, podobno to się zdarza. Zatem aby dojść do Ziemi Torella musieliśmy zaplanować nowy wariant trasy. Po przylocie, i zweryfikowaniu stanu lodowców (na których pokazały się szczeliny), zasięgnięciu opinii miejscowych wyjadaczy i wizytach na uniwersytecie (który stale monitoruje sytuację ze śniegami, lodami, fiordami), kolejne nasze warianty przestawały być realne. W końcu jednak trzeba było podjąć jakąś konstruktywną decyzję i przeć w kierunku, w którym 80 lat temu działali pierwsi Polscy polarnicy.

Początkowo nasza trasa prowadziła dolinką Adventdalen, czyli szeroką wielopasmówką dla skuterów wożących turystów. I tak sobie człapaliśmy powoli, ale za to szczęśliwi. Cieszył nas każdy biwak. Codziennie odkrywaliśmy na nowo uroki topienia śniegu w menażkach, rozbijania namiotów, długich rozmów podczas wciągania “liofili” i wart, oczywiście. Jednak z utęsknieniem wyczekiwaliśmy momentu, w którym wbijemy się w teren mniej uczęszczany, gdzie oprócz nas nie będzie już nikogo.
Dzień, w którym to nastąpiło był dość specyficznym dniem. Klasyczny white-out. Czyli idziemy i nic nie widzimy. Można by rzec, że nawet płyniemy, a może lecimy. Totalny brak punktu odniesienia, totalny brak kontrastu. Białe nic. Tylko zimno, wieje i pada śnieg. Tempo nam spadło. Przez niektóre zaspy przebijaliśmy się godzinami, wciągając sanie na linach. Pot ciekł po skroniach, ale uśmiech nie schodził z twarzy! Dopiero kolejny dzień pozwolił nacieszyć się widokami. Warto było torować drogę w śniegu czasem po pas. Widoki jakie zobaczyliśmy były obłędne. Trasa prowadziła wąską i krętą dolinką, między morenami lodowców, zatopioną w nietkniętych połaciach śniegu.

I w takiej to scenerii doszliśmy do kolejnego miejsca-zagadki. Trzeba było przejść przez lód na zamarzniętym jeziorku. Ale przy temperaturze -25 stopni Celsjusza lód trzaskał pod nami, a wypływająca woda parowała w mroźnym powietrzu.. I znowu okazało się, że dalsza trasa tym wariantem jest niemożliwa. Trzeba było wprowadzić kolejne modyfikacje. W praktyce oznaczało to nadłożenie kolejnych dobrych kilometrów, “cofnięcie” się w stosunku do naszego celu. Parliśmy dalej, dochodząc do kolejnego punktu w programie, czyli sforsowanie lodowca Slackbreen. I szło nam się dziarsko, mimo iż pod górkę, mimo iż pod wiatr, mimo iż znowu widzieliśmy mało, bo mgła coraz bardziej dawała się we znaki. Po noclegu przyszedł moment na ciężkie decyzje. Marcin przemroził palce u rąk, co doprowadziło do odmrożeń drugiego stopnia i do końca wyprawy w białych opuszkach palców nie wróciło mu czucie. Michała zaś męczyło prawdopodobnie zapalenie płuc. W efekcie plan był taki, abyśmy z Szymonem parli dalej do górniczej osady Sveagruva, a zespół Michał i Marcin wrócili bezpiecznie do Longierowa. I tak zrobiliśmy, z bólem serca, nie będąc do końca przekonanym czy robimy słusznie, i jak to wpłynie na kolejne dni.

W Svea uzyskaliśmy aktualne informacje lodowe, które przekreśliły nasze plany dostania się do Torella. Tej zimy Ziemia Torella pozostanie dla nas niedostępna.
Zdecydowaliśmy, że będziemy wracać do Longierowa. Po nocy spędzonej w starej opuszczonej psiarni (przestrzegano nas przed trzema dorosłymi niedźwiedziami wałęsającymi się po okolicy), obraliśmy trasę w wzdłuż fiordu Van Mijen. Tego dnia zapragnęliśmy przenocować nieopodal znanej nam chatki zwanej Pluto. Do przebycia mieliśmy dystans 34 km, który był dla nas bardzo wyczerpującym wysiłkiem, ale zdecydowanie wartym tego.
Po kilku dniach od rozdzielenia, po dodatkowych 90 km, spotkaliśmy się znowu wszyscy w Longierowie, by razem wrócić do Polski.

Trudno jest jednoznacznie ocenić czy wyprawa Torell Expedition osiągnęła sukces. Z pewnością dzięki naszym działaniom wielu z Was usłyszało o wybitnych Polakach okresu międzywojennego, którzy zasłynęli w Świecie Polarników. Jednak z drugiej strony Ziemia Torella podczas tego wyjazdu pozostała poza naszym zasięgiem.
Wiele osób śledziło nasze kroki, jedni ze szczerymi intencjami, inni z trochę mniej. Ale tak to już bywa, że wystarczy, że komuś się coś chce, ma na coś pomysł, postanowił zaangażować w coś większą grupę osób, a co gorsza, uzyskał wsparcie życzliwych firm czy instytucji, to zawsze znajdzie się ktoś kogo może to boleć. Można z tym walczyć, można się tłumaczyć (jeśli ma się z czego, a czasem dochodzi do tego, że trzeba uważać kiedy i w jakim kontekście używa się słowa “ciężko”, czy “niebezpiecznie”!), a można przejść z tym do porządku dziennego, zajmując się czymś zdecydowanie kreatywniejszym.

My jednak mamy powody do radości, przeżyliśmy fantastyczną przygodę, sprawdziliśmy się jako zespół w terenie i zgodnie stwierdziliśmy, że gdyby kiedykolwiek przyszło nam do głowy wyruszenie w północne strony, team jest już zbudowany;)

Dziękujemy WSZYSTKIM, którzy nas wspierali, w każdej formie!

www. torellexpedition.pl

O Autorze

Instruktor narciarski i snowboardowy, pracuje w biznesie od 1998 roku. Bywały sezony, że spędzał na śniegu ponad 800 godzin "lepiąc" nowych narciarzy czy snowboardzistów. Wielki amator podróży na własną rękę w trudne tereny. Ma na koncie ponad 40 państw z plecakiem na plecach. I właśnie z połączenia tych pasji, nart i szwendania, wykreował się projekt Torell Expedition 2012. To już druga wyprawa w arktyczne tereny: skuty lodem, trudno dostępny archipelag Svalbard.

Podobne posty