tre cime

Kliknij TUTAJ, aby ściągnąć podcast jako plik MP3.

Subskrybuj: iTunes | Android | RSS

Zerwanie więzadła krzyżowego przedniego to jedna z najczęstszych i najbardziej nieprzyjemnych kontuzji, jaka spotyka narciarzy. Co warto zrobić, jeśli przydarzy się nam? Jak wygląda i ile trwa rehabilitacja po rekonstrukcji ACL? Czy możliwy jest powrót do uprawiania sportu? Dziś temat dotyczący zawodowców, amatorów, a nawet osób, które z nartami nie mają nic wspólnego. Zerwane więzadło krzyżowe to bardzo nieprzyjemna kontuzja, która może spotkać dosłownie każdego. Problem w tym, że powrót do aktywności sportowej trwa bardzo długo, a rehabilitacja jest żmudna. U wielu ludzi lubiących ruch powoduje załamanie, zwątpienie i frustrację.

Mnie również przydarzyło się to nieszczęście. Oczywiście – jak to często bywa – w najmniej odpowiednim momencie. Byłem po bardzo udanym sezonie narciarskim, a za tydzień miałem ruszyć na trzytygodniową eksplorację Austrii na rowerze. Wszystkie plany trzeba było schować do kieszeni, a kolejnych kilka miesięcy musiałem poświęcić na powrót do zdrowia. Pod koniec następnej zimy stanąłem na nartach, a po roku uprawiałem wszystkie sporty, które lubię. W dojściu do pełnej sprawności bardzo pomogła mi Łucja Stefaniuk – wspaniała fizjoterapeutka, z którą praca była przyjemnością. Oczywiście bolesną i wymagającą dużego zaangażowania, ale jakże owocną. Dziś Łucja zdradzi kilka ciekawostek dotyczących jej pracy oraz podzieli się wiedzą przydatną każdemu, kto chce się ponownie cieszyć życiem. Zapraszam do wysłuchania naszej rozmowy.

Czego dowiesz się z tego odcinka podcastu?

  • Czy operacja rekonstrukcji ACL jest konieczna?
  • Jaki jest optymalny czas między momentem zerwania więzadła krzyżowego a operacją?
  • Jakie znaczenie ma rodzaj operacji (przeszczep autogeniczny, allogeniczny, syntetyczny)?
  • Czy po kontuzji zostaje uraz psychiczny?
  • Czy zdarzają się pacjenci, którzy nie mogą sobie poradzić z traumą po zerwaniu ACL?
  • Co zmieniło się w sposobie rehabilitacji po rekonstrukcji ACL przez ostatnie kilka lat?
  • Ile trwa rehabilitacja po operacji?
  • Czy warto jeździć na nartach w stabilizatorze po operacji ACL?
  • Jak dużą rolę w rehabilitacji odgrywa fizjoterapeuta, a ile zależy od zaangażowania pacjenta?
  • Po jakim czasie od zabiegu można rozpocząć jazdę na rowerze i pływanie?
  • Czy łatwo jest rozciągnąć przeszczepione więzadło?
  • Co można zrobić oprócz rehabilitacji, by wrócić do sprawności?
  • Czy dieta jest istotnym czynnikiem w procesie rehabilitacji?
  • O czym należy pamiętać, by zminimalizować ryzyko zerwania ACL?
  • Czy wielokrotne zerwanie więzadła w tym samym kolanie to tylko pech?
  • Czy zerwanie więzadła krzyżowego może mieć jakieś pozytywne aspekty?

Materiały uzupełniające do podcastu:

Podcast dostępny jest w wielu miejscach:

Jeśli podoba Ci się podcast, to będę Ci bardzo wdzięczny, za pozytywną ocenę oraz krótką recenzję w iTunes. Jeśli to zrobisz, mój podcast trafi do rankingów iTunes. Dzięki temu łatwiej będzie do niego dotrzeć innym narciarzom, którzy jeszcze nigdy go nie słyszeli. A na tym bardzo mi zależy!

OCEŃ PODCAST STACJA NARCIARSKA

Życzę miłego słuchania.

Wersja do czytania

Cześć Łucja.

Cześć Michał.

Zajmujesz się rehabilitacją, ale zanim przejdziemy do tej części rehabilitacji, to żeby było trochę chronologicznie, chwilę jeszcze o samej operacji. Czy w ogóle po zerwaniu więzadła krzyżowego jest konieczna rekonstrukcja? Czy można dalej żyć, uprawiać sport, nie wykonując tej rekonstrukcji?

I myślę, że tutaj zdania są pewnie w jakimś stopniu podzielone, natomiast moje zdanie jest takie, że warto tą operację zrobić, czyli przywrócić biomechanikę w kolanie, żeby swobodnie uprawiać sport i w ogóle się nie zastanawiać czy coś tam się będzie działo. Natomiast jest wiele ciekawych artykułów osób, które zajmują się fizjoterapią gdzieś tam już na świecie, którzy mają pewne wyniki i doświadczenia, że jeżeli jest zerwane więzadło krzyżowe przednie, czyli mamy niestabilność w stawie kolanowym, to pobudzając bardzo mocno do pracy inne więzadła, czyli więzadło krzyżowe tylne, więzadła poboczne oraz oczywiście bardzo dobrze wzmacniając mięśnie, zwłaszcza grupę kulszowo-goleniową, czyli mięśnie gęsiej stopki, generalnie tylnej ściany uda oraz bardzo, no można tak powiedzieć, namiętnie – to jest dobre słowo, ale bardzo często ćwicząc ćwiczenia na propriocepcję można mieć taką kondycję, że jakby bez więzadła krzyżowego dajesz radę. Tutaj jest to już, uważam, trudne od strony pacjenta, bo on musi się bardzo mobilizować. On nie może nigdy przestać ćwiczyć, być w kondycji, bo inaczej jakby skoro brakuje mu pewnej biomechaniki, czymś to musi skompensować. Więc moje zdanie jest takie, że zoperować to więzadło krzyżowe przednie, zwłaszcza jeżeli pacjent ma ochotę uprawiać sporty i zwłaszcza jeżeli zgłasza niestabilność, że mu kolano ucieka, że praktycznie dochodzi do wielu urazów zupełnie w czasie kiedy nie uprawia sportu, tylko ma nierówny chodnik albo zamyśli się i podbiegnie do autobusu, do tramwaju i wtedy dochodzi do takich nieprzyjemnych doznań jak właśnie uciekanie kolana w którąś stronę, najczęściej do boku, ale też do tyłu. Jest to bardzo niefajne.

Mówisz, że trzeba cały czas ćwiczyć, czyli wyobrażam sobie, że może być tu na przykład problem na starość.

Chirurdzy, którzy zajmują się operacją więzadła krzyżowego przedniego, którzy na ten temat publikują prace naukowe, twierdzą, że taka niestabilność kolana i ciągłe takie mikrourazy, które się dzieją, właśnie to uciekanie, o którym mówimy, które pacjent zgłasza, może spowodować, że ta chrząstka stawowa, którą mamy, szybciej ulega destrukcji. Czyli niefajna informacja ze względu na to, że cały czas o chrząstce stawowej mówi się, że jest to „pięta Achillesa” ortopedii. Czyli nie ma de facto jakichś takich bardzo pewnych operacji, które ją naprawiają i powodują, że ona jest w lepszej formie, więc lepiej o tą chrząstkę stawową zadbać, nie niszcząc jej w sposób taki, że nie mamy stabilności w stawie. Stąd wracamy do tego o czym ja mówię, że uważam, że warto kolano zoperować.

W momencie kiedy ja zerwałem więzadło, no to też kilka opinii się pojawiło. Akurat doktor, który mnie operował, Maciej Ambroziak, również znany Tobie, sugerował, żeby odczekać dwa miesiące od urazu do operacji. Ale słyszymy często, że na przykład piłkarz, który zerwie więzadło, lub narciarz, przechodzi taką operację od razu. Z Twojego punktu widzenia jako rehabilitantki jaki to ma wpływ na dalszą pracę z takim pacjentem?

Generalnie jest tak: jeżeli ktoś jest zawodowym sportowcem, czyli żyje z tego, że biega po boisku czy jeździ na nartach, to na pewno tutaj czynnikiem priorytetowym będzie czas. Więc tutaj myślę, że to nie ulega dyskusji, że takie osoby są operowane szybko, żeby jak najmniej czasu tracić na ich rekonwalescencję i rehabilitację. Jak wiemy z różnych doniesień odnośnie sportowców, bywa różnie z rezultatem, czyli czasami wracają i niestety dochodzi do wtórnej kontuzji albo tej samej nogi, albo drugiej nogi, więc ten czas, jak widać, nie zawsze jest największym przyjacielem. Czyli powiedzmy termin skracania tego czasu nigdy nie służy. Mamy pewną fizjologię. Czy to jest sportowiec, czy to jest osoba nieuprawiająca wyczynowo sportu, jest jakiś pewien proces gojenia, którego przeskoczyć się nie da. Oczywiście on też jest bardzo subiektywny – jedna osoba się goi lepiej, druga się goi gorzej, jedna nie ma powikłań, druga powikłania wszystkie może mieć jakie są statystycznie brane pod uwagę – więc to jest naprawdę bardzo, bardzo subiektywne. Z mojej opinii lepiej jest odczekać po urazie przynajmniej te dwa miesiące, czyli te 8 tygodni. Dlaczego? Dlatego, że uraz jest pewnego rodzaju dużym wydarzeniem, dzieją się różnego rodzaju krwiaki, obrzęki, kolano jest, jak to się mówi, „mokre” albo takie trochę nieczytelne, nie do końca wiadomo co się tam na pewno stało i robienie kolejnego stanu zapalnego operacją moim zdaniem jest dość dużą inwazją. I tutaj znowu – może się pacjent świetnie wygoić, a może się bardzo słabo goić. Jeżeli ktoś nie żyje ze sportu i może poczekać, to uważam, że to jest lepsza sytuacja. Lekarze, z którymi współpracuję, uważają, że jeszcze oprócz badania diagnostycznego, którym jest rezonans, gdzie na przykład czarno na białym widać, że jest zerwane więzadło, ważne jest też takie subiektywne odczucie pacjenta. Zawsze jest pytanie: „Czy to kolano ucieka? Czy ono zawodzi?” i pacjent się wypowiada, że rzeczywiście ma problem z tym, że w ogóle tego się boi, tamtego się boi. Wiadomo, że jeżeli się boi, to znaczy że coś jest nie w porządku i nie może nad tą nogą zapanować. Jest to decyzja, uważam, wtedy taka, którą jakby podejmuje się ze względu na to, że pacjent zgłasza niestabilność. Jest potwierdzenie w rezonansie i jest potwierdzenie w badaniu klinicznym – sprawdza się stabilność testami klinicznymi, no i mamy pełne prawo operować pacjenta, bo są wszystkie czynniki spełnione. Więc to jest moje zdanie: trochę odczekać, niech kolano się wysuszy, czasami zrobić jeszcze raz badanie diagnostyczne, czyli rezonans, z tym rezonansem warto udać się oczywiście do lekarza, który nie tylko przeczyta opis, ale obejrzy zdjęcia, zbada klinicznie kolano, zrobi wywiad z pacjentem, no i wtedy jest podjęcie jakiejś konkretnej decyzji.

Ok. Czyli nie należy się specjalnie spieszyć. Jeśli oczywiście nie zarabiamy uprawiając sport, bo wtedy pewnie każdy miesiąc jest cenny.

Dokładnie tak.

Jeszcze ostatnie pytanie odnośnie samej operacji: Czy ma znaczenie w jaki sposób jest wykonywana operacja, w sensie czy jest pobierany materiał na więzadło z własnych tkanek czy jest przeszczep? Albo jeszcze wiem, że jest trzecia metoda, to jest przeszczep taki syntetyczny.

Myślę, że tak jak z wszystkim – są zwolennicy przeszczepów autogenicznych, czyli własnych, są zwolennicy przeszczepów z allograftu, czyli z pobrania. Przeszczepy syntetyczne – myślę, że tutaj zwolenników jest najmniej. Czasami mówi się, że to jest taki właśnie przeszczep rekomendowany bardziej osobom, które szybko muszą wrócić do życia, nawet nie chodzi o sport. Wyniki są takie średnie, jak wszystko co sztuczne. Najmniej jest mieć tkankę żywą, która jest fizjologicznie podobna do tej, którą straciliśmy i ona najlepiej trzyma, jest najbardziej sprawna i to pokazują również badania oczywiście. Jeżeli chodzi o przeszczep z własnej tkanki – tutaj pewnym minusem, przynajmniej na początku, przez pierwszy kwartał, jest gojąca się rana z pobrania i ból, który pacjent ma z miejsca pobrania. Ja z doświadczenia własnego jak bym miała powiedzieć na co pacjent skarży mi się w pierwszych sześciu tygodniach po operacji z pobrania własnych ścięgien czy też więzadła własnego rzepki, to właśnie na miejsce pobrania. Że tam go ciągnie, że tam go boli, że ma tam duży dyskomfort. Jest to jednak głębokie cięcie, pobranie sporej ilości materiału ze ścięgna, no więc nie jest to tak zupełnie bez żadnego znaczenia. Aczkolwiek ze względu na to, że proces gojenia tutaj również zachodzi, po roku, jeżeli jest dobra rehabilitacja, jeżeli te tkanki miękkie, czyli ta blizna, która w tej tkance miękkiej się utworzyła, jest bardzo dobrze zaopiekowana, czyli są terapie tkankowe tam szczególnie dobrze zrobione, nie ma to znaczenia. Mam doświadczenia z moimi pacjentami, którzy wracają do życia, do sportu po przeszczepach własnych i nie narzekają. Jeżeli chodzi o przeszczep z allograftu, czyli od dawcy, najczęściej się to robi ze ścięgna Achillesa, no to tutaj odpada ból z miejsca pobrania, bo go nie ma. Mówi się, że dostaje się bardzo mocno tkankę od razu, bo ścięgno Achillesa jest silnym ścięgnem. Sami od siebie nie możemy go pobrać, więc tu zdecydowanie tkanka jest już bardzo mocna. I z moich doświadczeń, szybciej przebiega proces rehabilitacji.

Przede wszystkim nie ma tego bólu, wynikającego z własnej rany, tak? Która powstała przy pobieraniu.

Dokładnie tak. I ja mam takie doświadczenia, że ci pacjenci szybciej się usprawniają, mniej narzekają, więc jest to przyjemne dla obu stron.

To ja miałem tak. Chyba nie narzekałem za bardzo.

Ty nie narzekałeś, aczkolwiek właśnie jesteś przykładem na to, że po operacji mogą się zdarzać różnego rodzaju rzeczy nieprzewidziane, jak jakieś krwiaki czy inne rzeczy związane z zabiegiem operacyjnym. Ale jak już to się udało pokonać, to nie pamiętam żebyś w ogóle narzekał. Myślę, że jesteś w historii moich pacjentów pacjentem, którego mogę naprawdę stawiać za wzór jeżeli chodzi o rzetelność pracy i można powiedzieć, że efekty jakie uzyskałeś, myślę, głównie taką systematycznością i taką wytrwałością w ćwiczeniach, w stawianiu sobie coraz wyżej poprzeczki. Także tak to wygląda. Ale rzeczywiście pacjenci są dzisiaj bardzo świadomi tego po co to robią, to mi się bardzo podoba. Bardzo dużo pacjentów ma spory wywiad przed operacją, mają bardzo mocno zaznaczone cele. Rzadko mam kontakt z takimi mega sportowcami, którzy żyją ze sportu, może dobrze, bo tam jest ciśnienie większe, ale mam bardzo dużo pacjentów, którzy są sportowcami amatorami, dla których jest to bardzo ważne, żeby wrócić czy do piłki nożnej, czy do koszykówki, czy do narciarstwa i do wszystkich innych dyscyplin sportu i absolutnie do tego wracają. Czasami mam z nimi jakiś długofalowy kontakt, są zadowoleni. Więc, jak widać, można wszystko uzyskać. To jest też zawsze taka sytuacja, że tyle ile pacjent chce, to tyle musi włożyć pracy i jeżeli bardzo chce i bardzo dużo włoży pracy, to ma efekt. Tak jak ze wszystkim. Jest też taka grupa pacjentów, która ma uraz, przeszczepi więzadło krzyżowe przednie, natomiast zarzeka się, że już nigdy nie będzie jeździć na nartach, jak to się stało na nartach, nie będzie grać w siatkówkę, jak to się stało na siatkówce. Myślę, że to wynika z pewnych fobii, bo jest to duże przeżycie, ta rehabilitacja jest też długa, trochę bólu, stresu. No i oczywiście ja nie mogę zmuszać pacjenta do tego, żeby zmieniał jakieś tam swoje zasady, ale często spotykam się z tym, że kończę pracę z pacjentem, jest w bardzo dobrej formie i powoli zaczyna się zastanawiać czy jednak nie wróci na tą salę gimnastyczną. Czyli czasami czas leczy rany, dosłownie. I wiem, że też jest kilku takich pacjentów, którzy się zarzekali, że właśnie nie będzie jeździć na nartach i właśnie zupełnie przez przypadek dowiedziałam się, na przykład kontaktowałam się z tą osobą, a ona mówiła, że oddzwoni do mnie, bo właśnie jest za granicą na nartach, co mnie bardzo już zaciekawiło, później jak wróciliśmy do rozmowy, to okazało się, że rzeczywiście po dwóch latach jakoś tak zapomnieli o tych wszystkich stresach związanych z urazem i wrócili na narty i jakby nie mają żadnych problemów. I to jest bardzo fajne. Bo moje zdanie jest takie, że jeżeli ktoś robi przeszczep więzadła krzyżowego przedniego i „funduje” sobie ten ból, to wyłączenie jakiegoś czasu, to warto by było, żeby nie rezygnował z jakichś pasji, które miał albo które lubił. Bo uważam, że więzadło krzyżowe przednie poprawia jakość życia. Rzeczywiście, to nie jest operacja, która ratuje życie. Nie jest to przeszczep nerki, czegokolwiek. Więc komfort życia jest bardzo ważny dla zdrowia psychicznego. Więc jeżeli już uzyskamy sprawność, nie ma żadnych powodów, żeby się martwić, że kolano gdzieś ucieknie, to warto wracać do swoich sportów, które się lubiło.

Ale jednak jest coś takiego w głowie. Tutaj już wspomniałaś o tym, że ludzie często boją się dyscypliny, przy której zdarzyła się kontuzja. I to rzeczywiście widzę. Ja mam do czynienia z narciarzami i oni często powtarzają, że przy innych sportach nie mają takiej blokady psychicznej, a na przykład jeśli jest jakiś nierówny stok, dziurawa trasa, to rzeczywiście obawiają się wtedy tego. Ja na przykład zerwałem grając w piłkę nożną, więc z nartami w ogóle nie miałem problemu. Wróciłem na narty i nie miałem żadnych lęków związanych z tym. A narciarze tak mają jeżeli ta kontuzja wydarzy się podczas jazdy.

Zgadza się. To co powiedziałam – tam gdzie się zdarzył uraz, tam zostaje również uraz psychiczny. Są tacy ludzie, którzy mówią wprost: wszystko jest w głowie. Więc czasami nie tylko leczy się to co jest na obwodzie, ale również trzeba się zmierzyć ze swoimi fobiami. To jest też moja rada: ja rekomenduję zawsze to, żeby oczywiście dbając o formę, o to żeby ta noga miała swoją siłę mięśniową, pełne zakresy i bardzo dobre czucie głębokie, czyli nie było obaw, żeby stanąć na jakimś tam niestabilnym podłożu, na pewno stanąć na stabilnym na jednej nodze, umieć zrobić przysiad na jednej nodze, czyli obciążyć zupełnie nogę, nie mając żadnych oporów, również pokonać ten stan psychiczny. Ja, szczerze przyznam, nie korzystam, a może to jest sytuacja, nad którą warto się zastanowić, żeby pacjentów pewnych, jakąś taką grupę, która sobie rzeczywiście jakoś mocniej z tym nie radzi, być może wysłać na jakąś rozmowę z psychologiem. Psycholog ma narzędzia do rozwiązywania takich problemów. Ja ich nie mam i nie chcę ich podejmować, bo to jest taka domorosła psychologia, gdzieś tam mogę z pacjentem porozmawiać, wiem, że często mi bardzo ufa, ale jakby nie jestem w stanie w wielu sytuacjach mu pomóc, bo nie mam narzędzi, nie znam się na różnego rodzaju stymulacji takiej od strony psychologicznej. No ale można tak pomyśleć. Są ośrodki już w Polsce, za granicą to na pewno, które mają taki zespół cały. Wszystko jest dzisiaj ważne, jak tak się spojrzy na XXI wiek: i dieta, i to jak ją ułożyć do treningów, które się zaczynają bardziej intensywne, wszystko połączyć z powrotem do życia zawodowego plus właśnie może jakiś psychoterapeuta, który potrafi wzbudzić taki nowy entuzjazm do sportu, w którym się zdarzył uraz, itd., itd. Więc myślę, że to na pewno nie szkodzi człowiekowi, taki pomysł, żeby zadbać o jego psychikę. Natomiast konkluzja z tej rozmowy jest taka, że warto po operacji pomyśleć o tym, żeby wrócić na stok, jeżeli tam się to stało, bo mam wrażenie, że trochę po to się robi tą operację.

A kwestia psychologiczna to jest rzecz, o którą chciałem cię zapytać, bo ciekawi mnie czy Twoi pacjenci bywają w takim etapie, już ćwicząc u Ciebie, że są załamani, sfrustrowani tym co się stało. Bo ja pamiętam, że miałem też taki kryzys, to nie było łatwe, ale to było trochę wcześniej. Jak już przyszedłem na rehabilitację, to już z myślą o tym, że wracamy do sportu i robimy robotę dobrą i może nie za chwilę, bo to trochę trwało, ale celem był powrót na stok. Miewasz takich załamanych?

Kryzysów jest bardzo dużo. Zarówno właśnie sam ten kryzys po urazie, zderzenie się z informacją, że w kolanie wydarzyło się coś nieodwracalnego, że coś się zerwało, co się samo nie odtwarza, jak więzadło krzyżowe przednie, jakaś tam wizja operacji, wyłączenia czasu w ogóle takiej sprawności, już nie mówię o sprawności sportowej, tylko w ogóle tego, żeby funkcjonować na co dzień we własnym środowisku – dom, praca, schody, które się czasami w domu ma, a które są chwilowo problemem. Więc tych kryzysów jest dużo. W trakcie terapii rzeczywiście zauważyłam, że jeżeli jest wszystko dobrze, czyli nie ma jakichś powikłań takich ewidentnych, że noga bardziej puchnie, jakiś krwiak jest, kłuje coś w środku – takie wszystkie subiektywne odczucia pacjenta, to może rzeczywiście jest bardziej pacjent zmotywowany, bo już najgorsze za nim poniekąd, czyli już się ta operacja odbyła i teraz idziemy w stronę zdrowia. Aczkolwiek dużo jest też pacjentów, u których w trakcie rehabilitacji coś tam się dzieje, coś tam nie są zadowoleni, może troszeczkę są rozczarowani tempem, że myśleli, że to będzie szybciej. Mam oczywiście czasami przykłady jakichś sławnych ludzi, sportowców, że „on już to robi, kopie, skacze, on już coś, a ja jeszcze nawet nie myślę o tym, bo się boję”. To co powiedziałam – dzisiejsza rehabilitacja jest bardzo zindywidualizowana i jeżeli jest inna, to jest zła. Tylko ja aktualnie mając w terapii około 30 osób, to mam takie wrażenie, że nie mam dwóch takich samych. Nawet jeżeli mam dosłownie dzień operacji ten sam u pacjenta, to bywa, że pacjent jeden jest właśnie jakiś taki bardziej obolały, coś tam się dzieje, może to jest trochę taka psychika, boi się, muszę go bardziej motywować. A są tacy pacjenci, których muszę hamować, bo boję się właśnie, że może się coś wydarzyć takiego ze względu na to, że czują się tak dobrze. Więc naprawdę kwestia indywidualna. Pacjent wszystko mówi, wszystko pokazuje: gdzie ciągnie, gdzie boli, gdzie kłuje, przy jakim ruchu, przy jakiej funkcji. Więc jakby trzeba być tutaj absolutnie czujnym i reagować na te wszystkie bodźce. Mam wrażenie, że z każdym da się dojść do celu, nawet jeżeli niektórzy mają inne tempo. Na tej zasadzie.

Poruszyłaś tutaj następną bardzo ważną kwestię, tej indywidualnej drogi jaką trzeba przejść. Bo na przykład po moim artykule, który umieściłem na moim blogu, pojawiło się mnóstwo pytań: „Jakie ćwiczenia wykonywać, jak ty to robisz, kiedy to zaczynać” i ja po prostu odpowiadałem: „Słuchaj, musisz pójść do specjalisty, trzeba zobaczyć w jakim jesteś momencie, no bo nie ma takiej uniwersalnej drogi”. To co powiedziałaś. I dawanie takich rad, a przede wszystkim opieranie się na takich radach z internetu, myślę, że może tylko zaszkodzić.

Michał, kiedy z Tobą pracowałam, to już trochę lat minęło, więc wiadomo jest, że człowiek, który chce w tym zawodzie być coraz lepszym, musi cały czas się dużo uczyć, ale to jest taka nauka, która jakby już jest oparta też o jego własne doświadczenia, o jego własne przemyślenia na różne tematy. Natomiast techniki, które wchodzą jako techniki bardzo zbadane, jako absolutnie świetnie radzące sobie z różnymi problemami, z którymi spotyka się fizjoterapeuta na co dzień, są do poznania na różnego rodzaju kursach specjalistycznych. To są oczywiście kursy już dla fizjoterapeutów często dyplomowanych lub lekarzy o takiej specjalności. I tutaj oczywiście im więcej się takich narzędzi w ręku ma, bo nauka nie boli, tylko kwestia wybrania sobie później narzędzi, które są rzeczywiście ci potrzebne, daje lepszą pracę z pacjentem. Więc to co robiłam z Tobą, to nie chcę powiedzieć, że to jest jakieś nieaktualne czy już bym teraz robiła inaczej, ale jednak przez ten czas dużo się zmieniło, myślę, że w moim podejściu do pacjenta. Co to znaczy? Aktualnie jest moda na holistyczne podejście do pacjenta. Również nie nazwałabym to modą, tylko pewnego rodzaju bardzo fajną metodą.

Wytłumacz co to znaczy holistyczne podejście.

Czyli pacjent, który ulega urazowi, najczęściej jest jakaś cała historia tego, że to się zdarzyło, mimo wszystko. Oczywiście jeżeli to jest problem kontaktowy albo wypadek samochodowy, czyli jest siła zewnętrzna, no to wiadomym jest, że nie ma na to wpływu sam człowiek, ale jest mnóstwo urazów auto, takich że sobie sami coś zrobimy czy na tych nartach, czy na tych halowych sportach. I jak teraz przychodzi do mnie pacjent po urazie jakimkolwiek i czasami przygotowywuję go do operacji, czyli jest wizja operacji, to moja rozmowa jest bardziej głębsza, czyli wywiad jest naprawdę ważny. Co się działo wcześniej, czy były jakieś różnego rodzaju problemy ortopedyczne, z innym stawem. Patrzymy na wszystko: od stopy po bark. Czy był po drodze problem z operacją trzewną: wyrostek, laparoskopia. Dlatego, że tam są również powięzi, które nas jakby łączą razem z nogą. Wszystko jest naprawdę bardzo ważne i ja mam takie wrażenie, że jeżeli ma się pewną wiedzę właśnie taką holistyczną, czyli łączy się wszystkie części ciała, żeby pomóc aktualnie w problemie, z którym pacjent przyszedł. Ale ważne jest to co było w przeszłości. No to właśnie to jest holistyka – to jest połączenie wszelkich problemów pacjenta, nawet z przeszłości, bo one mogą mieć odzwierciedlenie w przyszłości i w teraźniejszości. I tutaj wchodzi cała taka, bym powiedziała, filozofia myślenia, że ok, mam pacjenta, który jest po urazie kolana, ale mówi mi, że miał wielokrotne skręcenie stawu skokowego, czyli już miał osłabioną nogę i być może uraz już był pewną konsekwencją tego, że kiedyś nikt nie zajął się nogą. Itd., itd. Na ten temat mogę bardzo dużo mówić, bo przypadków jest… Każdy jest indywidualny i każdy ma inną historię. Dlatego ciężko by mi teraz było powiedzieć w takim wywiadzie stricte głosowym jakie robić ćwiczenia po ACL-u.

No właśnie, to jest coś, przed czym ja przestrzegam, żeby nie opierać się na takich opiniach gdzieś napisanych, usłyszanych.

Słuchaj, nie ma zestawów. Pacjenci do mnie przychodzą nadal z informacją: „Pani magister, ja bym chciał dostać taki zestaw ćwiczeń”. Czasami myślę, że są nawet rozczarowani, że nie ma zestawów ćwiczeń. Jest jedno ćwiczenie aktualnie najważniejsze, z którym czasami pacjent trzy wizyty sobie nie radzi i ja oceniam, że jeszcze nie mogę iść dalej, bo jeszcze stoimy w miejscu. Albo jest potrzebna większa ilość czasu i najczęściej oczywiście tak jest. Oczywiście, ile razy słyszę: „A kolega to ma codziennie rehabilitację, a koleżanka to chodzi jeszcze na jakąś fizykoterapię. Czy ja muszę?” Tym czym się zawsze tłumaczę, że ja nie wiem jak jest prowadzony kolega i koleżanka, nie mogę ocenić czy to jest złe czy dobre, bo byłabym niesprawiedliwa. Ktoś za to wziął odpowiedzialność i wierzę, że to co robi i to co zarekomendował, takie ćwiczenie, taka sytuacja, jakaś fizykoterapia, krioterapia, która wspiera, jest wedle jego wiedzy bardzo potrzebna i jakby koniec tematu. Bardzo nie lubię mówić źle o innych fizjoterapeutach, nie znając ich, nie wiedząc jakimi metodami pracują, jakie mają własne doświadczenia, bo to jest po prostu nieuczciwe i takie, uważam, że zupełnie niepotrzebne, żebyśmy się oceniali nawzajem. Więc ja osobiście muszę pacjenta poznać, porozmawiać, dowiedzieć się coś o nim, dowiedzieć się o pewnym mechanizmie urazu, o tym właśnie jakie miał problemy przed, no i wtedy jestem w stanie mu lepiej pomóc i właśnie holistycznie pomóc tak, żeby wyłączyć pewne czynniki, żeby przeszczepione przykładowo więzadło na przyszłość nie zerwało się również z powodów takich, że jest niewyleczone coś, co się za pacjentem, nazwę to tak w cudzysłowie, wlecze.

A ile trwa ten czas rehabilitacji, odrzucając jakieś przypadki skrajne, tak średnio? Jeśli nasza audycja kierowana jest głównie do amatorów jeżdżących na nartach, ile trzeba liczyć miesięcy na to, żeby wrócić do jazdy na nartach? No bo często słyszy się: „Arek Milik zerwał więzadło. Przewidują, że za 4-5 miesięcy będzie grał już w lidze”. Jak to się ma do amatorskiego uprawiania sportu i jaki jest ten okres taki korzystny, bezpieczny?

Ja już mogę wyciągnąć pewną średnią z moich spotkań i tutaj rzeczywiście mogę na to pytanie w miarę konkretnie odpowiedzieć, bo jak tak sobie patrzę na przebieg rehabilitacji, którą jakby ze mną pacjent odbywa, no to rzeczywiście na pewno spotykamy się pierwszy kwartał bardzo regularnie, czyli w moim przypadku jest to raz lub dwa razy w tygodniu, jeżeli pacjent tego wymaga, jeżeli coś tam się dzieje, co warto monitorować. Więc 3-4 miesiące maksymalnie widzimy się bardzo regularnie. Z moich doświadczeń często po tym okresie pacjent ma już bardzo ładny zakres ruchu, noga jest „sucha”, absolutnie już ten obrzęk, jeżeli jest, to jest bardzo minimalny, są włączone ćwiczenia obciążające, no ale w taki domowy sposób. Więc warto później już nie inwestować w fizjoterapeutę, który już niedużo może, jeśli zrobił wszystko na początku dobrze, czyli zadbał o tkanki miękkie, o pewną profilaktykę przeciwobrzękową, o profilaktykę związaną z odtworzeniem dobrej biomechaniki i zakresu ruchu, o to żeby odbudować siłę mięśniową. I moim zdaniem nie da się tego zrobić robiąc przysiady w domu i jakieś ćwiczenia takie „z internetu”, tylko warto iść na siłownię, gdzie na maszynach robi się wyizolowane mięśnie, ciężko często pracując, żeby tą masę i siłę odbudować. Oczywiście tego pacjenta nadal monitoruję, dlatego że trochę ja zarządzam tą siłownią, wybierając na początku ćwiczenia bezpieczne, które są bezpieczne dla przeszczepu. Wedle badań naukowych, które są prowadzone, związane tylko i wyłącznie z fizjologią przeszczepu, przeszczep się przebudowywuje nawet ponad rok. Czyli mówi się, że takie pierwsze 100 dni jest taki obrót kolagenu wokół własnej osi przeszczepu, czyli on się zakręca jak sznurek. Natomiast później jego przekrój, po kilku dobrych miesiącach, jest grubszy niż na przykład po kwartale, czyli jest jeszcze cały czas jego przebudowa. Wiadomym jest, że jeżeli przeszczep jest przebudowany i minął ponad rok od zabiegu, jest włożona duża praca nad powrotem do funkcji, czyli siły i masy mięśniowej, zakresy ruchu są bardzo dobre, czyli pacjent kucnie po roku, no to ja już nie widzę przeciwskazań, żeby nie wracał na narty. No bo to już jest taka sytuacja, że właśnie trzeba wracać normalnie do sportu. Od strony fizjologicznej przeszczepu jest, można powiedzieć, proces praktycznie zakończony i cała ta rekonwalescencja rehabilitacyjna też jest zakończona, więc trzeba żyć normalnie, to co mówiłam na początku: wracać do tego czym pacjent się cieszył, a przynajmniej spróbować wrócić. Na początku spokojnie. Głowa się musi przyzwyczaić i jak już głowa odpuści, że nic się nie dzieje, no to wraca. Pacjenci często pytają mnie czy jeździć w stabilizatorach.

Tak, to jest następna ważna informacja, bo wiele osób używa tego i ty mi na przykład mi nie zalecałaś jazdy w stabilizatorze. Powiedziałaś: „Zbudujmy to dobrze, obudujmy mięśniami i ruszasz bez”.

Tak. I nadal jest takie moje zdanie, że najważniejsza stabilizacja to jest odtworzone więzadło krzyżowe przednie, bardzo dobra propriocepcja, czyli powrót do anatomii, do mechaniki, do czucia głębokiego i dobra siła mięśniowa, która nie ukrywajmy, mięśnie zawsze pomagają stawom, w 70, nawet 80%, więc są bardzo, bardzo ważne. Natomiast jest jakaś grupa pacjentów, która mam wrażenie, że to nie chodzi co założą na nogę, tylko żeby cokolwiek założyć na nogę, bo to jest właśnie taka informacja dla głowy. Czyli przykładowo jak sobie ścisną kolano, fizycznie, po prostu czują, że tam coś uciska, mają poczucie, że ono jest stabilniejsze. I tutaj jest trudna dyskusja czy tego im zabraniać. Myślę, że czasami się uginam, zwłaszcza jeżeli pacjent mi mówi: „Wie pani co? Założyłem sobie na mecz taką opaskę, tylko taką sportową z apteki i tak mi się lepiej grało”. Myślę, że tutaj jest czynnik psychologiczny, bo nie wierzę, że kolano było bardziej sprawne dzięki jakiemuś bandażowi, opasce, czemukolwiek. Bo cały czas mówię, że jeżeli by to działało, to wiele osób by też nie przeszczepiało więzadeł krzyżowych przednich, tylko założyłoby stabilizator na stok i jeździło na nartach jak… A jednak się nie da. A jednak to kolano jakby jest awaryjne przy dobrym stabilizatorze. Tu znowu wchodzi też sprawa biznesowa. Stricte firmy, którym się teraz narażam na pewno, które tworzą te wszystkie stabilizatory, pomoce takie ortopedyczne i inne rzeczy, no oni strasznie wierzą, robiąc milion szkoleń, że to bardzo pomaga. Myślę, że my, fizjoterapeuci, mamy na tyle dużą wiedzę odnośnie tego jak jest zbudowany człowiek, co go buduje i co nim zarządza i co daje mu sprawność, że nas jest ciężko oszukać, że jakaś opaska czy cokolwiek, nawet na jakiejś fiszbinie i innych tam metalowych prętach, jest w stanie zabezpieczyć pacjenta od strony stabilności kolana czy też innej części ciała. Bo tutaj jako przykład taki ekstremalny mogę pokazać, że można sobie w internecie poszukać zdjęć z operacji kręgosłupa, gdzie był wkładany metalowy pręt, który miał kręgosłup wyprostować i jeżeli były niesprzyjające siły, bo biomechanika, powięź właśnie, która zarządza kośćcem, czyli cała tkanka miękka była nieuporządkowana, to pręt został powyginany. Po prostu takie siły na to działają, że pręt jest po prostu powyginany, na zdjęciu rentgenowskim doskonale widać, że jest zwichrowany. Więc takie siły są w organizmie. Więc jeżeli nie jest posprzątane w systemie takiej pracy właśnie kostno-powięziowej, stawowo-powięziowej, nic zewnętrznego nie pomoże. I to jest moje zdanie, którego się trzymam, bo po prostu musiałabym oszukać samą siebie. Czasami i tak pacjent założy coś na tą nogę, ja z nim nie mieszkam, ja z nim nie żyję, ja nad nim nie stoję, natomiast wychodząc ode mnie ja muszę mieć pewność, taką po różnych testach sprawnościowych, które mu robię, takich podchwytliwych, na różnych niestabilnych podłożach musi na tej nodze skoczyć, podskoczyć, że on ma stabilną tą nogę i on się nie boi tego robić. I ja jestem spokojna. Nieważne czy coś założy na tą nogę czy nie, mam wrażenie, że jeżeli nie zdarzy się jakiś taki uraz kontaktowy, no i generalnie nigdy nie można wykluczyć, że coś nowego się zdarzy, to raczej odtworzona jest fizjologia, czyli wszystko wróciło do normy.

Wróćmy na chwilę do tego co powiedziałaś przed momentem, czyli do Twojej roli w procesie rehabilitacji. Mówisz, że wystarczy takie spotkanie z Tobą raz na tydzień, Ty patrzysz co się dzieje, dajesz kolejne ćwiczenia, które trzeba wykonywać. Ale pamiętam, że wspominałaś, że nie na każdego pacjenta tak to działa, że niektórzy wymagają trochę bardziej intensywnej opieki, bo sami nie ćwiczą. Z czego to wynika?

Znaczy ja generalnie pracuję z osobami dorosłymi. Czasami oczywiście zdarzają mi się takie osoby jeszcze niedojrzałe albo może jeszcze niedorosłe, brakuje im kilku lat, więc trochę jest mi łatwiej, bo raczej mam kontakt z ludźmi, którzy biorą pewną odpowiedzialność za swoje zachowanie i za to co się dzieje. Ale jak to z dorosłymi ludźmi, czasami też trzeba tupnąć i krzyknąć albo tak ostro powiedzieć, że sukces to jest współpraca i ja naprawdę zawsze mówię, że ja robię 50%. Jak tego 50% od pacjenta nie będzie, też efektów nie będzie. Natomiast ja powiem tak: jeżeli jest wszystko w porządku, raz w tygodniu jest to wystarczająca wizyta. Opiera się głównie na tym, czego pacjent sobie sam nie zrobi, czyli na terapii tkanki miękkiej: opracowywaniu blizn wszelkiego rodzaju, niwelowaniu wszelkich sklejeń, które się między powięziami bardzo często zdarzają, monitorowaniu zakresu ruchu, itd., itd. I to są rzeczy, które robię manualnie. Wiem jak to robić, wiem gdzie to robić, wiem na co zwrócić uwagę, po drugie pacjent mi ciągle podpowiada i to jest rzecz, którą się metodycznie robi raz w tygodniu. Dlatego, że nawet co to znaczy rozkleić powięź? To jest wprowadzenie stanu zapalnego, bo dwie żywe tkanki od siebie odłączam, bo się patologicznie, powiedzmy, skleiły, no i to odłączenie jest trochę brutalne, bo mechaniczne i organizm musi po tym odpocząć. Ja nawet jak widzę, że musiałam dużo rzeczy zrobić takich inwazyjnych, to nawet mówię pacjentowi: „Proszę jutro nie ćwiczyć, mieć dzień wolny. Pić dużo wody, witamina C, bo jest stan zapalny w organizmie. Mieć spokój”. Na pewno jeżeli mam pacjenta, którego prowadzę zachowawczo w ogóle, nie ulega wątpliwości, że nie będzie musiał mieć żadnych operacji i prowadzę terapię tkankową, to nawet go proszę, że jeżeli uprawia jakiś sport, to żeby dwa dni na ten sport nie chodził. Czy to jest basen, czy to jest bieganie, bo to nie służy stanom zapalnym, które poniekąd stworzyłam. Więc wracając do początku, jeżeli jest wszystko w porządku, raz w tygodniu wykonuję terapię manualną i zadaję jedno lub dwa najważniejsze na dany etap ćwiczenie, które ma wykorzystać sytuację, którą stworzyłam. Czyli jeżeli ja coś odłączyłam, spowodowałam, że teraz jest luźniejsza noga, lepsza w stronę wyprostu, to pacjent ma to przystymulować ćwiczeniami i musi to zrobić. I niestety to widać, że nie robił. Więc jeżeli ja widzę, że sytuacja jest taka, że pacjent nie bardzo słucha co ja robię, to jest taka rozmowa twarda. Potrafię nawet zrezygnować z terapii, bo to nie ma sensu. A nie mam czasu czasami dla takich pacjentów, którzy jakby nie współpracują. Ale muszę przyznać się Michał, że jak teraz się zastanowię, bo wiadomo, zawsze człowiekowi jest najłatwiej ocenić aktualną sytuację, ja nie mam takich pacjentów. Wszyscy mają motywację, ćwiczą i ja to widzę. Wracają co tydzień lepsi, sami się cieszą. Mają uśmiechniętą buzię, mówią, że „luźniejsza ta noga”, cieszą się ze swoich małych sukcesów, że na przykład raptem zeszli naprzemiennie po schodach, nie myśląc, czyli noga pozwoliła już im na to, a jeszcze niedawno, tydzień, dwa temu bali się tego zrobić, więc chodzili na dostawkę, itd., itd. Więc jeżeli zaczyna być poprawa funkcjonalna, taka na co dzień, bo na początku cieszymy się z tego, że swobodniej chodzimy, że swobodniej po schodach, w dół, że przy złej pogodzie nie baliśmy się jakoś śmiało iść, itd. Więc to są małe – duże sukcesy. I jeżeli to się dzieje, to znaczy, że wszystko działa coraz lepiej. No a to jest też związane, tak jak powiedziałam, ze współpracą, że ja coś zrobię, coś pomogę, a ktoś to wykorzysta i idziemy dalej.

To jest prawda. Ja pamiętam, że rzeczywiście każdy taki mały krok w rehabilitacji bardzo cieszył i dodawał motywacji zdecydowanie w tym całym procesie, a na pewno nie działał w ten sposób, że miałem ochotę ją przerwać i przestać ćwiczyć, bo widziałem, że rzeczywiście te ćwiczenia pomagają i robimy coraz ciekawsze rzeczy. A właśnie następna kwestia jest taka, odnośnie ciekawych rzeczy, bo rehabilitacja bywa żmudna, jakie można wyróżnić takie etapy w rehabilitacji, jakie przyjemne momenty się tam zdarzają? W sensie na przykład kiedy możemy zacząć uprawiać już jakiś sport, może nie nasz ulubiony, ale bieganie, rower. Jak to wygląda? I jakie niebezpieczeństwa też czyhają po drodze i na co trzeba uważać?

Wiadomo, zależy jaki jest problem. Jeżeli mówimy o przeszczepie więzadła krzyżowego przedniego, czyli uraz kolana i jego taka, powiedzmy, naprawa, to rower bardzo szybko, naprawdę. Po 6-7 tygodniach rower stacjonarny jak najbardziej nie ma problemu. Znowu subiektywnie, pytanie jaki pacjent ma zakres, jak się usprawnia. Ale tak jak teraz patrzę na pacjentów też aktualnie, to praktycznie każdy gotowy jest po 6 tygodniach na tym rowerze stacjonarnym pojeździć. No wiadomo, pacjenci często pytają jak jest lepsza pora roku o rower niestacjonarny. Ja trochę zawsze go tak przesuwam w czasie, dlatego że to jest związane z wieloma rzeczami – jeżeli pacjent pojedzie w jakiś teren trudniejszy, potknie się, to nie wiem czy się nie zdarzy jakiś uraz i on tego też wykluczyć nie może. Więc lepiej nie kusić losu, na tej zasadzie. Jak pacjent się mnie pyta o basen, to też mówię: jak już się skóra wygoi, to pływać kraulem można. Natomiast na basenie nie jest problem pływania w wodzie, tylko problem okołobasenowy: jest ślisko, itd., itd. i tam się może wydarzyć coś. A to co powiedziałam – noga nie ma dobrej propriocepcji, nie ma dobrego kontaktu z głową, czyli troszeczkę jest pod tym względem „upośledzona”, więc taka śliska nawierzchnia może być powodem urazu. Więc ja zawsze mówię, jak pacjent bardzo lubi basen i ewidentnie mu go brakuje, że: „Proszę, żeby ktoś pana asekurował do wejścia do basenu, a tam bez żabki – proszę bardzo”. Plecy, na brzuchu można pływać, tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia. Basen jest też rekomendowany dość wcześnie. Tak naprawdę przeciwwskazaniem są rany – nie wolno ich moczyć. Jak już się wszystko zagoi, zabliźni, to jest w 6 tygodni właśnie, tak plus-minus, czasami jest to wcześniej. Można chodzić na basen, można jeździć na rowerze. Co do biegania, to tutaj to jest taka moja rzecz, którą pacjentom mówię i która ich bardzo przekonuje, że trzeba mieć na czym biegać. Jak ktoś kiedykolwiek widział osobę po jakimś urazie, w stabilizatorze, niesprawności stawu, no to wie doskonale, że za chwileczkę masa i siła mięśniowa mięśni jest też w opłakanym stanie. Natomiast bieganie jest wymagające. Jeżeli nie możemy odciążyć stawu mięśniami, a powtarzam, robimy to w 70%, po to mamy tkankę miękką, to strasznie mocno obijamy staw, mówiąc tak też w cudzysłowie. Bardzo dużo wykorzystujemy siły kompresyjnej i takiej uderzającej w chrząstkę stawową, bo mięśnie nie mogą pomóc, bo są w opłakanym stanie. Więc jeżeli chodzi o mięśnie, to uważam, że po takiej kompleksowej rehabilitacji, gdzie widzimy sami, że udo wróciło wizualnie, ale też oczywiście siłowo i wtedy możemy powoli zacząć trucht. Tak jak się powinno zaczynać biegać – nikt jak sobie dzisiaj postanowi, że będzie biegał, to jutro nie biegnie jakiejś nie wiadomo jakiej części, tylko są takie książki na ten temat, ja na przykład taką sobie przeczytałam, bo biegam od jakiegoś czasu, że trening marszowo-biegowy – tyle biegnę, tyle maszeruję. Czyli dostosowujemy kondycję, układ krążenia do pewnego wysiłku i też mięśnie przygotowujemy, wtedy nie ma takich zakwasów, nie ma tych reperkusji złego treningu. Oczywiście ważna jest rozgrzewka, oczywiście ważny jest stretching po uprawianych sportach generalnie, bieganiu również oczywiście.

Na ten rower niestacjonarny, ja pamiętam, czekałem 100 dni, bo rower był dla mnie bardzo ważny i to jest taka mniej więcej liczba dni, którą trzeba odczekać?

To co powiedziałam – ten kwartał, tak? Dajmy się wygoić, żeby pojawił się lepszy zakres ruchu, żeby pojawiła się pewna swoboda w kolanie. Trudno jest mi powiedzieć dzisiaj, bardzo uciekam od tych ilości dni – 20, 15, 100, bo kiedyś bardzo tym operowałam i dzisiaj nie to że się tego wstydzę, bo to za duże słowo, ale to było błędne. Dzisiaj jak pacjentowi rekomenduję siłownię, coś mu podpowiem, ale przede wszystkim mówię: „Proszę siebie słuchać. Bo może być taka sytuacja, że nie włączy pan w ogóle obciążenia na pierwszych siłowniach, bo będzie na tyle duże obciążenie platformy, którą pan musi podnosić do góry czy całego tego mechanizmu, że on będzie wystarczający i nie ma się co wstydzić. Nie jest pan sportowcem, jest to rehabilitacja, czyli wraca pan po urazie, po jakimś problemie”.

Czyli zalecamy ostrożność i rozwagę, żeby nie zrobić sobie krzywdy samemu i minimalizować to ryzyko. Rozumiem, że gry zespołowe – to odstawiamy zdecydowanie na bardziej odległy termin?

Tak, dokładnie. Dlatego, że tam się zdarzyć może sytuacja kontaktowa i generalnie rzecz biorąc, w afekcie właśnie gier zespołowych, adrenaliny, która się pojawia, itd. dzieją się różne rzeczy.

A jak często miewasz pacjentów, którzy zbyt wcześnie zaczynają uprawiać sport i zrywają to samo więzadło?

Rzadko.

Widocznie bardzo świadomie im tłumaczysz czego nie należy robić.

Myślę, że tłumaczę, może czasami nazywam słowa po imieniu, może nawet delikatnie straszę, rzadko. Mało tego, bardzo często ta poczta pantoflowa czy ta właśnie rekomendacja mojej osoby jest związana z tym, że ktoś jest bardzo zadowolony, że właśnie wrócił do sportu, wrócił do takiego normalnego życia, zapomniał o urazie i o tym, że miał problem z kolanem. Więc jest to bardzo miłe, nie ukrywam. I taka ta niewymierna część i satysfakcja mojej pracy, że ta robota, którą razem wykonaliśmy, powtarzam: razem wykonaliśmy, może ja byłam pewnego rodzaju architektem, zarządcą, daje takie efekty, że ktoś mnie rekomenduje. I tam, ze względu na to, że ta osoba ci powie kiedy to, kiedy tamto, będzie starała się ci to wszystko wytłumaczyć. Oczywiście ja nie mogę wykluczyć kolejnego urazu, to jest niemożliwe. Ktoś, kto może mieć zły dzień, totalnie być nierozgrzanym, tysiąc czynników, które powodują, że znowu się coś dzieje – patrz Milik. Przez jakiś czas słyszałam ciągle o Miliku: „Jaki on już jest sprawny, co on nie wyczynia”. I żeby była jasność, ja się nie cieszę, że się zdarzył mu kolejny uraz, ale jak widać, jednak coś zaszwankowało. Nie był jednak tak gotowy jak może wszyscy myśleli, bo przecież zdarzył mu się uraz auto, tak? Nikt mu nic nie zrobił. On miał w czasie treningu ten kolejny uraz, w czasie jakiegoś tam biegania. Więc moja rekomendacja jest taka, że rehabilitacja to szkoła cierpliwości, to proces. Mi też jest czasami ciężko sama z sobą, może już teraz jestem bardziej doświadczona i radzę sobie lepiej z tym, że też bym chciała, żeby było szybciej, żeby pacjent był bardziej jeszcze zadowolony, bardziej „wdzięczny” że już może. Ale to się czasami mści. Także czasami lepiej spieszyć się powoli.

To co mnie przekonało w rehabilitacji i w tym rzeczywiście nauczyło cierpliwości, to na pewno to, że po pierwsze ta operacja jest kosztowna, nie warto jej ponawiać za chwilę, po drugie to jest prawie rok rozbratu z narciarstwem, więc to wyjście na narty jeśli opóźnię o tydzień czy dwa, to nie ma takiego znaczenia w skali całego życia i tego, że kolejne sezony przed nami i po prostu nie warto. Nic to nie zmieni tak naprawdę, patrząc w szerszej perspektywie. A jeszcze pytanie takie, które często się pojawiało pod moim artykułem od ludzi, którzy przechodzili operację, dotyczy rozciągania więzadła. Czy łatwo jest rozciągnąć więzadło podczas jakiegoś niekontrolowanego ruchu? Możesz ten temat jakoś wytłumaczyć?

Ja myślę, że jakby nie zdarza się to praktycznie często. Jest to pewna obawa pacjentów, bo też ta rehabilitacja sprzed 10, 12 lat, która nie do końca miała świadomość, nie była jakaś tam usystematyzowana, ale jakby nic nie robi się na siłę. I to jest bardzo ważna informacja. Czyli nie zginamy na siłę, że pacjent nie może zgiąć do pośladka, a fizjoterapeuta się upiera, że trzeba zgiąć do pośladka i robi to na siłę. Wszystko co się robi z pacjentem, robi się miękko, że on sam dochodzi do zakresu, nie ma żadnej w tym siły takiej zewnętrznej. Bo zawsze jak się przyłoży siłę zewnętrzną, to można coś zepsuć. Więc jak rozmawiam z moimi koleżankami na kursach, kolegami fizjoterapeutami, którzy pracują miękko, to jakby nie pojawia się taka sytuacja, że to można rozciągnąć. Pacjent też tego nie rozciągnie, bo pacjent ma mechanizmy obronne. Generalnie pacjent sam sobie nie zrobi nic złego.

Czyli przypadkowo raczej nie mamy szans uszkodzić tego więzadła. Tego się nie powinniśmy obawiać.

Nie. Nie powinniśmy się tego obawiać, dlatego że tak jak mówię: jak pacjent sam dochodzi do zdrowia, robi coś w takich zakresach, w których się czuje komfortowo, więc nie będzie sobie robił jakichś rzeczy, które są prowokujące. Przynajmniej mi się tak nie zdarza z pacjentami. Bardziej są ostrożni, i to jest dobre, niż tacy że tam będą robić jakieś skakania, podskakiwania, tańczenia o nie wiadomo jak wczesnej porze od zabiegu.

A czy warto coś robić oprócz takiej rehabilitacji stricte fizycznej? Czy korzystne są jakieś dodatkowe zabiegi, masaże, oklejanie taśmami, coś takiego?

To co mówiłam: technik jest bardzo dużo, narzędzi jest bardzo dużo fizjoterapeutycznych i uważam, że zawsze warto je mądrze wykorzystywać. Tutaj znowu wracamy do tej indywidualnej terapii. Jeżeli ktoś potrzebuje oplastrowywania, bo jest już w niezłej formie i na przykład teraz będzie miał coś wysiłkowego, nawet nie sportowego, tylko coś się dzieje, gdzieś jedzie, jakaś podróż, coś co jest bardzo ważne, a na przykład jest tam problem, że rzepka lekko ucieka do boku, to można ją zabezpieczyć tym tapem. To jest znowu: rzeczywiście coś tam się dzieje też na obwodzie, ale coś tam się dzieje w głowie też. Pacjent się czuje pewniejszy, więc jakby jest mniejsze prawdopodobieństwo, że będzie… Bo im bardziej się boimy, tym więcej sobie robimy złych rzeczy. Tak to już jest. Więc jak bardziej się czuje pewnie, to mniej jest jakichś konsekwencji z tym związanych. Warto takie rzeczy robić. Nie chce mi się tutaj rozgadywać bardzo szeroko, natomiast ja uważam, że przy powrocie do zdrowia po urazach też bardzo ważna jest dieta. I to jest temat rzeka, bo z każdej strony jesteśmy bombardowani tym, że to co jemy, to tacy jesteśmy. No i tutaj można się odnosić do osób, które się zajmują dietami, takimi mądrymi dietami: różnorodnością. Nie to że jakaś monodieta bez tego, bez tego, bez tamtego. Tylko na przykład coś, co wiadomo, jakoś zamula nas bardziej, odbiera nam energię, co jest udowodnione naukowo, to może w tym momencie wyłączyć. Mówię o słodyczach, alkoholu. Coś, co wiadomo, nie sprzyja jakoś zdrowiu. To jest taka oczywista oczywistość. No ale czasami siedzimy na tej kanapie, noga zoperowana i „Ptasie mleczko” czy tam jakieś słodycze w ilości XXL. No to trzeba mieć tą świadomość, że to nie pomaga. Nie pomaga w procesie gojenia tkanki. Nawadnianie się – prosta rzecz. Mówię o wodzie, o herbacie, o płynach, większej ilości. Suplementowanie się typu witamina C w naturalny sposób. i to może być oczywiście wyciśnięta cytryna, sok z czarnej porzeczki, itd. To jest bardzo ważna rzecz i temat rzeka. Ja dość mocno od wielu lat interesuję się dietą i niektórzy uważają, że już przesadzam nawet z takim zdrowym trybem życia, ale ja zawsze mówię, że ja już jestem po tej drugiej stronie i ja wiem, że to mi dodaje energii, że to mnie wzmacnia, że ja nie choruję, nie mam problemów wszelkiej maści, że tak to nazwę, uprawiając sport, itd. Jestem przekonana, że to jest z tego jak się odżywiam. Taka higiena życia po prostu.

No tak, szczególnie w momencie kiedy organizm jest bardziej obciążony, musi się zregenerować po takim ciężkim urazie.

Trudno mi też o tym nie wspominać, jak tutaj już rozmawiamy, dlatego że ja jak z pacjentem spędzam czas, to to jest długi czas. To nie jest wizyta lekarska, która trwa 10 minut, 15 – sprawdzenie jakichś testów, obejrzenie badań diagnostycznych i do widzenia. Tylko to są rozmowy, to są pytania indywidualne, to jest możliwość sprzedania takiej dobrej wiedzy. Ja mam taką chęć, że jeżeli coś wiem, jeżeli coś sprawdziłam, to dlaczego się tym nie podzielić? Uczulić pacjenta, że właśnie się teraz goi, dobrze by było, żeby organizm miał pomoc, najlepiej jak najbardziej naturalną. Najczęściej są to proste rozwiązania, no ale pacjent nie wie jakie, więc ja mu takie rzeczy również tłumaczę w trakcie rehabilitacji. Także to też ma „gratis”.

Super. A wróćmy na chwilę jeszcze na siłownię. Idziemy poćwiczyć i ćwiczymy z dużym naciskiem na tę jedną nogę, która miała kontuzję, czy równomiernie?

Zawsze ćwiczymy symetrycznie. Zawsze. Mało tego, oczywiście trening powinien być poprzedzony rozgrzewką – rowerek stacjonarny, orbitrek – taką formą ruchu, która spowoduje, że jest nam ciepło, że mamy już organizm rozgrzany. Później ćwiczymy symetrycznie, dlatego że jesteśmy jednym organizmem, nie możemy się tak asymetrycznie zachowywać, bo to nie służy niczemu dobremu. Jak wprowadzam beret czy wszystkie ćwiczenia na stabilizację, również ćwiczą pacjenci symetrycznie.

Właśnie, mój ulubiony temat. Dużo podczas takiej rehabilitacji wykonuje się ćwiczeń na niestabilnym podłożu?

Bardzo dużo. Bardzo szybko – piąty, szósty tydzień i już jest kontakt z niestabilnością. A tak naprawdę wcześniej, bo ja w tych ćwiczeniach w odciążeniu daję już piłkę pod stopę, gdzie już też trzeba się ratować – piłka jest okrągła, zmierza w różnych kierunkach. Noga ma prowadzić piłkę w jakiejś tam jednej linii czy też właśnie już walczyć z pewną… Nazwijmy to: uczyć się już czucia głębokiego. Uważam, że czucie głębokie tak naprawdę powinno być taką fazą treningu i rozgrzewki przed każdym wysiłkiem fizycznym, który tego wymaga, gdzie są zwroty, zatrzymania, czyli wszystkie sporty halowe, narciarstwo. I ja, żeby nie być gołosłowną, jak wyjeżdżam na narty z moją rodziną, to każdy rano musi stanąć na berecie. Jedną, drugą nogą, zrobić przysiad, dwa, trzy. Po prostu skomunikować, że za chwilę takie warunki mogą się jak najbardziej zdarzyć, będziemy nawet je prowokować, czyli nie wiadomo co przed nami. Więc jakby czucie głębokie – ogromna część terapii związanych z urazem stawowym i z połączeniem tego. No coś jest przeszczepione, coś jest mechanicznie zrobione. Ok, działa, natomiast to się nie kontaktuje, nie jest funkcjonalne, więc tego musi nauczyć fizjoterapeuta. To jest bardzo ważna część fizjoterapii.

Super. Zrobiło nam się świetne nawiązanie do trzeciego odcinka „Stacji Narciarskiej”, gdzie rozmawialiśmy z Michałem Ficoniem o rozgrzewce przed nartami i tutaj, zobaczcie, Łucja mówi to samo. A na chwilę wróćmy do twojej kontuzji, bo też przeszłaś kiedyś operację rekonstrukcji więzadła krzyżowego. Czy dzisiaj odczuwasz skutki tego zerwania?

Skłamałabym jakbym powiedziała, że nie, natomiast to są takie skutki związane raczej z problemem chrzęstno-kostnym niż niestabilnością, absolutnie. Aktualnie nie mam żadnej niestabilności. Natomiast zgadza się, że ze względu na tam jakieś szczegóły mojej operacji, dość sporego usunięcia łękotki, itd., nie mam takiej dobrej może amortyzacji, przez to wszystkie takie sporty, nazwałabym to, skaczące: aerobiki, inne rzeczy mogą spowodować, że tak trochę czuję kolano. To nie jest duży ból, ale jest takie uczucie. I zmiany chrzęstno-kostne, które mam, bo doskonale wiem, powodują, że też to kolano jest słyszalne, czyli słychać tą chrząstkę. To nie jest bolesne, absolutnie, natomiast jak kucnę spontanicznie, to czasami jest nawet dość wyraźny, słyszalny taki dźwięk z mojego kolana. Ja cały czas staram się o siebie dbać. To nie jest tak, że zrobiłam to już kiedyś i teraz jest to już załatwione. Nie. To co powiedziałam: wracając do sportów, które chciałam, amatorskich, bo ja żadnych sportów wyczynowych nie uprawiałam, nie uprawiam i nie będę uprawiać. Jeżeli chodzi o to na co mam ochotę, czyli to jest właśnie narciarstwo, jakiś windsurfing czy kitesurfing czy chociażby bieganie, gdzie też nad tą technika biegania sobie pracowałam, żeby jak najmniej kompresować kolano, itd., to cały czas inwestuję w czucie głębokie, też chodzę na siłownię, chodzę na jogę – różne rzeczy robię też dla siebie. Więc nie jestem taka gołosłowna w tym, że to tak trzeba dbać. Bo generalnie nigdy nie możesz powiedzieć, że nie będziesz miał kontuzji, bo to jest absolutnie niemożliwe, natomiast możesz bardzo, bardzo dużo zrobić, żeby ją zminimalizować. I tutaj właśnie to wszystko o czym mówię, czyli jakiś dobry stretching, jakaś rozgrzewka zawsze przed wysiłkiem, pobudzanie czucia głębokiego, rolowanie. Ja również sama często korzystam z terapii powięziowej, bo pracuję fizycznie, przeciążam swój organizm ze względu na charakter pracy, która czasami jest bardzo ciężka, wprost proporcjonalna do przypadku – im on cięższy, tym ja ciężej muszę różne rzeczy zrobić. Więc też jestem człowiekiem, mam swoje problemy, przeciążam się, ale staram się je zdusić w zarodku. Czyli jak już widzę, że mam problem, tutaj mam tą wyższość, że mogę go zdiagnozować, korzystam z jakiejś pomocy i jakby wracam na tory pracy.

Ale mimo tego dbania o siebie i minimalizowania ryzyka zdarza się, że niestety dochodzi do ponownej kontuzji tego samego kolana. Tu pozdrowienia dla Kasi Gaczorek, jeśli nas słucha, trzeci raz moja koleżanka zerwała to samo więzadło krzyżowe. Czy to jest już jakieś niebezpieczeństwo jeśli cały czas to więzadło się zrywa? To jest coś może nienormalnego, a może po prostu zwykły przypadek?

Jest to na pewno jakiś wyjątek. Nawet jak patrzę na moją pracę, z wieloma pacjentami mam jakiś taki kontakt związany z tym, że nawet już absolutnie do mnie nie przychodzą wiele lat, ale ktoś z rodziny przyjdzie albo znajomy i wtedy ja się zapytam: „A co słychać u pana X?” – „Dobrze, dobrze, wszystko dobrze”. No to wiem, że jakby tam funkcjonuje. Ale zdarzają się takie przypadki, że nie wiem czy przeciążenia są takie czy jednak mimo wszystko gdzieś błąd popełniony w rehabilitacji, w powrocie do formy. Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, ale takie rzeczy się zdarzają. Hermann Maier, który był światowej sławy sportowcem i miał, kiedyś czytałam, jakąś niewyobrażalną ilość operacji kolan i wracał i znowu był pierwszy – taki fenomen też. Ja też mam takie zdanie, że sport wyczynowy jest niezdrowy, bo pokonuje się jakieś takie nieludzkie, nazwijmy to, poprzeczki i cały czas ta poprzeczka jest jeszcze wyżej, jeszcze wyżej, więc obciążenia są ogromne, wymagania są ogromne. Podporządkowuje się całe życie jakimś siermiężnym treningom, czyli bardzo mocno eksploatuje się organizm w takiej oczywiście sile wieku, bo nikt nie jest sportowcem w wieku 60 lat, tylko w młodym wieku, mówiąc tak ogólnie, a niestety starość już jest bardzo różna. I to co powiedziałam: nie mam może do czynienia z takimi sportowcami, ale czasami zdarzały mi się osoby w takim wieku średnim, 50 plus, 60 plus, które żyły ze sportu. Miałam panią, która uprawiała szermierkę i była mistrzynią Polski w jakichś tam latach i dzisiaj ją znam w wieku 60 lat. Słabo to wygląda. Zarówno od strony tej klinicznej, rezonansów, co tam pokazują w tych stawach i w ogóle, skończywszy na tym na co ja działam, czyli na tkankę miękką, na obsługę tych wszystkich rzeczy, na przeciążenia jakie tam są, myślę, latami zrobione. Ale oczywiście ja nigdy nie dyskutuję z pewnym stylem życia, z pasjami, z tym jak ktoś sobie drogę wybiera, bo to jest indywidualna kwestia. To nie ulega żadnej dyskusji, żadnej ocenie. Jeżeli ktoś chce być baletnicą, bo to jest marzenie i jakaś wewnętrzna siła, która do tego pcha, to mimo tego, że uważam, że to jest bardzo wszystko niezdrowe co się robi w szkołach baletowych pod względem treningów, itd., no to ja nie dyskutuję z taką osobą. Tylko jak ona przyjdzie do mnie z kontuzją, to mogę swoje zdanie powiedzieć, starać się pomóc aktualnie. Ale podejrzewam, że czynnik, który zaraz wejdzie, nie będzie służył. I to samo może być u twojej koleżanki, że coś jednak jej nie służy, a ona dalej w to brnie. Organizm już tutaj bardzo jednoznacznie na pewne rzeczy odpowiada. To jest jakaś może moja subiektywna, czasami bardzo raniąca osobę, taka informacja, no ale taka jest. Ktoś musi coś z tym zrobić, zastanowić się czy dalej idziemy w tą stronę czy może coś zmienić, tak? Bo czasami nam się wydaje, że to jest koniec świata, a to jest tylko w naszej głowie.

Tak, ja też miałem takie przeświadczenie, że to już koniec świata, perspektywa roku bez sportu właściwie. A jednak teraz po latach, patrząc z perspektywy czasu, widzę, że wcale nie było tak źle. I może to jest też przesłanie dla naszych słuchaczy, którzy właśnie przymierzają się do operacji i czeka ich taka ciężka rehabilitacja, że jednak za kilka lat stwierdzicie, że to nie było takie najgorsze co was w życiu spotka, bo pewnie będą gorsze rzeczy. A można ten czas wykorzystać w inny sposób, można rozwinąć swoje inne zainteresowania. Pewnie gdyby nie ta kontuzja to nie rozmawialibyśmy dzisiaj, bo ja z kolei rozwinąłem się w kierunku redaktorskim, dziennikarskim i też są tego jakieś plusy, patrząc z perspektywy lat. Może jakieś twoje jeszcze dwa słowa do tych osób, które właśnie przymierzają się do rehabilitacji i wydaje im się, że naprawdę jest fatalnie. Co mogłabyś powiedzieć naszym słuchaczom?

Jest takie chińskie piękne powiedzenie: „Skąd wiesz, że to źle?” Nawet jeżeli dzieje się w naszym życiu coś złego, co powoduje chwilową taką naszą tragedię, że mamy bardzo niekomfortową sytuację ze względu na to, że właśnie musimy się poddać operacji. No wiadomo, zdrowie w życiu jest rzeczywiście najważniejsze i zgadzam się z tym, że jeżeli ono szwankuje, to mało co nas cieszy. Inaczej: nie potrafimy się czymś innym cieszyć, no bo mamy swój własny, bardzo dotkliwy, naprawdę nas dotyczący problem. Ale to co ty mówisz chociażby, że skąd wiesz, że to źle? Że kontuzja czasami może otworzyć drzwi do zupełnie czegoś nowego, do jakiegoś innego sportu. Ja mam dużo pacjentów, którzy potrafili bardzo łagodnie pogodzić się z tym, że… Zwłaszcza jeśli uraz był w jakimś wieku średnim, też więzadła krzyżowego przedniego, poddali się operacji. Dobry był wynik pod względem klinicznym, dobry był wynik jeżeli chodzi o ich formę, ale mówią: „Wie pani co, pani Łucjo? Ja już nie będę grał w tenisa, bo ja jednak uważam, że to jest taki sport może… Ale teraz bardzo się zainteresowałem tym i tym i w ogóle fajnie…” Nie wiem, to jest milion różnych propozycji. Czasami to co jest w nasze głowie… Myślę, że to jest bardzo trudne z czymś się pożegnać, co bardzo kochaliśmy, tak? Ale czasami są takie sytuacje, że w jakimś stopniu powinniśmy się sfokusować teraz na coś innego, co może być równie ciekawe. I to zarówno może być jakaś inna fizyczna dyscyplina, jak również w ogóle jakiś inny kierunek w życiu, że odkryjemy w sobie to czy tamto, napisanie bloga spowoduje, że to i tamto. No to co powiedziałam: zwrotów w życiu jest dużo, czasami może nim być operacja. Ale rehabilitacji to w ogóle nie trzeba się bać, trzeba się jej poddać. Myślę, że ona stawia na nogi pod każdym względem.

Aczkolwiek nie należy też się bać tego, że już nie wrócimy na przykład do narciarstwa, bo jednak większość osób wraca i zdecydowanie z powodzeniem.

Zdecydowanie.

Łucja, to na zakończenie pytanie do wszystkich gości „Stacji Narciarskiej”: na chwilę zostawiasz swoich pacjentów i wyjeżdżasz na tydzień w jakieś swoje ulubione narciarskie miejsce. Gdzie byś pojechała?

To jest w ogóle jakieś moje marzenie, dlatego że ja ostatnie lata siedzę trochę tak ucząc dzieci, bardziej się fokusuję na to, żeby z nimi pojeździć, ze starszym synem. Młodszy stawia pierwsze kroki na nartach jeszcze pod okiem instruktora. W tym roku jestem jeszcze przed nartami, więc za dwa tygodnie wyjeżdżam na narty, więc może już go wezmę gdzieś wyżej. Aczkolwiek chciałabym pojechać do Włoch, gdzie jest często słońce, gdzieś w okolice Sella Rondy, bo dobrze mi się na niej bardzo jeździło. Bardzo miło wspominam, nie widziałam jej dobrych kilka lat. Także myślę, że ta strona włoska najbardziej mi się, z tego co widziałam, podobała.

Dobrze, to Łucję umieszczamy na Sella Rondzie. Bardzo dziękuję za rozmowę, mam nadzieję, że nasi słuchacze pozytywnie podejdą do rehabilitacji, a jeśli już ją przechodzili, to przypomną sobie ten czas i skonfrontują to trochę z tym o czym opowiadałaś. Wielkie dzięki.

O Autorze

Fotograf, autor artykułów, redaktor Magazynu NTN Snow & More, właściciel strony skifoto.pl. Ścigał się na nartach w AZS Wintercup, Akademickich Mistrzostwach Polski, FIS Carving Cup oraz zawodach FIS. Jego największym sukcesem sportowym jest zdobycie srebrnego medalu Akademickich Mistrzostw Polski FIS w slalomie w 2008 r.

Podobne posty