Rozsypują nam się gwiazdy. Zabrzmiało astronomicznie, ale chodzi mi rzecz jasna o gwiazdy Pucharu Świata. Jak grom z jasnego nieba huknęły wiadomości o zakończeniu sezonu przez Teda Ligety oraz Aksela (Aksla?) Lunda Svindala. Pierwszy z nich trafił na stół operacyjny ze względu na uporczywy ból kręgosłupa i drętwienie nóg, drugiemu zaś doskwierało kolano. Obaj już są rekonwalescentami i miejmy nadzieję, że zgodnie z zapowiedziami pojawią się w kolejnym szczycie formy na przyszłorocznych igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu. Niezłego bigosu sobie narobiła Nadia Fanchini, która upadła i rozwaliła bark podczas niedzielnego treningu przed zjazdem w Altenmarkt-Zauchensee. Z dobrych wieści, zjazd z Lauberhornu znalazł nowy termin i ma się odbyć podczas PŚ w Ga-Pa. Z kolei niedzielna kombinacja kobiet ma zostać przełożona na już po mistrzostwach świata w Crans Montanie. Z ostatniego weekendu jeszcze się pochwalę, że wpadł mi w oko przejazd Michała Jasiczka z Wengen właśnie. Ależ pędził! Motywacja ogromna, może aż trochę nadmierna. Chęci wjazdu do czołowej trzydziestki imponujące. Doczekamy się, powiadam, na pewno. Na pierwszym pomiarze miał zaledwie 0,27 s. straty do lidera. Do drugiego międzyczasu już nie dojechał. A szkoda. Znowu.

***********************

Teraz trochę o mnie i moich przygodach. Tydzień temu zapowiadałem, że zostałem zaproszony do St. Anton. Taki przywilej dziennikarzy, że zagraniczne ośrodki turystyczne zapraszają ich czasem do siebie celem pozwiedzania, a ceną za to ma być opisanie i sfotografowanie czego trzeba. Dzięki temu nabieramy doświadczenia, manier, obycia i możemy podzielić się wzbogaconą nieco wiedzą. Tym razem niezastąpiona Kasia Gaczorek z Tirol Werbung (organizacja odpowiedzialna za promocję Tyrolu w świecie) zaplanowała przybliżenie polskim entuzjastom białego szaleństwa i czytelnikom NTN zagadnienia powstania największego obszaru narciarskiego w Austrii. A to za sprawą, że wspomniane St. Anton zostało połączone z drugą stroną góry czyli z Lech i Zuers, które przynależą już do najbardziej na Zachód wysuniętego regionu Austrii, Vorarlbergu. Zresztą ów Arlberg to przełęcz (1793 m n.p.m.), przez którą przebiega właśnie granica między tymi krajami związkowymi. Zanim przekopano się pod górami podróżowano, wożono, transportowano właśnie przez Arlberg. Tak się zdarzyło, że w jednym ze strategicznych miejsc związanym z wcześniejszym okresem świetności tego rewiru zostałem zakwaterowany. Mianowicie w hotelu Schwarzer Adler. Napis na budynku głosi, że pochodzi on z 1570 roku. Znajdowały się tam stajnie dla koni pracujących przy transporcie przez góry. Dziś to elegancki hotel, ale świetnie usytuowany, fantastycznie urządzony w klimatach ujmujących za serce sentymentem do praczasów narciarskich. Czarny Orzeł stoi tuż pod stadionem narciarskim i przy samym deptaku. Do najbliższej gondoli trzy minuty z buta narciarskiego (tu nie zabroniono jeszcze paradowania w obuwiu do uprawiania narciarstwa). Celem wyprawy było objechanie wszystkiego co możliwe, by zebrać materiały do relacji. Ze względów pogodowych objazd musieliśmy odsunąć w czasie. Trzeciego i ostatniego dnia jazdy nasypało już tyle śniegu (po trzech dniach opadów niemal bez przerw), że jeździliśmy w puchu do pasa. Dużo widziałem, sporo przeżyłem, ale w takich warunkach jeszcze nie jeździłem… Po kolei jednak.

***********************

Zaczęło się od ski show. To cotygodniowa atrakcja, która odbywa się na stadionie w St. Anton. Obiekt ten pamięta mistrzostwa świata, które odbyły się tu w 2001 roku. Zostały absolutnie zdominowane przez Austriaków, choć w kilku przypadkach gospodarze dostali prztyczka w nosy (choćby w supergigancie, w którym triumfował Daron Rahlves z USA i kombinacji, którą wygrał Kjetil Andre Aamodt z Norwegii). Ski show ma na celu przedstawić historię narciarstwa w tym rewirze oraz uświadomić gościom, że to jest Mekka narciarstwa. Bądź co bądź pierwszy klub narciarski tutaj został założony już w 1901 roku. Pokazy robią świetne wrażenie i spędzając tydzień w St. Anton warto poświęcić środowy wieczór na ewolucje na mecie zjazdowej trasy Karla Schranza. Tam bowiem odbywają się pokazy grup demonstracyjnych połączone z kapitalnym mappingiem, prześwietnymi archaicznymi stylów jazdy (m.in. Arlberg Technique) na starutkim sprzęcie. W końcu w powietrzu latał nie tylko sterowany zdalnie przez mistrza Europy w akrobacjach śmigłowiec, ale i freestylersi. I tu pewna dykteryjka. Kilka lat temu podróżowaliśmy z grupą zapaleńców po Austrii realizując projekt freeride’owy „Austrostrada”. Głównymi postaciami wyprawy byli Andrzej Osuchowski i Sebastian Litner. A przewodnikiem naszym w St. Anton był Chris Riepl, który jak zobaczył jak Seba poczyna sobie na nartach, rekomendował go swojemu kumplowi. A kumpel ów zarządzał pokazami narciarskimi i od słowa do słowa okazało się, że wieczorem przy winie w grupie freestylersów znalazł się również pewien narciarz z Polski. W lokalnym biurze turystycznym do dziś traktują to jako sensację. Bez kitu. Sebek wstydu nie narobił, wręcz przeciwnie. Skakał naprawdę konkretnie, co zostało uwiecznione na filmie. Warto poklikać.

***********************

Sypać zaczęło w środę wieczorem, a kiedy wyjeżdżaliśmy w sobotę w południe, jeszcze nie przestało. Zwiedzanie rejonu było wprost proporcjonalne do widoczności. Fakt, w czwartek zaliczyliśmy kilka przejazdów przy błyskającym słońcu, ale już popołudniu, w piątek i sobotę widoczność ograniczała się do stu metrów (w zalesionych partiach), a góra nie chodziła ze względu na ryzyko urwania głowy przez wiatr. Nasz przewodnik Bruno Koenig pokazał nam swoją chatkę w górach nawet. Widzieliśmy ją na własne oczy z odległości dobrego kilometra. Pozazdrościliśmy. Bruno tak w ogóle okazał się ciekawą personą. Lokales. W juniorach trenował na poziomie kadry C i B. Istruktorem/przewodnikiem z najwyższymi uprawnieniami jest od 35 lat. Czuliśmy się z nim pewnie. Prowadził nas na bardzo ciekawe przejazdy w lesie, na morenach. Dawał rady. Subtelnie, bez narzucania się. Raczej wynikające z potrzeby chwili. Szczególnie ujął nas pierwszą, kiedy zobaczył, że dyszymy w przerwie jak rozjuszone corridą byki. – Nie zapominajcie oddychać. Oddychajcie od pierwszego skrętu – przypominał. Miał rację. Łapałem się, że czasem zauroczony akcją pozostawałem na bezdechu, co groziło blackoutem. Kiedy przybywało puchu, wychodziły na wierzch nasze niedociągnięcia techniczne. – Prowadź narty jedna przy drugiej, odpychaj się z obu nóg, a nie tylko jednej. Jedź w dół stoku. I oddychaj! – słowa te wchodziły do głowy i powodowały, że jazda naprawdę stawała się coraz przyjemniejsza, mniej męcząca i szybsza.

***********************

Pytaliśmy się, czy St. Anton ma wabiki typu najwyżej położona kafejka wysadzana kryształkami, albo największa szpulka do nici, albo największe jojo w dolinie. Bruno twierdzi, że największą wartością tej stacji narciarskiej jest właśnie freeride. W sobotę większość narciarzy śmigała na szerokich nartach. Tych na slalomkach warunki momentalnie weryfikowały i zmuszały do wypożyczenia grubszych nart.

***********************

Największe wrażenie na nas zrobiły przejazdy dwoma stokami, do których dociera się po wyjechaniu na górę kosmiczną kolejką Galzig. Dlaczego kosmiczną? Podwieszona na dwóch linach (wiatr jej prawie niestraszny) Galzigbahn wywozi 2200 osób na godzinę. Sama konstrukcja przeszklonej stacji na dole i systemu pobierania ludzi z peronu położonego piętro niżej niż pracujące liny, mimo że sprzed kilku lat, wciąż sprawia wrażenie futurystyczne. Ogromna przyjemność, szczególnie kiedy Bruno pokazał nam metodę na bezproblemowe ustawienie się tak, by zawsze mieć siedzące miejsca i to bez przepychania. Do obu tras docierało się wyjeżdżając z górnej stacji w stronę St. Christoph, a prowadziły niemal do samej drogi asfaltowej prowadzącej do tej miejscowości. W pewnym momencie przejeżdżało się tuż przy betonowej kolosalnej konstrukcji osadzonej gdzieś w lesie. Jak się potem okazało, był to wentylator do tunelu Arlberg (ponad 13 km). Z tych dwóch tras trzeba było dłuższą chwilę wracać do St. Anton leśnymi przecinkami, ale frajda zjazdu rekompensowała ten delikatny dyskomfort. Bruno pokazywał nam też leśne przejazdy tuż pod głównymi wyciągami. Znając powiedzenie „No friends on the pow day” staraliśmy się na stoku pojawiać możliwie najwcześniej, by poszukać jeszcze własnych linii. Trudno znaleźć coś przyjemniejszego niż rozdziewiczanie stoku w puchu do pasa, którego pryzmy niejednokrotnie przesypują się nad głową. Zjeżdżaliśmy do hotelu już po zamknięciu wyciągów. Umęczeni, ale szczęśliwi.

***********************

Ech, duży by pisać, a co chwila jeszcze coś do głowy przychodzi. Obiecuję wrócić do tematu St. Anton jeszcze w kolejnym wydaniu Magazynu NTN Snow & More. Nie sposób tutaj wyczerpać tematu, a przydałoby się trochę faktografii. Trzeba jednak zaznaczyć, że St. Anton do najtańszych ośrodków nie należy. Wręcz porównywany jest innym legendarnym ośrodkiem tyrolskim Kitz (DH na Streifie już w sobotę!!!). Jeśli jednak trafi się tam w warunkach pogodowych pozwalających na totalne oderwanie od rzeczywistości plus mając to szczęście, że jeździliśmy tam w okresie mniejszej frekwencji (styczeń, między świętami a feriami), zdecydowanie warto. Szczególnie, że można poszukać wariantów tańszego zakwaterowania niż wytworny hotel Schwarzer Adler.

Dodam jeszcze, że również po nartach jest co robić. Nie tym razem, ale podczas „Austrostrady” odwiedziliśmy niesamowity obiekt ze ściankami wspinaczkowymi (również sztucznie przygotowanym lodospadem). Jest gdzie zacnie zjeść, wypić i obcasem zakręcić, czyli to co tygryski lubią najbardziej. A dla tych, co po konkretnym wycisku na stoku mają poczucia niedorżnięcia, polecam biegówki. Po przygotowanych trasach (do łyżwy i torów do klasyka) można się tutaj zabiegać do upadłego. Zdecydowanie oświadczam, że St. Anton to miejsce do którego chce się wrócić. A jakbym tam jeszcze nie był, chciałbym pojechać po raz pierwszy. Nie wspomniałem nic o jedzeniu na stoku, ani o wybitnych narciarzach takich jak Karl Schranz i Mario Matt, którzy tu mieszkają, ani o kilku innych kwestiach ważkich wielce jak o Der Weisse Rausch – niesomowitym wyścigu z Vallugi na dół. Kiedyś startowałem w rozgrywanym po sąsiedzku Der Weisse Ring (w Lech i Zuers). Ale to chyba już w jednym z kolejnych tekstów.

***********************

Jakoś tak uporczywie myślami wracam do moich młodzieńczych wyjazdów na Jaworzynę do drewnianego schroniska im. Józefa Piłsudskiego. Oj, muszę tu kiedyś pisemnie powspominać tamte partyzanckie czasy.

O Autorze

Dziennikarz prasowy, radiowy, internetowy; komentator sportowy, spiker Legii Warszawa, a do tego narciarz-amator; żeglarz, ex-pięcioboista i wioślarz. Dziennikarstwo sportowe traktuje jako przedłużenie kariery zawodniczej. Organizator rajdów przygodowych. Lubi sobie pojeździć na rowerze i ogólnie się trochę zmęczyć. Autor prowadzi swój prywatny blog pod adresem zonaurbana.pl.

Podobne posty