Nie należę do psychofanów ani Lindsey Vonn, ani tym bardziej Michała Jasiczka, ale w ostatnich dniach dopadło mnie poczucie ogromnej ulgi.

Zacznę od Jasiczka, którego kojarzymy z tytułem międzynarodowego mistrza Iranu, aby dozować emocje. Z rzadka pojawia się możliwość obejrzenia przejazdu Michała, który startuje z odległymi numerami. Fakt, widziałem go i komentowałem kilka jego przejazdów (po jednym z komentarzy interweniowała w Eurosporcie kancelaria prawna wynajęta przez Daddy’ego). Obejrzałem również jego niedzielny przejazd z Levi i to chyba ze trzy razy (udostępniony w relacji z pierwszego slalomu mężczyzn tego sezonu). Z tego całego wrażenia udostępniłem ten przejazd na twitterze, bo to był przejazd naprawdę tłuściutki. Oczywiście nie zabrakło ekwilibrystycznych popisów, lecz tu usprawiedliwiam Michała i rozgrzeszam. Figury robią nawet najbardziej zaawansowani, startujący z niskimi numerami jadący po nieskazitelnym stoku i to jest wpisane w ten sport. Chodzi o to, by po takim incydencie się pozbierać, odzyskać rytm i dojechać do mety. To Michałowi się udało, a zważywszy, że startował z numerem 75 (!) i dojechał z 46. czasem ze stratą 2,38 sekundy do Hirschera, trzeba mu oddać, że powalczył jak należy i hańby nie ma. Warto tu jeszcze uzupełnić informację o różnicę jaka oddzieliła go od wymarzonej trzydziestki. Ostatnim, który zmieścił się w drugim przejeździe był Christian Hirschbuehl. Austriak stracił do Marcela 1,78. Oczywiście można w tym miejscu marudzić, że Levi Black to niezbyt wymagająca trasa, że prawie wszyscy dojeżdżają i że różnice są tak małe jak nigdzie indziej i że wyprzedził tylko jakichś ogórków egzotycznych (czyżby?). No to se marudźcie skoro taka w Was potrzeba. Mnie natomiast refleksja wczoraj naszła taka, że może jeszcze z tej mąki będzie chleb? Że może jednak Jasiczka obejrzymy w drugim przejeździe? Wiadomo, tonący brzytwy się chwyta. Po prostu: chciałoby się! Promyk nadziei? Do startów w Pucharze Świata szykuje się też Andrzej Dziedzic. Obaj idą nie do końca wytyczoną przez PZN drogą i to drogą nie na skróty. Tym bardziej ściskam kciuki, bo w końcu coś musi się pozytywnego zdarzyć. Przecież gorzej już być może.

**********

A teraz piękna Lindsey Vonn (de domo Kildow). Dopadł ją pech przeokrutny i złamała kość ramienną paskudnie, bo spiralnie. Co ma wisieć jednak, nie utonie. Kiedy mnie się zdarzały wypadki najróżniejsze, a wierzcie mi – jestem mężczyzną po przejściach ortopedycznych, zawsze sobie myślałem, że po to łamię sobie kręgosłup, wyrywam bark ze stawu, albo urywam kolano, by nie stało się coś gorszego. Ciekawostka, że sprawa wypłynęła dzięki bodaj La Gazzetta dello Sport, a sama Lindsey nadaktywna w sieci, dopiero po dobie potwierdziła plotki. Przedziwny nieraz mają obieg informacje. Kiedy dotarła do mnie ta wiadomość, od razu przyszło mi do głowy, że w przypadku narciarza zawsze lepiej złamana ręka niż noga. Lindsey jako wszechobecna w mediach wszelakich, już zdążyła opublikować zdjęcie jak z opatrzoną ręką pedałuje na rowerku stacjonarnym. Puchar Świata zapewne zejdzie na drugi plan, a na pierwszy wysuną się mistrzostwa świata w St. Moritz. Wysoka cena, ale nie najwyższa.

**********

Jak tam po premierze serialu „Andrzej Bargiel – Śnieżna Pantera”? Ja absolutnie zafascynowany, niecierpliwie przebieram nogami i czekam na kolejny poniedziałek (znów o 21.00). Zapowiadana na wczoraj premiera na Canal+ Discovery przeszła mi koło nosa, gdyż o tej porze odbywam trening judo przeżywając drugą młodość. Po powrocie jednak obejrzałem sobie wszystko w telefonie, gdyż równolegle na profilu Jędrka odbywała się projekcja fejsbukowa. Żałować tylko mogę jakości, gdyż zdjęcia PRZE-PIĘ-KNE! Jeszcze kilka dni można właśnie tam obejrzeć premierowy odcinek, co zamierzam uczynić, i dziś, i jutro. Pojutrze pewnie takoż. Wkręciłem się, nie ukrywam. Obejrzałem w swym życiu wiele filmów dokumentalnych o sporcie, ale ten zelektryzował mnie do cna. Totalna rozwałka – zjazd na nartach po jakiejś monumentalnej stromiźnie… betonowej zapory w Czorsztynie? Kto to wymyśla! Przebitki z buzującym oceanem czy palącym fajkę Indianinem? Wbijają się w głowę intensywnie. Jędrek obiecuje, że dopiero w kolejnych odcinkach będzie się działo.
Jaram się jak pochodnia!

Smacznego niedźwiedziego mięsa w górach życzę.
Do zobaczenia w górach i usłyszenia na Legii oraz w Eurosporcie.

O Autorze

Dziennikarz prasowy, radiowy, internetowy; komentator sportowy, spiker Legii Warszawa, a do tego narciarz-amator; żeglarz, ex-pięcioboista i wioślarz. Dziennikarstwo sportowe traktuje jako przedłużenie kariery zawodniczej. Organizator rajdów przygodowych. Lubi sobie pojeździć na rowerze i ogólnie się trochę zmęczyć. Autor prowadzi swój prywatny blog pod adresem zonaurbana.pl.

Podobne posty

  • Marko

    Tylko Michał nigdy nie był mistrzem Iranu :-)