tre cime

Jednym z kryteriów jakimi kieruje się Gubernator przy wydawaniu zezwoleń na wyjście poza tzw. Strefę X, czyli wszędzie tam gdzie trzeba mieć jego akceptację by przebywać, jest ścisłe określenie trasy jakimi dana wyprawa będzie się poruszać. Dotyczy to zarówno wycieczek organizowanych przez biura turystyczne na miejscu (które cieszą się popularnością wśród bogatej klienteli głównie z Norwegii oraz Rosji), wyjść „prywatnych” – tak jak nasze, jak i wszelkich działań naukowych.

Dlatego składając podanie o zgodę (o czym będzie za jakiś czas) trzeba sprecyzować, którędy będziemy się poruszać. Kalkulując trasę trzeba wziąć pod uwagę porę roku (późną wiosną i latem fiordy rozmarzają, część Spitsbergenu rozmarza), co doskonale uniemożliwia wszelkie poruszanie się. To co w chwili obecnej skute jest lodem stanie się torfowiskiem, bagnami a jednocześnie idealnym miejscem do rozwoju dość oryginalnej roślinności. Dojście do naszego celu, czyli Polskiej Bazy Polarnej byłoby nie możliwe. Dlatego latem można dostać się tam tylko śmigłowcem albo statkiem.

My wyruszamy 15 marca, zatem wszystko będzie jeszcze białe, zimne i zlodowaciałe. Fiordy zamarznięte, a lodowce szarżujące (i to może być wyznacznikiem wyboru trasy).

Wyruszamy z osady Longyerbyean (to najbardziej wysunięta osada ludzka na świecie – N 78’89”). To tu znajduje się lotnisko Skandynawskich Linii Lotniczych SAS, to tu swoje biuro ma pełniący administrację nad Svalbardem – norweski Gubernator. Taka ciekawostka odnośnie lotniska: podobno jeszcze nie tak dawno temu, teren pasu startowego nie był ogrodzony, zatem przed każdym startującym czy lądującym samolotem, jechał samochód aby odgonić potencjalnie przebywające na pasie renifery :).

Sama wioska to dość ciekawy temat, któremu warto poświęcić osobny wątek.

Z wioski kierujemy się na Wschód w kierunku Adventalen, by przy jedynej czynnej kopalni węgla skręcić na Południe w dolinkę Todalen. Pamiętam z zeszłego roku, że sporo napociliśmy się, by wspiąć się na stromą przełęcz. Wysiłek zrekompensuje nam dość długi zjazd Gangdalen, w którego środku powinniśmy mieć pierwszy nocleg. Następnie wypłaszczenie rozległej doliny Reindalen, mijając samotną norweską chatkę w miejscu zwanym Pluto. To prywatny domek jednego mieszkańców Longierowa (jak nazywają osadę Polacy). Pełni on rolę odpowiednika domku letniskowego, chociaż pojęcie letniskowy nie jest najbardziej adekwatne. W zeszłym roku biwakowaliśmy w drodze powrotnej niemal na werandzie. Prawo na Spitsbergenie mówi, że w przypadku zagrożenia życia mamy prawo wejść/włamać się do środka (często kluczyki wiszą w specjalnych skrzyneczkach z napisem „w razie potrzeby zbij szybkę”). Wszystkie takie incydenty należy zgłaszać Gubernatorowi. My na szczęście nie mieliśmy takiej sytuacji, zatem musieliśmy obejść się smakiem, zerkając tylko przez okienka, na wystrój domku przypominający filmową wersje domku w górach Forsterów z serialu „Moda Na Sukces”. Drewniane meble, kominek/koza, butelki wina na półce.. i miękkie (zakładam) łóżka. Strasznie nas kusiło by wejść do środka. Noc jednak spędziliśmy zakopani w śniegu, w naszych zamarzniętych namiotach wciśnięci w mokre śpiwory…

Z Pluto rozciąga się obłędny widok na fiord Van Mijenfjord oraz wzgórza na jego przeciwnym brzegu.

Będziemy musieli się przez niego przebić. Grubość warstwy lodu jest na tyle duża, że nie ma obaw by pękł. Problemem mogą być tzw. zastrugi, czyli liczne uskoki czasem wysokości metra, na które będziemy musieli wciągnąć nasze sanki. Poprzednim razem mocno wiało na fiordzie. Cała szerokość fiordu pokonaliśmy tylko z jednym przystankiem. Schowaliśmy się za saniami i czuliśmy się jak wojacy na froncie. Śnieg padał w poziomie, a każde wychylenie głowy z „okopu” kończyło się szronem na twarzy. Trzeba było pamiętać, gdzie zostawiliśmy narty, by szybko znikały pod świeżo nawiana warstwą śniegu.

Po przejściu na drugą stronę wejdziemy w dolinę Bromelldalen, mijając urocze miejsce z zamarzniętym jeziorkiem polodowcowym,. Piąć się będziemy na najbardziej stromy z lodowców – Sysselmannbreen. Najgorzej wspięcie się na niego wspomina Szymon. Musiał biedak sam ciągnąć 60 kg na saniach pod górę (było to chwilę po uszkodzenia przeze mnie kolana, zatem niemożliwe było abym mógł, mu pomóc). Szczyt lodowca to miejsce w którym, ze względu na moją kontuzję, musieliśmy zawrócić poprzednim razem. To mniej więcej połowa trasy do Bazy.
Dalszą część trasy opisuję tylko na podstawie tracków z GPS oraz mapy, podpowiedzi Michała Jastrzębskiego (który przebył całą trasę dwukrotnie skuterem).

Po zejściu z lodowca stanie przed nami kolejny zamarznięty fiord – tym razem już mniejszy – Van Keulenfjord. Po drugiej stronie wstrzelimy się w lodowiec Pencka, który doprowadzi nas na płaskowyż Amundsenisen – tu może „trochę” wiać, co zdecydowanie nie ułatwi nam mozolnego pokonywania kolejnych kilometrów. Po lewej miniemy lodowiec Zawadzkiego oraz lodowiec Polaków (oficjalne nazwy). Następnie lodowcem Hansa dotrzemy nad Zatokę Białego Niedźwiedzia, gdzie usytuowana jest Polska Baza Polarna Hornsund.

Taki jest plan. A jak wyjdzie? Los pokaże. Wszystko zależeć będzie od Gubernatora (czy wyda nam pozwolenie – ale o tym niestety dowiemy się dopiero na miejscu), pogody, niezawodności sprzętu, zdrowia i szczęścia. Trochę dużo tych czynników będących poza naszą kontrolą… Ale obiecać możemy że dołożymy wszelkich starań, będziemy twardzi i szlochać nie będziemy (bo łzy zamarzną i tylko będzie z tego kłopot). Ale wiadomo – niezależnie co się dzieje – zdrowie i bezpieczeństwo najważniejsze.

W zależności od tych wszystkich czynników, o jakich wspomniałem, i czasu, jaki pochłonie nam dotarcie tych 180-190 km w jedną stronę, zdecydujemy czy pokręcimy się po „okolicy” bazy, czy ruszymy w drogę powrotną, by zdążyć na samolot.
A aktualną pogodę na Spitsbergenie można już sprawdzić bezpośrednio na naszej stronie: torellexpedition.pl

O Autorze

Instruktor narciarski i snowboardowy, pracuje w biznesie od 1998 roku. Bywały sezony, że spędzał na śniegu ponad 800 godzin "lepiąc" nowych narciarzy czy snowboardzistów. Wielki amator podróży na własną rękę w trudne tereny. Ma na koncie ponad 40 państw z plecakiem na plecach. I właśnie z połączenia tych pasji, nart i szwendania, wykreował się projekt Torell Expedition 2012. To już druga wyprawa w arktyczne tereny: skuty lodem, trudno dostępny archipelag Svalbard.

Podobne posty