Różnego rodzaju szczęścia możemy sobie wyobrazić. Mi dla przykładu zdarzają się napady szczęśliwości w sytuacjach niezaplanowanych. Takich, w których okoliczności osadzają mnie w określonej scenerii, a potem jednak następuje zjawisko przekraczające wyobrażenie. Chciałem napisać oczekiwania, ale ponieważ mam się za profesjonalistę, więc nie oczekuję. Proszę również nie oczekiwać ode mnie, ani się nawet nie spodziewać.

Albowiem któż by się spodziewał, że dziś przeżyję jeden z najfajniejszych dni rowerowych w życiu. Przez trzy sezony rzecznikowałem Pucharowi Polski w zjeździe. Dawno to było temu i mało kto by to spamiętał. Nigdy jednak downhillu nie polizałem osobiście (prócz Superligi), a dziś doznałem czegoś niesamowitego w BikeParku Surfaus-Fiss-Ladis, takim swoistym tyrolskim Trójmieście. Proszę sobie wyobrazić, że nawet udało mi się oderwać od powierzchni nawierzchni. Oto dowód:


Leciałem? Spadałem? Samemu ciężko mi w to uwierzyć!


Przy okazji powołaliśmy Lycra Extreme Camel Toe Team. Niewiele osób pojawia się tutaj w strojach kolarskich… I niech Was nie zmylą ochraniacze i kaski zjazdowe!

Zanim jednak dostaliśmy się do BikeParku, musieliśmy podjechać dobre czterysta metrów w pionie. Łatwo nie było, a brak rozgrzewki (sztajcha się zaczęła po niecałym kilometrze i to lekko z góry!) sprawy nie ułatwiło.


Sztywno trochę?

Dla równowagi po wizycie w Bike Parku Surfaus-Fiss-Ladis wjechaliśmy gondolą na szczyt. Prawie 2500 m. Wcześniej jednak zrobiliśmy przerwę na posiłek. Jedną z nauk jakie przyswajam: nie jeść oczami. Ze szczytu, który Chomik szumnie nazwał Chima Coppi. Dla zorientowanych w kolarstwie szosowym ziomków – pojęcie oczywiste. W uproszczeniu: najwyższy punkt wyprawy. Szkoda, że nie zdobyliśmy go na rowerach, tylko uprawiając gondoling. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.


Imponujący styl jazdy naszego wyprawowego przewodnika Lukasa (było o nim wczoraj) oraz naszego przyjaciela Szwajcara z Davos, który przyjął kolegi Carramby w sprawie przyjęcia go do pracy wraz z nabytą w Tyrolu przepiękną krową.

Otóż gdyż albowiem ponieważ z samiuśkiego szczytu mieliśmy single traile niemal na sam dół, do samej depresji. Nie, nie chodzi w tym momencie o Żuławy Wiślane, czy też Niderlandy, lecz o mój stan ducha po glebie, której doświaczyłem na jednym z wrednych korzeni. Jeden mnie załatwił, drugi mnie obezwładnił. Niby coś tam padam po kilku treningach judo, niby kontrola w locie jest, lecz lądowanie nie sposób wybrać. Zatem dźwięknąwszy w korzeń udem, nie pozostało mi nić innego, jak uświadomić sobie, że na tego typu przelotach przelewki to rzadkość. Zdjęcie z chwili po glebie publikuje Chomik w swoim cyklu 5×5: MTB Safari. Przypominam, że właśnie na blogu eurower.pl znajdują się relacje live (pozycje geo) oraz ćwierki z Twittera.

Dzień zakończył się dojazdem do miejscowości Landeck przez Via Claudia Augusta. Kilka szczegółów na temat tej niesamowitej drogi wytyczonej gdzieś na zboczach kilkaset metrów powyżej rzeki Inn ujawnia Chomik na euerower.pl. Aby dojechać do tej starożytnej drogi, trzeba było się wspiąć znowu w górę. Fajnie, na rytmie, choć rekordów prędkości nie biłem. Wcześniej jednak wjechaliśmy do miejscowości wspominanej już – Ladis, gdzie trwały przygotowania do średniowiecznej balangi unplugged. Wypatrzyliśmy nawet świnkę opalaną na rożnie i dwie muzykantki dmące i szarpiące.


Miły przerywnik kulturalny. W takich sytuacjach staram się jednak przypominać, że to czym się zajmujemy my, to także kultura. Tyle, że fizyczna.

Jutro też coś napiszemy! Czeka nas dzień bez gondolingu. Ostrzegam, że może być się okazać, że popołudniem będziemy wskazywać na delikatne przemęczenie. W końcu to trzeci dzień, a wiadomo, że trzeci dzień niesie za sobą kryzys.

O Autorze

Dziennikarz prasowy, radiowy, internetowy; komentator sportowy, spiker Legii Warszawa, a do tego narciarz-amator; żeglarz, ex-pięcioboista i wioślarz. Dziennikarstwo sportowe traktuje jako przedłużenie kariery zawodniczej. Organizator rajdów przygodowych. Lubi sobie pojeździć na rowerze i ogólnie się trochę zmęczyć. Autor prowadzi swój prywatny blog pod adresem zonaurbana.pl.

Podobne posty