… tak się będziesz kręcił w nocy. Wszystko dobrze kiedy biwakujemy w lecie, ze znajomymi nad jeziorem, dziewczyną w lesie, czy rodzinką na polu namiotowym…, ale sytuacja diametralnie się zmienia gdy robimy to w śniegu. Myślę że ci, którzy mają za sobą jakiekolwiek doświadczenie w spaniu w namiocie w górach zimą, wiedzą o czym mówię. Biwak w warunkach arktycznych to osobna para butów.

Namiot

Pierwsza sprawa, jaki namiot? Igloo? Tunelowy? A może wojskowy NS? Odpowiedź brzmi: im prostszy w obsłudze tym lepszy. Ale uwaga! Nie znaczy to, że im tańszy (czyli prostszy) tym lepszy. Oj nie, niestety, wręcz odwrotnie. Dobry namiot musi kosztować. Ma być lekki, po złożeniu mały i co najważniejsze, rozkładanie nie może być kłopotliwe. Najlepiej aby namiot zewnętrzny był zszyty z wewnętrznym, a pałąki rozkładały się bezproblemowo. Warto zaznaczyć, by brać w takie rejony dodatkowe pałąki, albo chociaż zapasowe segmenty, ponieważ, co może zaskoczyć amatorów noclegów w tropikach, lubią one pękać na mrozie. I nie można zapomnieć o śrubach lodowych. Ciężko czasem wbić śledzie w szczery lód.

Osobiście uważamy że najlepiej nadają się namioty typu tunelowego lub igloo. My bierzemy model K2, który dostaliśmy od firmy Marabut. Ważne by odległość między powłokami namiotów, w okolicach tzw. sieni, była dość duża. Kopiemy w niej wtedy dołek na głębokość około 30 cm, przez co mamy około 2-3 stopnie cieplej w namiocie. Jak? Fizyka! Zimne powietrze spada do dołka.

Ważna jest także wielkość namiotu. Dla dwóch osób śpiących w środku – minimum trójka! Dlaczego? Wyobraźmy sobie, że jest -20, – 30 stopni C. Opatuleni jesteśmy we wszystko w co się da, bluzy, spodnie, czapki, i do tego śpimy w grubym śpiworze. Z uwagi na ilość ubrań na sobie ciężko nawet czasem dopiąć zamek takiego wora. A co dopiero w nocy przewrócić się z boku na bok. Gdy oddychamy, para wodna z wydychanego powietrza skropli nam się na wewnętrznej warstwie namiotu. Po jakimś czasie tworzy się zaszroniona powłoka. Wystarczy, że delikatnie dotkniemy materiału, a nasze puchy i wszystko co znajduje się w środku, pokrywa się warstwą śniegu, który nie służy ani naszemu komfortowi termicznemu, ani puchowi. Wiadomo – mokry puch – to bezużyteczny puch. Dwa lata temu, gdy zmoczyliśmy w ten sposób swoje śpiwory (a spaliśmy z bratem w dwuosobowym namiocie), wysuszyć udało się je dopiero po powrocie. Czyli zamiast ciepełka mieliśmy mokre szmaty :).

Patent, który wtedy opracowywaliśmy, jeśli chodzi o izolacje od podłoża, polegał na wyłożeniu podłogi dwoma bardzo grubymi foliami NRC, na to karimaty a na to materace “samopompujące”. I wszystko było by bez zarzutu, gdyby nie fakt, że drugiej nocy jeden z takich materacyków się rozszczelnił na zgrzewie. Próżno nasłuchiwać skąd uciekało powietrze. Kleić też nie bardzo było czym (nawet srebrna taśma nie chce się przyklejać w takiej temperaturze i trzeba ją ogrzewać w gorącej wodzie). Zatem losowaliśmy z Szymonem kto będzie spał na dziurawcu. Przyjemność marna, bo mniej więcej 1,5 godziny po napompowaniu powietrze ulatywało, a zimno dochodzące z podłoża skutecznie nas budziło. Ponowne napompowanie wymagało nie lada manewru – tak się przekręcić na bok nie wychodząc ze śpiwora, by nie dotknąć się do zaszronionych ścianek, i nie obudzić drugiego kokona chrapiącego obok. Po kilku takich manewrach całkiem nam to wychodziło.
Teraz już wiemy co spowodowało defekt materaca. Przy wdmuchiwaniu rozgrzanego powietrza w warunkach zimowych do środka, tworzą się kryształki lodu, które działają jak piasek i mogą doprowadzić do uszkodzenia materacyka. W warunkach zimowych, lepiej zatem używać karimaty o zamkniętych strukturach komórek. Dlatego w tym roku, dzięki Sklepowi Górskiemu Carpathia, który zaopatrzy nas w grube karimaty Multimat (ponoć używane nawet do -40’C), nie będziemy mieli takich problemów.

No dobrze, karimata to nie wszystko. Trzeba spać ubranym, i trzeba mieć na to system. Poprzednim razem, temperatura w nocy spadała grubo poniżej 30 kresek na minusie. Ubieraliśmy zatem w co popadnie. Na nogi bieliznę termiczną z merynosów (podobnie jak w tym roku, komplet Nordre i dodatkowo Smartwool), ciepłe spodnie polarowe, a na to spodnie puchowe. Na stopach ciepłe wełniane skarpetki kupione od “babci” w Białce Tatrzańskiej! Takie są najlepsze! Bierzemy też profesjonalne i ciepłe Icebreakery, które polecili nam mistrzowie od komfortu stóp – Ergo!
Jeśli chodzi o górną partię ciała, sytuacja się trochę komplikowała. Na gołe ciało kładliśmy mokre skarpetki- najlepsza forma wysuszenia ich. Na to wspomnianą wcześniej bieliznę termiczną, potem kolejno warstwami: następne mokre skarpetki, kolejną warstwę bielizny termicznej, polarek (tym razem modele firmy Beri), kamizelkę, kurtkę z primaloftu oraz puchówkę. Na głowie czapka, a na rękach wełniane rękawice. I tak zapakowani, z dość ograniczoną możliwością ruchu wchodziliśmy do naszych śpiworów puchowych. W tym roku wszelką odzież puchową zabezpiecza nam firma Yeti, która zaproponowała by wykorzystać większy śpiwór syntetyczny, jako “pokrowiec” na ten właściwy, puchowy. W ten sposób zabezpieczamy się dodatkowo przed ryzykiem zamoczenia wszystkiego co ma piórka w sobie. Dzięki bogatemu doświadczeniu tej firmy, przygotowane zostaną dla nas specjalnie przerobione wersje poszczególnych modeli, tak aby nic nas nie zaskoczyło po drodze.

Śpiwór powinien być obszerny, tak aby pomieścić dodatkowy sprzęt w środku. Mianowicie: wszelką elektronikę, zapasowe akumulatory i baterie, tak aby przedłużyć ich żywotność. Poprzednio trzymaliśmy także w środku nasze wewnętrzne botki z butów skiturowych – tak aby nie dopuścić do ich zamarznięcia, a w konsekwencji – obtarcia stóp. Komfort spania – żaden!

Czyli wyobraźmy sobie nas śpiących we wszystkim co się da, opatulonych w mokre i nie-pachnące-fiołkami skarpetki (wszystko po to by były nad ranem suche), z bateriami po kieszeniach, i butkami ze skorup narciarskich w śpiworze. A w dodatku na rozszczelnionej karimacie, w za ciasnym namiocie… A na “dworze” grubo poniżej -30’C.

To tak na poprawę nastroju..:)


c.d.n.

O Autorze

Instruktor narciarski i snowboardowy, pracuje w biznesie od 1998 roku. Bywały sezony, że spędzał na śniegu ponad 800 godzin "lepiąc" nowych narciarzy czy snowboardzistów. Wielki amator podróży na własną rękę w trudne tereny. Ma na koncie ponad 40 państw z plecakiem na plecach. I właśnie z połączenia tych pasji, nart i szwendania, wykreował się projekt Torell Expedition 2012. To już druga wyprawa w arktyczne tereny: skuty lodem, trudno dostępny archipelag Svalbard.

Podobne posty