szkolenie narciarskie

W grudniu 2016 roku dotarła do nas wiadomość: firma Elan przechodzi gruntowną modernizację. W związku z powyższym zmieniony zostanie również sposób dystrybucji. Nowym importerem na rynek polski i słowacki zostaje czeska firma INA Sport z siedzibą w Brnie, która będzie działać na rynku polskim poprzez swoich przedstawicieli. Niedługo potem zadzwoniła dobra znajoma, wybitna narciarka Dagmara Krzyżyńska… I tak firma Elan w Polsce weszła na zupełnie nowe tory.

Elan to jedna z najstarszych na świecie do dziś istniejących firm zajmujących się produkcją nart. Jej historia sięga ostatnich lat drugiej wojny światowej, kiedy to późniejszy twórca firmy, Rudi Finžgar, nadzorował budowę długich na 170 i szerokich na 9 cm nart dla jugosłowiańskich partyzantów. Deski sprawdzały się świetnie i nazwane zostały – jakżeby inaczej – Partisan. Tuż po wojnie w 1945 roku w Cerkno oficjalnie powstała firma Elan. Zatrudniała początkowo dwunastu entuzjastów potrafiących wykonać do dwudziestu par nart dziennie. Bardzo szybko deski zyskały sobie spory, ale jedynie lokalny rozgłos. Dopiero w 1964 roku, za sprawą udziału jugosłowiańskich skoczków na igrzyskach w Innsbrucku, dowiedział się o nich zachodni świat, ale – jak to zachodni świat – zaraz zapomniał. Do czasu… 17 grudnia 1974 roku siedemnastoletni wówczas chłopak z maleńkiego Tärnaby w północnej Szwecji, wygrał slalom zaliczany do alpejskiego Pucharu Świata w Madonna di Campiglio. Ingemar Stenmark wygrywał potem jeszcze 85 razy (razem 86, co stanowi niepobity do dziś rekord wszech czasów) i zawsze na nartach firmy Elan. W ciągu swojej bogatej kariery przedstawiciele największych światowych firm proponowali mu kontrakty. Bez skutku. Kiedy w jednym z sezonów Ingemar wygrał wszystkie giganty, marketingowcy wielkiej austriackiej firmy próbowali skusić go słowami:

– Na naszych nartach będziesz jeszcze lepszy…
– Czy mogę być lepszy niż pierwszy? – retorycznie odpowiedział mistrz.

Sława Elana okrążyła świat. Wkrótce Ingemara wsparli Bojan Križaj, fenomenalny talent Mateja Svet (szkoda, że już w 22. wiośnie życia zakończyła karierę sportową) oraz Armin Bittner, a po nich wielu innych. Tak zwanym ekspertom często nie mieściło się w głowach, że nieduża firma z bloku wschodniego może produkować zwycięskie deski. A jednak… Dobra passa Elana trwa do dziś, a sama firma jest jednym z trzech – obok koncernów Krka i Gorenje – wizytówek maleńkiej Słowenii (2 mln obywateli). Technicy Elana wielokrotnie udowodnili, że marka jest absolutnym liderem innowacyjności w branży. W najbardziej spektakularny sposób w roku 1994 roku, kiedy na rynek trafił model Parabolic SCX – pierwsze naprawdę carvingowe narty świata (razem z modelem Kneissl Ergo).

Wróćmy jednak ponownie na nasze podwórko, gdzie Elan także pisze historię. Nowymi przedstawicielkami wspaniałej słoweńskiej firmy w Polsce zostały bowiem dwie kobiety, co stanowi ewenement na skalę krajową w tej branży. Jedną z nich jest Czeszka Tereza Trtíková, a drugą wspominana we wstępie Dagmara Krzyżyńska. Warto przez chwilę przyjrzeć się ich sylwetkom, gdyż – zapewniam – niewiele jest w naszej wymagającej branży osób dorównujących obu paniom kompetencjami. Obie bowiem były w przeszłości czołowymi zawodniczkami swoich krajów.

Tereza była członkinią narodowej kadry Czech przez dziewięć lat swojego życia. Jak sama przyznaje: – Bycie w kadrze nie wiązało się z prawie żadnymi benefitami oprócz łatwiejszego dostępu do zawodniczego sprzętu. Wszystkie niemałe wyniki Czeszek i Czechów w APŚ to efekt pracy indywidualnej. Dlatego współpracowałam z kadrami innych krajów, w tym z dziewczynami z Polski… Pomimo wielkich umiejętności i jeszcze większego hartu ducha Trtíková międzynarodowej kariery nie zrobiła. Na przeszkodzie stanęły kontuzje, a było ich aż osiem w ciągu dziewięciu sezonów. – Na Uniwersjadę do Tarvisio w 2003 roku jechałam po pięć złotych krążków, tak dobrze byłam przygotowana – wspomina Terka. Na zbliżające się za dwa tygodnie mistrzostwa świata w St. Moritz miałam nominacje w czterech konkurencjach. Jednak podczas treningu zjazdu w Tarvisio zerwałam sobie więzadło poboczne w kolanie. Ze łzami w oczach wystartowałam jeszcze w supergigancie i zdobyłam srebro, przegrywając jedynie z Alessandrą Merlin. Ciągle miałam cień nadziei… W gigancie, po pierwszym przejeździe byłam trzecia za Karen Putzer i… Dagmarą. Wszystkie trzy nie dojechałyśmy do mety w drugim. Ja niestety skończyłam w karetce z połamanymi żebrami i przebitym płucem. Jeszcze się nie poddawałam, ale los nadal płatał figle. Po powrocie na śnieg jesienią 2003 roku na treningu w Saas-Fee złamałam miednicę. Na nowo uczyłam się chodzić i potem jeździć. Po zaledwie trzech miesiącach, na koniec sezonu zajęłam trzecie miejsce na mistrzostwach Czech za Sarką Zahrobską. W grudniu 2004 roku w Sarntal zerwałam po raz czwarty więzadło krzyżowe… Nie miałam sił, aby kolejny raz powrócić do ścigania, zostałam trenerką…

Trochę inaczej układały się losy Dagmary Krzyżyńskiej, która wspomina: – Pochodzę z Karpacza, a motorem moich pasji sportowych był tata. Do piętnastego roku życia równolegle ciągnęłam narciarstwo alpejskie i tenis. Ostatecznie razem z tatą zadecydowaliśmy, że stawiamy na deski i znalazłam się w reprezentacji… Czy żałuję? Na pewno nie. Na nartach spędziłam wspaniały czas, poznałam fantastycznych ludzi i zażyłam tak zwanego wielkiego sportu. Być może w tenisie nie byłoby to możliwe… Panie poznały się po raz pierwszy w roku 2000, kiedy Tereza dołączyła do treningów polskiej reprezentacji kierowanej przez Ernesta Kovača, wybitnego słoweńskiego szkoleniowca. – Trener się zgodził, gdyż byłam dobrym koniem pociągowym – wspomina Czeszka. – Z tego układu każdy miał profit: ja miałam z kim trenować, a Dagmara i pozostałe zawodniczki równały do mnie… Kilka lat później nie było już tak różowo. Ponownie wracałam po kontuzji i chciałam ćwiczyć z Polkami, ale trenerem był Roland Bair. Dziewczęta zrobiły ogromne postępy i nie mogłam z nimi więcej trenować… Rzeczywiście, na czasy Rolanda Baira przypada złoty okres naszego współczesnego narciarstwa alpejskiego pań, a także najlepsze wyniki Dagmary. W roku 2004 Krzyżyńska wygrała klasyfikację giganta Pucharu Europy. Podczas mistrzostw Polski w Szczyrku w swojej koronnej konkurencji wykręciła najlepszy czas dnia, pokonując także jadących po tej samej trasie panów. – Daga miała wtedy ksywkę Kula Gigantula, tak wspaniale jeździła – ze śmiechem dodaje Tereza. Dobrze jeździłam nie tylko w gigantach. W slalomach miałam 7 FIS-punktów, a to naprawdę świetny wynik. Do kariery w APŚ zabrakło mi zwyczajnie „głowy”, wiem to dziś – wspomina Dagmara – od kiedy zaczęto patrzeć na mnie, jak na jedną z faworytek cała się usztywniałam… Ostatecznie po mistrzostwach świata w Åre w 2007 roku powiedziałam dość, ale z narciarstwem rozstać się nie chciałam. Zaczęłam jeździć skicross, którego podstawą i tak jest gigant, z myślą o igrzyskach w Vancouver w roku 2010. To była moja ostatnia życiowa szansa na olimpijski wynik w sporcie. Wtedy też po raz pierwszy zaczęłam używać nart firmy Elan. Los bywa jednak okrutny i w roku 2009, podczas zawodów skicrossowego PŚ w austriackim St. Johan in Tirol, Dagmara zerwała więzadło w kolanie. – Leżałam w szpitalu, przeżywałam swoją sytuację, kiedy zadzwonił telefon i w słuchawce odezwał się głos mojej przyjaciółki Marty Berezik proponującej mi pracę trenerki w warszawskim klubie WKN. Tak trafiłam do stolicy. Miało być tylko na sezon, a zostałam do dziś… – opowiada Dagmara.

Ponownie Tereza i Dagmara spotkały się przypadkowo na stoku w Alpach w 2014 roku, kiedy Tereza właśnie skończyła pracować jako menedżer dużego hotelu SPA w Dolní Morava i zastanawiała się, co robić dalej. Tym razem to Dagmara zaproponowała pracę znakomitej trenerce w stołecznym WKN-ie. I tym razem Tereza miała zostać jedynie na sezon. Stało się jednak inaczej. – W połowie roku 2016 skontaktowała się ze mną firma INA Sport z Brna – opowiada Tereza – trzeba wiedzieć, że firma ta istnieje od 1998 roku i jest absolutnym liderem sprzedaży nart Elana w Europie. Znamy się jeszcze z czasów mojej kariery zawodniczej, gdyż na Elanach jeździłam właśnie od 1998 roku. Przedstawiono mi plan reorganizacji dystrybucji w Europie Środkowej i ni mniej, ni więcej zaproponowano objęcie przedstawicielstwa w Polsce. Potrzebowałam wspólnika lub wspólniczki z Polski. Naturalnie od razu pomyślałam o Dagmarze i oto jesteśmy…

Bohaterki tego artykułu doskonale zdają sobie sprawę, jak wiele pracy przed nimi. Polska to nie Czechy, a u nas firma Elan, pomimo znakomitych produktów, najlepszej prasy nie ma.

– Musimy koniecznie poprawić image reprezentowanej przez nas marki – mówi Dagmara. – Nie chcemy być postrzegani jedynie jako dostawca sprzętu do wielkich sieci handlowych. Z doświadczenia wiem, że produkty Elana bardzo trudno jest przebić, stosując relację jakości do ceny i to jest podstawa naszego działania. Nie chcemy być marką najtańszą, ale najlepszą. Biorąc pod uwagę wiedzę i pasję inżynierów Elana, wiem, że jest to możliwe, ale musi zająć trochę czasu.

Hasłem przewodnim Elana jest obecnie: Always Good Time – dodaje Tereza. – Chcemy, żeby ten wspaniały czas na śniegu stał się udziałem coraz większej rzeszy narciarzy jeżdżących na deskach wyjątkowej firmy, jaką jest Elan.

Nam pozostaje jedynie dodać, że lepszych, bardziej charyzmatycznych i kompetentnych ambasadorek swoich produktów firma Elan nie mogła sobie nawet wymarzyć.

O Autorze

Tomasz Kurdziel

Redaktor naczelny, założyciel i pomysłodawca Magazynu NTN. W dzieciństwie otarł się o WKN, przez wiele lat był członkiem AKN. Po roku 1981 przez 18 lat przebywał w Norwegii i Szwajcarii. Założył i przez wiele lat prezesował UIK Alpin na Uniwersytecie w Oslo. W latach 1985-1989 startował w zawodach FIS. Na początku lat 90. startował w zawodach snowboardowych (konkurencje alpejskie). Od 1997 roku pasjonat i promotor carvingu w Europie. Członek komitetu organizacyjnego FIS Carving Cup. W chwilach wolnych komentator Eurosportu. Obecnie entuzjasta freeride'u, motocyklowego enduro i windsurfingu.

Podobne posty