Przerwa wymuszona w Pucharze Świata trwa w najlepsze. Dla jednych dłuższa (kolejne kontuzje!!!), dla innych krótsza. Ta krótsza choćby dla przedstawicieli konkurencji szybkościowych, którzy wracają z Ameryki Północnej do Europy, gdyż ani w Lake Louise ani w Beaver Creek śniegu nie uświadczysz. Niby coś tam sypią i dziewczyny mają się trochę pościgać, ale niepach pozostaje. Cóż, na pogodę znaczącego wpływu jeszcze nie mamy. Nie mam oczywiście na myśli tworzenia i przeganiania mgły. Kazik Staszewski wyśpiewał kiedyś wers, że kolejna zima, a śniegu nima. Szkoda, bo chyba już wszyscy chcielibyśmy wejść w ten weekendowy rytm transmisji.

Co robić czekając na śnieg? Czasem używam określenia „zaklinanie śniegu”. Na myśl mi wtedy przychodzi skojarzenie o tym, jak kiedyś wybraliśmy się na narty w miejsce dość nieoczywiste. Zielono wokół, ciepło. Śniegu nima. No i zaczęło się zaklinanie pogody. Po jakimś czasie (okazało się, że minęły trzy dni) komuś przyszło do głowy sprawdzić czy za oknem dzień panuje czy noc. Nasypało tyle, że drzwi się otworzyć nie dało. Kiedyś to były zimy. Nie takie tam popierdółki jak dziś. Nawet piosenka się zdezaktualizowała. W nosy bowiem może szczypie, ale że w uszy? Od powstania tego tekstu zdążono wymyślić już dawno czapki przecież. Znowu dość obszerna wolta, bo chciałem napisać o zgoła innej rozrywce uprawianej po nartach, czasem nawet przed. Zależy od trybu. Jako że bawię obecnie w Niemczech w delegacji połączonej z wywczasem, wybrałem się w hotelu do strefy fitnessu. Kiedyś odkryłem, że jestem kurortowym zwierzęciem. Uwielbiam odpoczywać, leżeć i pachnieć. Popływawszy, ponurkowawszy bezdechowo wzdłuż i wszerz postanowiłem wygrzać moje stare kości w saunie. Wtedy dopadła mnie inna taka okołonarciarska reminiscencja związana z byczeniem się. Jest takie miejsce na świecie, które sobie upodobałem. Byłem tak po dwakroć, a może i trzykroć, przy okazji pobytu w Ötztal. Nieopodal Sölden, trochę poniżej, prawie na samy wjeździe do doliny, znajduje się miejscowość Längenfeld. Tam wybudowano kompleks bomba basenów. Kto nie był, niech sobie wpisze koniecznie do kalendarza przypomnienie w charakterze Aqua Dome – #MustBE! Tam trzeba być bowiem stanowczo. Baseny wewnętrzne, zewnętrzne, gigantyczne wanno-spodki (bajecznie podświetlony po zmroku) z bąblami, solankami, z ciepłą, zimną wodą. Jest strefa saunowa, gdzie bezwstydnie się śmiga na golasa i jest to całkiem normalne. A i przekąsić się da i napić. Relaks co się zowie z widokiem na przepiękne pagóry. Po nartach jak znalazł. Przed nartami też.

Dobra, nie przynudzam, wracam do marzeń o jakimś fajnym wyjeździe narciarskim.

*Z premedytacją używam słowa niepach. Znam je z któregoś z dzieł Św. Augustyna.

O Autorze

Dziennikarz prasowy, radiowy, internetowy; komentator sportowy, spiker Legii Warszawa, a do tego narciarz-amator; żeglarz, ex-pięcioboista i wioślarz. Dziennikarstwo sportowe traktuje jako przedłużenie kariery zawodniczej. Organizator rajdów przygodowych. Lubi sobie pojeździć na rowerze i ogólnie się trochę zmęczyć. Autor prowadzi swój prywatny blog pod adresem zonaurbana.pl.

Podobne posty