Wybrać sprzęt wcale nie jest sprawą prostą. Można do zagadnienia podejść w sposób różnoraki. Na przykład radząc się znajomych. Ci przynajmniej nie są anonimowi w odróżnieniu od „doradców” internetowych. Tak czy inaczej, jedni i drudzy polecą to, co znają lub mają, czyli niewiele. A rynek jest potężny. Mnogość grup, modeli, wersji przyprawia o zawrót głowy. Jest jednak kilka podstawowych spraw, o których trzeba pamiętać. Oto one.

Buty narciarskie są wielkie, sztywne, nieporęczne i wcale nie wyglądają na wygodne. Niektórzy twierdzą, że są najważniejszą częścią narciarskiego ekwipunku. Krąży o nich mnóstwo historyjek i mitów, które niekoniecznie mają wiele wspólnego z prawdą, gdyż współczesne „narciarki” różnią się bardzo nawet od tych sprzed kilkunastu lat. Jeśli będziemy postępować logicznie i racjonalnie, ich odpowiedni wybór wcale nie musi być strasznie meczący. Jedno trzeba wiedzieć – dobranie optymalnej pary butów to proces czasochłonny. Warto jednak zainwestować sporo czasu i mieć stuprocentową pewność.

Wszystkie buty narciarskie mają oznaczenie sztywności, które nazywa się flex. Im większa wartość fleksu, tym sztywniejsze są buty. Jednocześnie stają się one również bardziej precyzyjne i mniej komfortowe. Trzeba więc pójść na pewien kompromis.

Pierwszy krok to szczera ocena własnych umiejętności. Narciarz początkujący (o normalnej budowie ciała) powinien wybrać buty o fleksie 60–80, zaawansowany potrzebuje już 80–100, a ekspert 110–130. Zawodnicy (nawet amatorzy) zwykle wiedzą, jak dobrać buty, ale dla ilustracji podaję, że jeżdżą w „narciarkach” o fleksie z zakresu 130–160. Panie powinny obniżyć podane wartości o 10–15%. Oczywiście osoby bardzo wysokie (większa długość piszczeli) lub ciężkie potrzebują nieco sztywniejszych butów niż niskie lub lekkie.

Drugi etap to wybór właściwego rozmiaru. W każdym sklepie sportowym znajdziecie miarkę ze skalą, która pozwoli na precyzyjne zmierzenie długości stopy ubranej w bardzo cienką, narciarską skarpetkę (czasy, kiedy na narty ubierało się dwie pary skarpet z owczej wełny, minęły bezpowrotnie wraz z odejściem obuwia skórzanego). Zasadą jest, że buty narciarskie nie powinny być większe od naszych normalnych „szosowych” używanych codziennie.

Etap trzeci to mierzenie przynajmniej kilku par „narciarek” z tego samego segmentu (flex!), ale różnych producentów. Każda firma używa innej, tak zwanej stopy standardowej, a w związku z tym inne są szerokości skorup, wysokość podbicia, obwód cholewki na wysokości łydki itp. Po włożeniu stóp do butów natychmiast stwierdzimy, że są one za małe. Stop! Przed zapięciem klamer, które dopchną piętę na miejsce, nie ma mowy o sprawdzeniu, czy „narciarki” pasują do naszej stopy. Klamry zapinamy od góry – wtedy mamy pewność, że pięta trafi na swoje miejsce. Niestety buty ciągle będą wydawały się za małe. To nic. Trzeba poczekać 15–20 minut, aż termoformowalna wkładka pod wpływem ciepła naszych stóp dopasuje się do ich kształtu. Dopiero teraz – po kolejnym wyregulowaniu klamer – można stwierdzić, czy wybraliśmy dobry rozmiar. Jeśli gdzieś gniotą, to trzeba spróbować przymierzyć model innego producenta w tym samym rozmiarze, a dopiero na końcu – jeśli i to zawiedzie – sięgnąć po większe. Niestety, większość narciarzy jeździ w za dużych butach, gdyż po prostu nie chce im się poświęcić wystarczająco dużo czasu na dokładne dopasowanie. Efektem tego jest brak kontroli w trudnych sytuacjach oraz kłopoty z krążeniem (za duże buty trzeba mocno zapinać) i marznięcie stóp.

Większość „narciarek” ma kilka istotnych regulacji: kąt pochylenia do przodu oraz tak zwany canting, czyli możliwość pochylenia cholewki na boki w celu dopasowania butów do indywidualnego kształtu naszych nóg. O ile z pierwszą regulacją warto eksperymentować we własnym zakresie, o tyle ustawienie drugiej należy raczej powierzyć fachowcom z serwisu.

Narciarzom, którzy permanentnie narzekają na ból stóp, polecam wykonanie wkładek na zamówienie, gdyż kiedy stoimy na całej ich powierzchni, a nie tylko na trzech punktach, zwykle jest nam wygodniej. Takie wkładki – o ile są dobrej jakości – kosztują całkiem sporo (ok. 400 złotych) wraz z usługą wygrzania ich na gorąco w specjalnej maszynie, ale potrafią służyć (i odwdzięczać się) nawet przez 10 kolejnych lat, o ile nie zapomnimy przekładać ich do kolejnych nowych butów.

Wiele firm daje możliwość termicznego formowania botków, czyli wkładów wewnętrznych. Tę czynność wykonuje się, rozgrzewając wkłady w specjalnych piecykach.

O Autorze

Tomek Kurdziel

Redaktor naczelny, założyciel i pomysłodawca Magazynu NTN. W dzieciństwie otarł się o WKN, przez wiele lat był członkiem AKN. Po roku 1981 przez 18 lat przebywał w Norwegii i Szwajcarii. Założył i przez wiele lat prezesował UIK Alpin na Uniwersytecie w Oslo. W latach 1985-1989 startował w zawodach FIS. Na początku lat 90. startował w zawodach snowboardowych (konkurencje alpejskie). Od 1997 roku pasjonat i promotor carvingu w Europie. Członek komitetu organizacyjnego FIS Carving Cup. W chwilach wolnych komentator Eurosportu. Obecnie entuzjasta freeride'u, motocyklowego enduro i windsurfingu.

Podobne Posty

  • arek

    Może ktoś z czytelnikow mi podpowie w którym sklepie w Krakowie jest dobry wybór butów narciarskich.
    Interesują mnie modele o wyższej twardosci.
    Nie jestem z Krakowa i nie chcę zwiedzac miasta.
    Z góry dziękuję za wskazówki.

    • martinTDM

      Pewnie już jesteś po zakupie, ale gdybyś nadal szukał, to polecam windsport na Zakopiance – duży wybór, fachowa obsługa (choć ja akurat trafiłem na średnio zaangażowanego pracownika – być może nie powinienem był iść tam w sobotę :P )