tre cime

Ale się wkurzam. Siedzę w domu (czasem wychodząc do pracy, oczywista i z kotem na spacer) zamiast być teraz na nartach. „My tu gadu, gadu, a tempora fugit”, jak mawiał przed laty mój profesor usiłujący nauczyć mnie łaciny. Jak się domyślacie, z marnym skutkiem. Czas ucieka bez litości. Ciągle zapominam jednak, że studenckie lata beztroski minęły bezpowrotnie. A teraz… szkoła, praca, rodzina, drużyna. Ciężko się wyrwać na prognozę. Szlag mnie trafia, bo co i rusz docierają do mnie sygnały z gór. Szczególnie te z Maso Corto. Tam bowiem odbyła się kolejna Klinika Sportowa NTN. To mój ukochany wyjazd narciarski, który od kilku lat traktowałem na zasadzie „must be”. Mieliśmy wspólny z Moją Ukochaną Majówką powód pt. wakacje – wysypiamy się porzuciwszy dzieci do dziadków.

Po drugie zawsze traktowałem (i wciąż traktuję!) Klinikę jako wzór tego typu eskapady pod względem towarzyskim. Zresztą na kanwie mojej pierwszej Kliniki zostałem później pracownikiem Magazynu NTN Snow & More. Nade wszystko jednak, szkolenie prowadzone na świetnym poziomie stanowiło dla mnie idealne wprowadzenie w sezon. Nigdy nie napinałem się na jakieś poważne ściganie (ten moment w swoim życiu przespałem uprawiając zgoła inne sporty, narciarstwo zaś poważałem jako świetną rozrywkę, zabawę, ryzyko, adrenalinę). Potem dopadły mnie ścigania „branżowe” na tyczkach na mistrzostwach Polski dziennikarzy itp. Tydzień pod okiem „Chomika” czy Marty Berezik ustawiał mnie na nartach na cały sezon. Zupełnie inna świadomość pozycji narciarskiej, pewniejsze stanie na nartach. Nie chodzi mi o wygrywanie czegokolwiek, ale właśnie o pewność jazdy. Ponoć pierwszy turnus w Val Senales był genialny, świetna pogoda, wspaniałe warunki narciarskie… W tym roku raz pierwszy Klinika zawitała też na Stubai. To jedna z moich ulubionych dolin w Tyrolu. Tam właśnie trenują teraz narciarze-amatorzy pod okiem instruktorów Niezależnego Testu Narciarskiego. Chciałbym tam teraz być.

**********************

W cieniu Pucharu Świata odbywa się rywalizacja na poziomie bardziej adekwatnym do pułapu polskiego narciarstwa, czyli w Pucharze Europy. Alpejski Puchar Świata wciąż okazuje się zbyt wysokimi progami dla Polaków. Pojedynczo i bardzo rzadko zdobywane punkty nie legitymizowały naszych zawodników do poważnego traktowania. Nie lubię pisać takich rzeczy. Rzadko jednak suchy wynik/miejsce/czas opowiadają pełną historię danego występu. Bo kto się domyśli patrząc na tabelę z wynikami, że kogoś dopadły roztocza i olimpijska szansa medalowa prysła jak bańka mydlana, albo że ktoś w ostatniej chwili podmienił zawodnikowi odpowiednio przygotowane na dane warunki narty, albo ktoś przesiedział moment startu w knajpie na stoku oglądając z odtworzenia rywalizację „na żywo”? Jak każdy zapewne w tym gronie, marzę by cieszyć się sukcesami Polaków, jak dajmy na to kibice skoków narciarskich czy biegów. Uważam, że nam – wielbicielom racingu – należy się to w końcu jak psu buda, po tylu latach posuchy. Przecież w czasach kiedy nasi rodacy odnosili znaczące sukcesy, mało kto w naszym kraju miał kolorowy telewizor. Imaginujecie to sobie? Skakał Fortuna (kto miał wtedy telewizor w ogóle!), potem Fijas, w końcu Małysz, Stoch, Żyła i Kot. Biegał Łuszczek, a teraz Kowalczykówna. Był Bachleda-Curuś, potem Tlałkówny, a teraz: nikt. Oczywiście narciarzy klasowych mamy co niemiara, ale nie na skalę gwiazd światowego formatu. Niestety, jeszcze nie. Dlatego zacierałem z radością ręce kilka lat temu, kiedy Maryna Gąsienica Daniel dojeżdżała na piątym miejscu w gigancie juniorskich mistrzostw świata. Raził po oczach wątły promyk nadziei. Potem cieszyłem się z przyzwoitego jej przejazdu w Sölden podczas debiutu w APŚ. Można sarkać, że system nie pozwala Marynie czynić postępów w narciarstwie seniorskim do tego z czasów juniorskich. Tymczasem w norweskim Trysil Maryna zajęła czternaste miejsce w gigancie podczas Pucharu Europy (14,64 FIS-punktów). Wcześniej w FIS Race w Levi zajęła czwarte miejsce w slalomie i dziesiąte w gigancie! Tam w Levi startowali też bracia Jasiczkowie. Z nadzieją czekam na mocniejsze wejście w sezon Andrzeja Dziedzica. Z tej mąki musi być jeszcze chleb. Wiem, łudzę się. Ale co mi pozostaje?

PS
Dowiedziałem się również, że pogłoski o emeryturze sportowej Maćka Bydlińskiego były zdecydowanie przedwczesne! Startował bowiem w juniorskim cyklu w Norwegii (Geilo). Zajął 7. (SL) i 8. (GS) miejsca.

**********************

Kiedy mówi się o hali narciarskiej, co Wam przychodzi do głowy? Dubaj? Druskienniki, albo Holandia. Mało narciarskie rewiry, prawdaż? Ze względu na odwołanie zawodów męskiego Pucharu Świata w USA i Kanadzie sporo mówiło się na temat pogody i kompletnej zależności od niej naszej ukochanej dyscypliny. Być może już niedługo właśnie pogoda stanie się kwestią zupełnie drugorzędną, jeśli chodzi przynajmniej o slalomowe zawody. Otóż powstała koncepcja wybudowania hali, w której kryła by się trasa spełniające wymogi homologacyjne FIS właśnie pod slalomowy PŚ. Hala ma kosztować… ponad 63 milionów euro i ma powstać w Tignes. Nie każdemu pomysł ten się podoba, co w sumie nie dziwne. Rzekomo budowa kompleksu ma ruszyć w 2018 roku. Wewnątrz mają się znajdować restauracje, sklepy, a nawet basen z falą do surfowania! Ski Line, bo tak ma się nazywać ten ośrodek, ma powstać w rzeczonym Tignes na stoku slalomowym na Val Claret (na prawo od wyciągu Tichot). Przez wiele lat lodowiec w Tignes oferował możliwość jazdy przez okrągły rok. To baza treningu wysokościowego dla francuskich sportowców wszelkiej maści, to znaczy przedstawicieli wielu dyscyplin. Niestety zmiany klimatyczne uniemożliwiają już jazdę na nartach przez 365 dni w roku (ponoć lodowiec zmniejszył się o 30%), co zapewne bije po kieszeniach lokalnych kacyków. A po wybudowaniu „zadaszenia” możliwość taką się przywróci. Pstryk! Oczywiście „zieloni” popiskują i kopią dołki, bo przyroda ucierpi. Niektórzy łapią się argumentów o zachwianiu ciągu kulturowego. Cokolwiek to znaczy.

Smacznego niedźwiedziego mięsa w górach życzę.
Do zobaczenia w górach i usłyszenia na Legii oraz w Eurosporcie
.