Polska jest taka inna niż pozostałe kraje. Wszystko funkcjonuje podobnie, jak w Europie, ale jednak trochę inaczej. Nasze podejście do sportu, a narciarstwa w szczególności, też jest inne. W kraju, gdzie według różnych statystyk od 2,5 do 4 milionów ludzi uprawia narciarstwo, a co piąty Polak deklaruje umiejętność jazdy na dwóch deskach, powszechny poziom wiedzy na temat tego sportu jest niestety dość niski. Winę za taki stan rzeczy ponosi zapewne częściowo odizolowanie Polski od dostępu do nowości sprzętowych i technicznych w okresie „realnego socjalizmu” oraz współczesne mass-media, które narciarstwem zajmują się jedynie przy okazji jakiejś sensacji.

Od czasu tak zwanej „transformacji ustrojowej” minęło już jednak ponad dwadzieścia lat, a nasze narciarstwo nie pozbyło się jeszcze wielu mitów, w które obrosło w tamtym okresie. Ba, dodano cały szereg nowych. Powszechny dostęp do Internetu, książek, czasopism powinien zapewniać odpowiedni poziom informacji. Wystarczy trochę poszukać, przeczytać, obejrzeć i już… Można się dowiedzieć. Nie jest to jednak wcale powszechne, a głównymi tematami rozmów na różnych forach są ciągle zapytania w stylu: „jakie narty najtaniej dla 39-latka – pomóżcie!”. Wybrałem kilka tematów, które – moim zdaniem – dość dobrze obrazują problem. Wydaje mi się, że część z tych mitów funkcjonuje w polskiej społeczności głównie za sprawą kompleksów. Narciarsko zostaliśmy niestety daleko z tyłu w stosunku nawet do takich państw jak Czechy, Słowenia czy Słowacja.

Mit „prawdziwego narciarza”

Kim są „prawdziwi narciarze”, o których słyszę od czasu do czasu przy okazji rozmów o narciarstwie? Osoby ze starszego pokolenia narciarskiego (do których i ja pomału się zaliczam) bardzo często negują rewolucyjny proces zmian w technice jazdy, jakie nastąpiły w momencie powszechnego zastosowania nart taliowanych, czyli carvingowych. Podkreślają zwłaszcza fakt, że nowoczesne narty znacznie skracają proces nauki, a to – według nich – bardzo źle. Taki szybko nauczony narciarz nie ma doświadczenia, nie zawsze wie, jak poradzić sobie w trudnych warunkach – argumentują. Bardzo często spotykam się ze zdaniem (nawet wśród instruktorów), że „prawdziwy narciarz” potrafi poruszać się w każdym terenie, każdym rodzaju śniegu i za pomocą każdych nart – najlepiej prostych i długich. No cóż, w czasach bardzo wielkiej specjalizacji nie wydaje mi się możliwe, żeby jeden zawodnik mógł być dobry na przykład w gigantach i wykonywaniu skoków Big Air, a przecież i jeden, i drugi zasługuje chyba na miano prawdziwego narciarza, czyż nie? Szybkość postępów w nauce, która znacząco wzrosła wraz z powszechnym używaniem desek carvingowych de facto uratowała masowe narciarstwo. Liczby sprzedawanych nart przed wejściem na rynek desek taliowanych i po tym fakcie mówią same za siebie. Cóż z tego, że większa część narciarzy – być może – nie poradzi sobie w trudnych warunkach, skoro i tak nigdy się w nich nie znajdzie. Znam ludzi, którzy jeżdżą kilka tygodni w sezonie tylko w ośrodkach ze sztucznym śnieżeniem, tylko po przygotowanych trasach i często jedynie do wczesnych godzin popołudniowych, gdyż później trasy są już zbyt mocno rozjechane. Czy to wyklucza ich z grona prawdziwych narciarzy? Wydaje mi się, że masowych, może nie tak dobrych technicznie narciarzy, lekceważyć nie wolno. To w końcu dzięki nim biznes narciarski jeszcze jakoś się kręci: powstają ośrodki i infrastruktura, co roku mamy nowe, coraz lepsze modele nart. Masowe narciarstwo to źródło pieniędzy dla regionów i przemysłu, więc ludzie, którzy je uprawiają, zasługują chyba na miano prawdziwych narciarzy?

Mit cierpienia, które – podobno – uszlachetnia

Ten mit wiąże się ściśle z poprzednim. Wśród „prawdziwych narciarzy” panuje dość powszechne przekonanie, że jedynie lata męki na nartach czynią nas lepszymi. Kiedyś nawet mówiło się, że: „najgorsze na deskach jest pierwsze dziesięć lat, potem już jakoś idzie”. Z młodości pamiętam dość dobrze podchodzenie z całym dobytkiem na Halę Miziową, poranne sprinty z Kuźnic na Goryczkową czy całodzienne, wielokrotne podchodzenie dystansu dziesięciu slalomowych skrętów na pólku AKN-ów (tzw. Akapólko), kiedy kolejkę na Kasprowy unieruchomił wiatr. Robiłem te wszystkie dziwne rzeczy, gdyż nie miałem innego wyjścia i nie mogłem pojechać w Alpy. Czy tęsknię za tamtymi czasami? Jedynie dlatego, że byłem wtedy młody. Zupełnie nie miałbym ochoty na powtarzanie tamtych doświadczeń. Moja szwajcarska koleżanka, znakomita narciarka sportowa i instruktorka przyjechała do Polski pod koniec lat 90-ych ubiegłego stulecia. Nieopatrznie zabrałem ją na Kasprowy Wierch. Po maglu w kolejce (do kolejki) zjechaliśmy Goryczkową, a znajoma wyraziła opinię: „pięknie to tu u was rzeczywiście jest, ale ja w takich warunkach zajęłabym się innym sportem”. Cóż, moim zdaniem dzisiejsze możliwości wcale nie rozpieszczają, ale po prostu czynią naukę jazdy czy treningi znacznie przyjemniejszymi. To się nazywa normalność.

Mit „twardej narty”

Pomińmy już fakt, że mówienie o nartach w liczbie pojedynczej i w dodatku z przymiotnikiem „twarda” jest mniej więcej takim samym błędem językowym, jak używanie słowa „włanczać”. Narty, drodzy Państwo, mogą być jedynie sztywne lub elastyczne. Mniejsza z tym. Zbyt wielu narciarzy wierzy, że jedynie bardzo sztywne deski dadzą im odpowiednią dynamikę i kontrolę na oblodzonych ścianach. Skąd się to bierze? Myślę, że z chęci bycia zawodnikami. Powszechnie utarło się bowiem, że narty zawodnicze są znacznie sztywniejsze niż te normalne – handlowe. To przeświadczenie z kolei pochodzi jeszcze z czasów, kiedy deski strugano z jednego kawałka drewna. Tylko grube narty (nie mylić z szerokimi) były wystarczająco sprężyste przez dłuższy czas użytkowania i nie łamały się tak często jak te cienkie. Chociaż i wtedy byli entuzjaści nart elastycznych. Jednym z nich był słynny Norweg, łamacz nie tylko nart, ale i niewieścich serc, Stein Eriksen, który w jednym sezonie potrafił „zużyć” kilkanaście par… Dziś jest zupełnie inaczej. Współczesna technologia pozwala na wykonanie bardzo elastycznych wzdłużnie nart przy zachowaniu sztywności poprzecznej, zapobiegającej wichrowaniu się dziobów w skrętach. Co więcej, pomimo sporej elastyczności nowoczesne narty są ciągle bardzo sprężyste i bardziej dynamiczne niż te sprzed kilkunastu lat. Niektóre firmy, jak na przykład XO Skis, wykonują takie same deski o dwóch różnych flexach, przy czym te bardziej elastyczne przeznaczone są dla lepszych narciarzy.

Mit za dużych butów

Marzną ci nogi? Kup buty większe przynajmniej o numer i włóż grube skarpety z owczej wełny. Niestety, wielu narciarzy ciągle wierzy w ten sposób walki z mrozem, który pochodzi jeszcze z czasów, kiedy „narciarki” były skórzane i sznurowane. Dzisiejsze plastikowe buty narciarskie mają wkłady wykonane z materiałów o doskonałym współczynniku izolacji. Można też – jeśli ktoś ma taką potrzebę – zamontować sobie podgrzewane wkładki do butów. Co więcej, aby mieć dobrą kontrolę nad nartami, zbyt duże buty trzeba zapinać bardzo mocno, często aż do poziomu deformacji skorup. To z kolei powoduje punktowy ucisk stóp i w rezultacie odcięcie dopływu krwi na przykład do palców. Niby wszyscy o tym wiedzą, a jednak ciągle zbyt wielu narciarzy jeździ w zbyt wielkich butach.

Mit funcarvingu

W Polsce przyjęło się, że funcarving to jazda na bardzo, bardzo krótkich, mocno taliowanych deskach, bez kijków, ale za to z wykonywaniem różnych tricków jak dotykanie śniegu dłonią czy łokciem. Wielu narciarzy dążyło właśnie do takiej – w ich mniemaniu – perfekcji. Aby skrócić czas nauki, stosowało bardzo krótkie deski, często nawet około 140 cm dla dorosłych mężczyzn. W wielu przypadkach samo dotknięcie śniegu dłonią w skręcie stawało się celem nadrzędnym, stąd mnogość dziwnych sylwetek na naszych stokach. „Prawdziwi narciarze” gardzą funcarvingiem. Jednak „zachodni” funcarving bardzo różnił się od naszej wersji. Po pierwsze, wywodził się z narciarstwa sportowego – jazdy na bojkach. Po drugie, ewentualne dotykanie łokciem śniegu było efektem głębokiego pochylenia się wirażu, a nie celem. Po trzecie, narty funcarvingowe „tam” były znacznie dłuższe niż „tu”. Na przykład wszystkie moje wspaniałe funcarvery miały długość 170 cm i pomiędzy 14 a 16 m promienia skrętu. Do dziś uważam, że „zachodni” funcarving był rewolucją narciarskiej techniki. Nauczył tysiące narciarzy odsyłania nóg w skrętach i wykorzystywania krawędzi do jazdy wzdłuż nich, a nie tylko do hamowania. Dzisiejsze narty allround mają podobną geometrię, ale niestety już nie tę samą dynamikę i konstrukcję, choć zdarzają się chwalebne wyjątki. Szkoda, że u nas w większości przypadków można było zobaczyć pokraczne Klammerschwungi (wiraże na wewnętrznej narcie), a nie prawdziwy, piękny funcarving. Funcarving nie był taki zły!

Mit nart do kitu

Bardzo często ze zdumieniem słyszę wypowiadane sądy: „Nie kupię nart firmy XXX, gdyż się rozwarstwiają”. Jak to, wszystkie? Na przestrzeni lat bardzo wielu firmom (w zasadzie wszystkim) zdarzały się mniejsze i większe wpadki konstrukcyjne lub technologiczne. W przypadku rozklejających się warstw, odpadającej szaty graficznej, pękających krawędzi wytwórcy brali odpowiedzialność i wymieniali wadliwy sprzęt. W innych dziedzinach przemysłu też się tak dzieje. Co i rusz słyszymy o akcjach naprawczych samochodów i nikt z tego nie robi tragedii. Nie jest prawdą, że narty takiej czy innej firmy zawsze, na przestrzeni wszystkich lat, mają jakieś wady. Nie jest też prawdą, że do Polski (nawet do wielkich sieci) trafiają deski drugiego gatunku. To się zwyczajnie nie zdarza, gdyż nie ma takich desek. Zupełnie nie mam pojęcia, kto i na jakiej podstawie wymyśla takie historie.

Mit SL i GS

Tylko narty sportowe nadają się do jazdy, ale które są lepsze: gigantowe czy slalomowe? Najdziwniejsze jest to, że uczestnicy takich dyskusji w większości przypadków nie biorą pod uwagę innych modeli dostępnych na rynku. Taka sytuacja jest – jak wiele innych – również uwarunkowana historycznie. Kiedyś dla dobrych narciarzy nie było praktycznie alternatywy, gdyż wszystkie pozostałe deski (firmy robiły po zaledwie kilka modeli) nadawały się tylko dla początkujących. Dziś w większości przypadków dyskutanci powinni wybrać zaawansowane technologicznie allroundy lub allmountain, a będą z nich znacznie bardziej zadowoleni niż ze specjalistycznych nart sportowych. Jeśli ktoś gotowy jest na deski zawodnicze (nawet te sklepowe), powinien zainwestować w dwie pary: SL i GS.

Mit sprzętu dla kobiet

Utarło się, że specjalistyczny sprzęt dla pań, choć często piękny dla oka, nie jest wystarczająco zaawansowany technologicznie. Obawiam się, że to bzdura. Wiele firm w swoich ośrodkach badawczych ma specjalne zespoły pań, które projektują, budują prototypy i testują damskie narty. W zespołach tych często znajdują się byłe zawodniczki światowej klasy. Efektem ich pracy są pełnowartościowe kolekcje damskie zawierające często specjalistyczne deski sportowe, freeride czy freestyle.

Mit kontuzji na stokach

To mój ulubiony mit. Ciągle słyszę, widzę i czytam w mass-mediach, że współczesne narciarstwo jest szalenie kontuzjogenne. Jednak prowadzone statystyki pokazują zupełnie co innego. Od sezonu 1992/93 ogólna liczba wszystkich wypadków narciarskich na świecie maleje. Powoli, ale jednak. Dzieje się tak, nawet kiedy zdolności przewozowe instalacji narciarskich w tym samym okresie wzrosły nawet dziesięciokrotnie (w wybranych ośrodkach). Ja wiem, że na przykład na Kotelnicy Białczańskiej jeszcze dwadzieścia lat temu nie było żadnych wypadków, ale nie było tam wtedy również tras i wyciągów. Niedowiarków w sprawach kontuzji odsyłam do statystyk: Ettlinger CF, Johnson RJ, Shealy JE, The Prevention of Knee and Lower Leg Injuries Among Elite Alpine Skiers and Competitors; Ettlinger CF, Johnson RJ, Shealy JE, A method to help reduce the risk of serious knee sprains incurred in alpine skiing; Johnson RJ, Ettlinger CF, Shealy JE, Meader C, Impact of Super Sidecut Skis on the Epidemiology of Skiing Injuries; Aschauer E, Ritter E, Resch H, Thoeni H, Spatzenegger H, Injuries and injury risk in skiing and snowboarding.

Oczywiście to nie wszystkie mity, które ciążą na polskim narciarstwie. Będę tropił je dalej.

O Autorze

Tomek Kurdziel

Redaktor naczelny, założyciel i pomysłodawca Magazynu NTN. W dzieciństwie otarł się o WKN, przez wiele lat był członkiem AKN. Po roku 1981 przez 18 lat przebywał w Norwegii i Szwajcarii. Założył i przez wiele lat prezesował UIK Alpin na Uniwersytecie w Oslo. W latach 1985-1989 startował w zawodach FIS. Na początku lat 90. startował w zawodach snowboardowych (konkurencje alpejskie). Od 1997 roku pasjonat i promotor carvingu w Europie. Członek komitetu organizacyjnego FIS Carving Cup. W chwilach wolnych komentator Eurosportu. Obecnie entuzjasta freeride'u, motocyklowego enduro i windsurfingu.

Podobne posty

  • Tomasz

    Bardzo często spotykam się ze zdaniem (nawet wśród instruktorów),
    że „prawdziwy narciarz” potrafi poruszać się w każdym terenie, każdym
    rodzaju śniegu i za pomocą każdych nart – najlepiej prostych i długich.
    No cóż, w czasach bardzo wielkiej specjalizacji nie wydaje mi się
    możliwe, żeby jeden zawodnik mógł być dobry na przykład w gigantach
    i wykonywaniu skoków Big Air, a przecież i jeden, i drugi zasługuje
    chyba na miano prawdziwego narciarza, czyż nie?

    Serdecznie witam autora. Jako Trener narciarstwa przychylę się do tych słów. Tak najlepszym narciarzem jest ten który porusza się w każdych warunkach i po każdym stoku. Znakomitym przykładem jest Aksel Lund Svindal mam nadzieje, ze autor wie o kim mowa. https://www.youtube.com/watch?v=cty1l9kWAOc. Nie trzeba wysokiej specjalizacji ale wypada technicznie jeździć konkurencje sportowe jak i freeride wraz ze skokami. Odpowiednio dobierając sprzęt do wyżej wymienionych technik i zjazdów.
    Wtedy można określać się mianem narciarza. Wygląda na to, że autor zalicza się do tego starszego pokolenia : ) pozdrawiam serdecznie.

  • Piotr

    myślę Tomku że z jakością „sortem” nart jednak nie jest tak prosto..sam wiesz co trafia do WC, co do naszych zawodników, i podobnie jest z cześcią sprzętu…oczywiście i tak duża jego część poprzez handlarzy trafia z rynków zachodnich i to jest niepoliczone

  • Snajper

    Pierwszy mit: zależy jak zdefiniujemy prawdziwego narciarza, dla mnie jest to osoba która dobrze jeździ na nartach, poradzi sobie w każdych warunkach i w każdym terenie, i nawet gdy dostanie ołówki 205cm to sie nie przerazi tylko normalnie pojedzie. Widziałem filmik ja Cuche uczył się 360 i choć brakowało mu gracji to zrobił ją bardzo szybko czyli poradził sobie nie tylko na tyczkach. To tak jak porównywać himalaistów zdobywających trudne ściany i szczyty z rzeszą wprowadzonych za rączkę bogaczy na Mont Everest, który z nich zasługuje na miano prawdziwego himalaisty? Tak samo jest z rzeszami narciarzy ślizgających się na Kotelnicy, jest im dobrze i się cieszą, ale dla mnie to oni próbują uprawiać narciarstwo i daleko im do „prawdziwego narciarza”.

    Funcarving – chyba każdy kto się w to bawi chce ciorać łokciem po śniegu bo wtedy czuję że się naprawdę głęboko wyłożył, a o głębokie wykładanie chyba w tej zabawie chodzi.

    Sumarycznie kontuzji może i jest mniej, ale na pewno więcej leci kolan co widać wśród zawodników pucharu świata. Niestety wiązadła to i ciężka kontuzja i kosztowna, wiec nie do końca należy tak bronić pod tym względem carvingowych nart.

    • tomekk

      Zwykle nie odpowiadam, gdyż inaczej nigdy byśmy nie skończyli kolejnego numeru, a czas leci. Tym razem sprawa jest poważna. Chodzi o kontuzje. Stwierdzając: „ale na pewno więcej leci kolan co widać wśród zawodników pucharu świata” bardzo proszę o podanie jakichkolwiek statystyk i źródeł, które potwierdziłyby taką wypowiedź. Norwegowie na pierwszym miejscu wymieniają prędkość, a na drugim przygotowanie stoków. Dosłownie kilka dni temu dostałem pracę naukową z instytutu sportu Uniwersytetu w Monachium pod tytułem: „Ski Equipment -related measures to reduce knee injures”. 50 stron wieloletnich badań i statystyk. opracowanych przez Veita Sennera, Franka Michela i Stefana Lehnera. Już wstępna lektura utwierdza mnie w przekonaniu, że spychanie odpowiedzialności za urazy kolan na narty carvingowe to kolejny mit – bardzo niebezpieczny. O tym jednak dopiero po „przegryzieniu się” przez materiał.
      A przy okazji: Dla mnie „prawdziwy narciarz”, to człowiek, który kocha narty i góry oraz umie się w nich zachowywać. Umiejętności techniczne i sposób ich nabycia są tu drugorzędne, ale mogę się mylić…

      • Miro

        Czytając niektóre wpisy dochodzę do takich wniosków, że:
        – „prawdziwy narciarz”, to tylko taki gość, który ma na plecach półmetrowy napis TRENER lub lepiej SKI INSTRUKTOR!
        – „prawdziwy narciarz” wozi ze sobą kanapki i puszkę piwa, bo nie jest frajerem i nie będzie wydawał tak wielkich pieniędzy w restauracji, ale chętnie zajmie w niej ciepłe miejsce za stołem.
        – „prawdziwy narciarz” zawsze się wepchnie bez kolejki, bo nie ma czasu w niej stać.
        – „prawdziwy narciarz” nie zatrzymuje się żeby obejrzeć widoki, bo musi zrobić wynik.
        – „prawdziwy narciarz” jeździ na starym zdezelowanym sprzęcie i obskurnych ciuchach, bo to nowe dla mięczaków.
        – etc. – można by tak długo, ale przecież nie o to chodzi!
        Popieram w pełni Autora tekstu – narciarstwo to nie tylko sport, ale i doznania estetyczne. To filozofia i kultura gór!
        Bardziej jest dla mnie prawdziwym narciarzem, „sunący” pługiem żółtodziob, mówiący z uśmiechem dzień dobry, niż napuszony SKI EXPERT!

  • dj mr

    a KIJE???…. przecież „prawdziwego polskiego narciarza” poznajemy w Alpach po jeździe BEZ kijków! ;-)

  • Bartek

    „Nie jest też prawdą, że do Polski (nawet do wielkich sieci) trafiają deski drugiego gatunku.”

    Czy mogę prosić Pana Autora o uzasadnienie tej tezy?

    Według moich doświadczeń i informacji niestety jest jednak tak, że w Polsce ogólna jakość sprzedawanych desek (zarówno zawodniczych ze sklepów specjalistycznych jak i kupowanych w sieciach handlowych) odbiega od jakości sprzedawanych w krajach alpejskich. Niestety.

    Oczywiście istnieje możliwość zakupu pełnowartościowych nart w Polsce, ale od niedawna i niestety w niewielu sklepach.

    • tomekk

      Myli pan narty z proszkiem do prania. W ciągu ostatnich kilku lat zadawałem to pytanie przedstawicielom w zasadzie wszystkich dużych firm. Nie importerom w naszym kraju, ale ludziom odpowiedzialnym za produkcję. Kilka nazwisk: Luca Grilc – Elan, Thomas Rakuscha – Blizzard, Stefan Exartiere – wówczas Scott, Thomas Gruener – Nordica. Każdy z nich kategorycznie twierdził, że nie ma czegoś takiego, jak drugi gatunek kolekcyjnych nart sklepowych. Wszystkie robione są według tej samej technologii i w tych samych warunkach oraz przechodzą te same rutynowe testy jakości. Myślę, ze chodzi panu o sieciowe deski SMU (Special Makeup Unit) robione na zamówienie do konkretnych sieci, ale nie są to deski kolekcyjne. Narty zawodnicze, to kompletnie inna sprawa. Niegdyś opisywana. Poszperamy i zamieścimy.
      t

  • Trader

    Początek bieżącego sezonu obfituje w ciekawe artykuły na NTN. Niniejszy tekst bardzo mi sie podoba. Jest w nim sporo informacji a nie jak to zwykle bywa dezinformacji. Zacytuje autora żeby wyrazic swoją opinię na pewien temat:

    …” Zbyt wielu narciarzy wierzy, że jedynie bardzo sztywne deski dadzą im odpowiednią dynamikę i kontrolę na oblodzonych ścianach. Skąd się to bierze? Myślę, że z chęci bycia zawodnikami.”

    Jazda na nartach oferuje niezapomniane wrażenia. Niestety większość narciarzy będąc pod wrażeniem tej szybkości, tej dynamiki, generowanej energii i jakiejś tam inklinacji uważa, że schodzi naprawde nisko, że biodro jest przy samym sniegu. Po obejrzeniu ewentualnego video swojego przejazdu wielu schodzi na ziemię: mówiąc „nie tak to sobie wyobrażałem”

    Wielu jednak wciąż wierzy, że jazda np. na tyczkach to jest klucz do technicznej doskonałości. Rzeczywistość jest jednak bardzo odmienna. Niestety, trening na tyczkach osoby bez utrwalonych umiejętności technicznych prowadzi najczesciej do nauki skrętów za wszelką cenę. Dla wielu aspirujacych narciarzy sama tyczka powoduje uczucie strachu!!!

    Wciaż jednak jest sporo aspirujących narciarzy, którzy kupują to złudzenie! i biorą udział w szkoleniach na tyczkach. „Myślę, że z chęci bycia zawodnikami.”

    A nie wiedzą, że tyczki obnarzają słabości doskonale technicznie jeżdżących narciarzy. Zatem kolejny mit to: złudzenie tyczki.
    Dlaczego szkolenia na tyczkach tak swetnie się sprzedają wśród amatorów? Aha: „Myślę, że z chęci bycia zawodnikami.” Ludzie kupują złudzenia.

  • bojan

    Czytam Wasze komentarze i dziwię się braku zrozumienia określenia PRAWDZIWY NARCIARZ, natomiast współczuję „Trenerowi narciarstwa” i jemu podobnych bycia nieprawdziwym kierowcą – chyba, że bierze udział (i jest jednym z najlepszych jak Svindal na nartach) w wyścigach samochodowych i rajdach. Ja uprawiam kilka sportów i nie uważam, że tylko w jednych z nich mogę dążyć do PRAWDZIWOŚCI, wręcz przeciwnie – nie czuje się udawanym lub sztucznym w innych.
    Czy osobom uważającym narty z polskich sklepów za drugi sort zdarzyło się kiedyś jeździć na tym samym modelu kupionym w Polsce i np. w Austrii? Zwróćcie także uwagę, że mogliście trafić na narty źle przygotowane, a to potrafi zrobić kolosalna różnicę nawet przy najlepszych nartach.