Dla przypomnienia jesteśmy w Tyrolu i eksplorujemy nową ofertę rowerową pt. Tirol MTB Safari. Początek w swoistym trójkącie granicznym między Austrią, Włochami i Szwajcarią. Startowaliśmy z Nauders, miejsca znanego części polskojęzycznych narciarzy (blisko stąd do Reschenpass – przelotu z Tyrolu do Południowego Tyrolu) oraz entuzjastów upraw ziemniaczanych i kukurydzianych (tak, tak, nawet na tej wysokości z powodu mikroklimatu i mas ciepłego powietrza nawiewanego znad Apenin możliwa jest tu uprawa tych roślin, a do tego drzewa rosną powyżej 2200 m n.p.m., a nie tak jak gdzie indziej jedynie do wysokości 1500 m).

Ostrzegam, że w moich wpisach nie będę się koncentrował się na przebiegach, przewyższeniach i miejscach geograficznych. W tym celu Chomik stworzył relację live na swoim blogu (www.eurower.pl).

Dzień zaczął się od podjazdu. No, jakże by inaczej zaczynać w Alpach. Dziś przejechaliśmy pierwszy etap, choć de facto wytyczyliśmy nową trasę, bo pokonanie tej pierwotnie planowanej było niemożliwe w związku z zejściem kamiennej lawiny i zamknięciem szlaku. Na początek wjechaliśmy gondolą na 2200. Wraz z Chomikiem jesteśmy trochę napaleni na pokonywanie przewyższeń, ale wizja tego wyjazdu jest taka aby doświadczyć tego co oferuje Tyrol. Jeśli o mnie chodzi, to może i lepiej, że korzystamy z pomocy wyciągów. W pakiecie jest osiemnaście wyciągów, którymi można wjeżdżać na górę. Obowiązuje system punktowy – w ramach „bikepassu” możemy skorzystać z siedemnastu. Niezależnie od okoliczności osobistych, nieczęsto zdarza się być w trzech krajach jednego dnia. Pierwszy etap Tirol MTB Safari właśnie taką atrakcję przewiduje. Dość szybko wjechaliśmy do Włoch (podziwialiśmy bunkry i inne tajemnicze zabudowania wojenne, widok piękny na Reschensee oraz niełatwy zjazd), a po lanczu do Szwajcarii. Wszystko oczywiście zakończyło się happy endem w Austrii.


Dziś już umowna granica austriacko-włoska.

Dziś zatem doświadczyliśmy gondolingu, jako najprzyjemniejszej formy bike’ingu. Zamysł ten wynika z robiącego furorę enduro. My dziś też doświadczyliśmy zjazdu single trailem enduro. Przyznaję, że kilka razy byłem bliski spanikowania. Trzeba jednak uwierzyć, że da się naprawdę mocno wychylić do tyłu dociążając tylne koło i dotykając niemal tyłkiem opony. Beż doświadczenia trudno się przełamać, ale warto poćwiczyć, bo w kolejnych dniach też możemy się spodziewać podobnych atrakcji.


Chomik przeciwpancerny. Wtopił się idealnie pomiędzy kolczaste bloki przeciwczołgowe usytuowane na wysokości ok. 2000 m n.p.m. Dość absurdalne to miejsce jeśli chodzi o ochronę przeciwpancerną, tak mi się wydaje przynajmniej…

Na zakończenie dnia czekał nas oczekiwany podjazd. Niespełna 500 metrów w pionie. Niby nic, ale kiedy się samemu pedałuje pod górę, robi się z tego wyzwanie nie lada. Ja jako osobnik wyrwany granatem spomiędzy placu zabaw dla dzieci i pracy przy biurku, na kondycję nie mogę nie narzekać. Zatem cierpiałem jak cierpiętnik liczący na wniebowstąpienie za życia. Nie byłem sam, bo w niedoli mej porównywalną katorgę cielesną odczuwało kilku jeszcze kolarzy-dziennikarzy. I dobrze nam tak. Chomik pociągnął prawie najlepszy wynik, ale prym powiedli szef Tirol Werbung Josef Margreiter oraz nasz przewodnik Lukas Gerum – który ponoć w 2008 roku będąc prosem MTB zajął 28. miejsce w mistrzostwach świata w maratonie. Nie dziwne, że pod górę lata. Z góry zresztą także.


Walcząc o tlen.

Kiedy podjazd wydaje się nigdy nie kończyć, płuca i nogi palą, a myśli kołaczą się jedynie wokół utrzymania rytmu, szukasz znaków zwiastujących jakiekolwiek wypłaszczenie. Droga przez mękę wydłuża się. Dzisiejszy podjazd niestety nic takiego nie zwiastował. Im wyżej tym stromiej. W pewnym momencie nieco zaczęło się zadrzewienie przerzedzać. Nadzieja we mnie wtedy wstąpiła…


Dziś złapaliśmy dwie gumy. Najpierw Pan Prom. Potem ja. Mi się to jednak zdarzyło w warunkach pokojowych. Przebiłem oponę wraz z dętką nie wychodząc z budynku. Dacie wiarę?

Jutro kolejny etap. Już się cieszymy zapadając w sen. Chomik przed chwilą wrzucił swój rzut oka na dzisiaj. Do przeczytania i pooglądania TUTAJ.

O Autorze

Dziennikarz prasowy, radiowy, internetowy; komentator sportowy, spiker Legii Warszawa, a do tego narciarz-amator; żeglarz, ex-pięcioboista i wioślarz. Dziennikarstwo sportowe traktuje jako przedłużenie kariery zawodniczej. Organizator rajdów przygodowych. Lubi sobie pojeździć na rowerze i ogólnie się trochę zmęczyć. Autor prowadzi swój prywatny blog pod adresem zonaurbana.pl.

Podobne posty