Dorastam własnie (wraz z dziećmi) do trybu feryjnego, z którego tak skrupulatnie wyrastałem. Nie widziałem (i wciąż nie widzę) większego sensu pchania się w góry w okresie największego zatłoczenia. Lepiej pojechać w środku tygodnia, poza świętami i feriami. No, ale mus, to mus. Ferie są, na narty trzeba!

Pewnie każdemu się zdarzyło nie trafić z pogodą. Jeszcze kilka dni temu ściskał mróz, zima jak marzenie. Teraz halny. Wieje ciepły wiatr. Zrobiło się ciemno i ponuro. Na parkingach mieszanka błota, lodu i rozsypanego żwiru. Biel szarzeje i spod śniegu wychodzą brunatne plamy. Jakaś taka obrzydliwość mnie dopadła. Wszystko płynie i nie chodzi tu wcale o klasyczne „panta rhei” czy „tempora fugit”, ale dosłownie. Śnieg ginie w oczach. Na to jednak wpływu nie mam i po pierwszym dniu narciarstwa na stokach Rusin-Ski(ego) w pięknym słońcu i przy delikatnym mrozie dziś od rana deszczowo, ciemno, bardzo mało narciarsko. Barowo. Jedyna zaleta, że ludzi mniej wyległo na stoki, lecz to wartość wątpliwa. Dzieci zaś wyboru nie mają, zapłacone więc jeżdżą z grupą.

Koniec końców siedzę w karczmie i stukam w klawisze laptopa. Miejsca z widokiem na stok zajęte. Rodzice wpatrzeni w pociechy siedzą w ciszy przy stygnących frytkach (godz. 1015). Po co rozmawiać, skoro leci góralodisco? Taki refren sprzyjający spożyciu wyłapałem: „Wódko ma, wódko ma, kto bez ciebie w życiu sobie rade da?”. To na melodię włoskiego szlagiera „que sera”, czy jakoś tak. Na ogrodzeniu innej knajpy banner „Zjedź na Tyskie” zachęca do zaprzestania uprawiania narciarstwa, choćby na chwilę, w celu nachmielenia się. Wtedy i szybciej się jeździ i czynnik nieśmiertelności wzrasta i wskazuje 10/10. To taki paradoks, bo z tego co pamiętam, w pobliżu szkół alkoholu sprzedawać nie można, a na stokach narciarskich przecież szkoły działają.

Wybraliśmy się na obóz z Akademią Kusznierewicza. Słynie ona z kwestii żeglarskich wszelkich, ale i narty w zimowej ofercie się znalazły. Malców powierzamy na sześć godzin dziennie, mamy trochę czasu dla siebie. Pewnie ofert takich na rynku mnóstwo. Można jechać w świat, można i w polskie góry. Bukowina Tatrzańska wiąże mi się ze świetnymi czasami, kiedy przyjeżdżaliśmy tu (właśnie na Rusiński Wierch) na obozy narciarskie i jako pomocnicy instruktora jeździliśmy sobie z młodzieżą do obiadu. Potem zabieraliśmy najlepszych na Kasprowy Wierch na jeden-dwa ostatnie zjazdy kolejką. Jeńców się w tamtych czasach nie brało. Nosiliśmy długie włosy, jeździło się bez kasków i w piankowych spodniach. Raz się zdarzyło, że zaraz po przyjeździe (Tatrami, czyli pociągiem na trasie Warszawa-Zakopane) popędziliśmy na narty robić weryfikację, podział na grupy, kontrolę sprzętu itd. Śniegu sporo, zapowiadał się fajny tydzień. Jako że czasy były jeszcze przedsmartfonowe i o kontroli prognozy nikt nawet nie myślał, naszemu zdziwieniu nie było końca, bo rano obudziliśmy się zupełnie bez śniegu. Wszystko spłynęło. Wszystko. Z fajnego planu zrobił się tydzień podchodów i innych zabaw terenowych w błocie do kolan. Dziś na Rusińskim inna rzeczywistość, ratraki, kanapy, infrastruktura, pełna kultura i nawet za parkowanie się nie płaci. Czasy się zmieniają nieubłaganie.


Smacznego niedźwiedziego mięsa w górach życzę.
Do zobaczenia w górach i usłyszenia na Legii oraz w Eurosporcie.

O Autorze

Dziennikarz prasowy, radiowy, internetowy; komentator sportowy, spiker Legii Warszawa, a do tego narciarz-amator; żeglarz, ex-pięcioboista i wioślarz. Dziennikarstwo sportowe traktuje jako przedłużenie kariery zawodniczej. Organizator rajdów przygodowych. Lubi sobie pojeździć na rowerze i ogólnie się trochę zmęczyć. Autor prowadzi swój prywatny blog pod adresem zonaurbana.pl.

Podobne posty