Stało się. Tina Maze nagrała song. Trochę taki dysko na mój gust i jeśli kto lubi, proszę bardzo. Ja osobiście bardziej bym się jej spodziewał w repertuarze na kształt Kapeli ze Wsi Warszawa, albo czego innego ambitnego. A jednak nie. W teledysku zrobiono trochę lokacji produktu, że niby gra na gitarze (ale nie dajcie się nabrać, to narta) albo tak się zabawia quasi żonglując od niechcenia fioletowym kaskiem. Trzeba przyznać, że Tina prezentuje się efektownie i nieco inaczej, w sensie lepiej, niż w gumie, prawdaż. Tytuł: MY WAY IS MY DECISION, co w wolnym tłumaczeniu można byłoby przełożyć mniej więcej tak, jak kiedyś Kukiz Paweł wyśpiewywał w piosence autobiograficznej o własnej rodzinie: „za swoje pije ja, ile chce”. Tyle, że w przypadku Tiny motyw piosenki oparty został o jej osobisty wybór, drogę życiową, czyli narciarstwo. To oczywiste chyba.

Do muzyki musiała mieć inklinacje od małej, bo jako panienka z dobrego domu, za sprawą rodziców nie tylko zażywała kultury fizycznej, ale i tej wyższej. Mianowicie pobierała lekcje fortepianu. Wszędobylski szef mój Kurdziel Tomek sprawił, że słyszałem nawet nagranie gry panny Maze. Ekskluzywny mini koncert dała po zdobyciu mistrzostwa świata w gigancie w Ga-Pa. Jakość nagrania podła, bo to ze zwykłego dyktafonu, ale repertuar zgoła ambitniejszy.

Dobra, koniec pitolenia, posłuchajcie i pooglądajcie sobie. Oto Tina prawie Turner:

http://youtu.be/4c1pRRz4CIs

Sami przyznacie, że jeśli nasza Tina aspiruje do zajęcia miejsca po swojej słynnej, choć emerytowanej już imienniczce, to o ile nazwisko Turner wywodzi się od skręcania, to Tinie M. faktycznie lepiej wychodzi jednak właśnie skręcanie. Lecz nie chcę najlepszej gigancistce ostatniego weekendu (i nie tylko przecież) odmawiać talentu. Fajnie, że coś robi. Człowiek w końcu uczy się przez całe życie. Ciekawym, czy kiedyś tam w przyszłości (choćby niedalekiej bardzo) na pomysł śpiewania wpadnie gwiazda Kowalczyk Justyna?

Tak sobie z drugiej zupełnie strony myślę, że nie ona pierwsza zboczyła w stronę muzyki. Pamiętamy przecież Bachledę Andrzeja, co to wolał swoją gitarrę od nart i nie rozstawał się z nią wcale. No chyba, że na dworze jaka zawierucha, a nawet zawieja panowała, albo wilgoć straszliwa i instrument mógł narazić się na rozeschnięcie. Dla porównania przypomnijmy sobie filozoficzny utwór o baloniku czerwonym:

Przyznam się, że z tego narciarskiego zestawu wybrałbym połączenie elektro z folkiem i tworzące je trio o nazwie Future Folk, czyli narciarz – od lotów ekwilibrystycznych specjalista – Staszek Karpiel Bułecka na wokalu i jego kumple. Oto ich próbka:

A teraz na deser Johny B. Goode. Solo Ivicy Kostelicia:

A na deser numer dwa, Ivica i Didier Cuche, którego narta wydaje przeciągłe dźwięki.

W tym gronie nie mogło zabraknąć André Myhrera, którego piosenka również ma konotacje narciarskie:

A ponieważ idą święta:

O Autorze

Dziennikarz prasowy, radiowy, internetowy; komentator sportowy, spiker Legii Warszawa, a do tego narciarz-amator; żeglarz, ex-pięcioboista i wioślarz. Dziennikarstwo sportowe traktuje jako przedłużenie kariery zawodniczej. Organizator rajdów przygodowych. Lubi sobie pojeździć na rowerze i ogólnie się trochę zmęczyć. Autor prowadzi swój prywatny blog pod adresem zonaurbana.pl.

Podobne posty