Layddieeeeees aaand Gentelmen… Let’s Get ready tooo ruuumbleee!!!

Wiadomo o co chodzi, Michael Buffer, najsłynniejszy konferansjer bokserski naszego globu i kultowe słowa, które wybrzmiewają z jego aparatu mowy przy okazji największych walk boksu zawodowego. Sentencja „Przygotujcie się na grzmoty”, największego sensu nabiera gdy w ringu gości kategoria królewska, waga ciężka rzecz jasna. Zawsze wywoływała ona w ludziach najwięcej emocji, wzbudzała najwięcej wyobraźni, kreowała największe gwiazdy, obracała się wokół największych pieniędzy, a przede wszystkim serwowała najpotężniejsze ciosy!!! Wystarczy jedna schludna bomba, światło gaśnie i dobranoc bez dobranocki. Jakież to proste i skuteczne, wystarczy tylko czysto przydupcyć.

Po wydarzeniach z początku grudnia w Kraju znad Wisły o wadze ciężkiej zrobiło się głośno, z tym że tej w MMA. KSW 37 „Circus of Pain” (tłumacz: cyrk żenady) i walka „Pudzilli” z „Królem Albanii”. Idąc tropem konferansjerki wymyśliłem swoje złote hasło (co najmniej tak złote jak uzębienie „Popka”): „Panieeeeeee iiiiii Paaaaaaanowieee przygotujcie się na cioootyyy”. Teraz wystarczy już tylko nadać mojemu cytatowi znak towarowy, podreperować głosinkę i pieniążek jak należy. Buffer na „grzmotach” przez 26 lat zarobił lekko z pół miliarda zielonych banknotów. Cyrkowe dinozaury za swoją walkę też swoje wyciągnęły, jeśli wierzyć plotkom, to Paweł Rak zakręcił się w okolicach miliona PLN. Taka jest cena dna i pięciu metrów mułu…

A teraz już o grzmotach które powinny nas narciarzy najbardziej interesować, o grzmotach, które tej zimy przyszły z dużym opóźnieniem, więc można było się na nie spokojnie przygotować (Val d’isere). Największe „Dziki” i „Świry”, największe prędkości i siły, najgroźniejsze wypadki i w powietrzu wpadki, dramatyczne historie, kultowe trasy, to wszystko, a tak naprawdę wiele więcej daje nam koronna konkurencja w narciarskiej „wadze ciężkiej”: DOWNHILL (mocniej to brzmi w wersji anglojęzycznej). Wraz z jej startem cała pucharowa ruletka zaczyna kręcić się dużo szybciej, wprost proporcjonalnie do osiąganych prędkości w szaleńczych zjazdach. Zasady rozgrywania zjazdu, genialne w swojej prostocie: „pełnym piecem” z góry na dół!!! To trochę jak za lat, kiedy byłem jeszcze beztroskim dzieciaczkiem. Szukało się odrobiny wolności, gdzieś kiedy nie patrzył trener, czy kiedy była po prostu taka możliwość, byle się tylko urwać na chwilę i pociąć z kolegami na tak zwaną „dzidę”, „krechę”, ograniczając skręcanie do minimum. Esencja narciarstwa w głowie małego sportowca!!!

Ok, wyjdźmy z piaskownicy wróćmy do zabawy dla starszych chłopców. Tak naprawdę chodzi w niej o to, żeby po pierwsze, obrać taką linię przejazdu, która w najkrótszy z możliwych sposobów doprowadzi „świra” do linii mety. Po drugie, robić jak najmniej ruchów, które miałyby wpływ na ograniczanie V max. Po trzecie i najważniejsze, chodzi o to żeby nie zrobić sobie „bubu” (czyt. kontuzje, kalectwo, śmierć). Jest taki zawodnik, który o „bubu” w ostatnich latach trochę się dowiedział, a co najistotniejsze, ma patenty jak się z tego całego „bubu” wychodzi i wraca ze zdwojoną siłą. Stwierdzenie „odrodzić się jak Feniks z popiołów” idealnie wpisuję się w narciarskie historie tego niesamowitego Faceta.

Layddieeeeees aaand Gentelmen… Please welcome… The attacking Viking…
AKSEEEEEEEEEEEEELL LUUUUUUUUND SVIIIINDAAAAAAAAAAL!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

27 października 2007 roku jeden z klasyków, trening na trasie zjazdowej „Birds od Prey” w Beaver Creek. Wjazd na „Golden Eagle”, jeden fałszywy ruch, loooot i BOOOOM, światło gaśnie… Po ciosie wagi ciężkiej, Norwegowi śmierć zajrzała w oczy. Wstrząśnienie mózgu, złamany nos, pęknięta kość policzkowa, wybitych kilka zębów, złamane żebra i groźna 15-centymetrowa rana uda, wyżłobiona przez „stal-kanty” jego „sztachet” (co za broń!). Nie obyło się bez bloków operacyjnych. Akselowi spadło kilkanaście kilogramów masy mięśniowej, trzeba to było wszystko nadrobić, nie mówiąc już o ranach na psychice, choć jak się później okazało, nie ma czegoś takiego, jak psychiczne traumy u sympatycznego wikinga. Żmudna rehabilitacja i tak naprawdę zaczynanie wszystkiego od początku. W pierwszych treningach na śniegu, trzeba było zacząć od fundamentów, czyli ułożenia mu całej sylwetki. Uczył się praktycznie jeździć na dwóch deskach od podstaw, bardzo podobnie jak w przypadku nauki dzieci. Jakież to musi być absurdalne uczucie dla gościa, który jeszcze przed chwilą dławił się prędkościami na najtrudniejszych trasach świata…

Ale jakie dopiero musi być uczucie, jeśli po ciężkim KO i zaledwie roku, wraca się na ring swojego „kata” i wygrywa z najwyższą klasą i premedytacją, punktując jego i rywali. Takich powrotów szukać tylko w filmowych produkcjach, choć nawet tam mogłyby wydawać się niezbyt realne. Zastanawiają mnie czynniki pozwalające na taki „come back”. Fizycznie odbudować się da, nawet po bardzo ciężkich kontuzjach i jest to powszechnie wiadome. Z psychiką to już zupełnie inna bajka. Konsekwencje pourazowe mogą odcisnąć piętno w głowie człowieka już na całe życie, nie pozwalając wrócić do życia sprzed wypadku. Okazuje się, że u tego dżentelmena, nie ma czegoś takiego jak „psycha” o czym mogą świadczyć wypowiedziane słowa:

W Beaver Creek byłem w życiowej formie fizycznej, lecz w zaledwie kilka setnych sekundy znalazłem się w najgorszym stanie w życiu. Świadomie postanowiłem powrócić na ten sam stok i na skoczni, na której upadłem, pojechałem jeszcze szybciej. Innej drogi powrotu nie było.

Eeee, co tam, normalna rzecz… (sic!) „Normalną” rzeczą jest też to, że w tamtym sezonie zdobył Kryształową Kulę za Puchar Świata, a rok później przywiózł złoto z Vancouver (SG). Wracać tylko raz? Zbyt proste. Wykluczony z sezonu 2014/2015 z powodu kontuzji ścięgna Achillesa, które to zerwał podczas gry w kulkę nożną… Rozgoryczenie pewnie nie do wyobrażenia dla niego, ale i dla nas kibiców. No bo on, taki „dzik” i że dał się załatwić w „kopaninie”? Gostek, why!? Przecież bez Ciebie to nie to samo, to jak waga ciężka bez „grzmotów”!!!

Grzmoty przyszły już w następnym sezonie (15/16). Jakie tam grzmoty, to było tornado, tajfun, burza, trzęsienie ziemi, to był powrót Kapitana Planety (ktoś pamięta tę bajkę?)! Wygrana w 4 z 5 pierwszych zjazdów sezonu (3 klasyki!) i zwycięstwo w 3 z 4 supergigantów w tym w magicznym Kitzbühel. Magia tego potwornego miejsca trwała krótko. Góra pochłonęła Georga Streitbergera, Hannesa Reichelta i oczywiście bohatera tegoż wpisu. Wyrok dramatyczny dla alpejczyka: zerwane więzadła krzyżowe. Był to dla mnie dzień specjalny, bo miałem okazję współkomentować legendarne zawody na „Streifie” i tak naprawdę spełniałem swoje marzenia z dzieciństwa , choć tylko (aż) zza mikrofonu i po drugiej stronie ekranu. Nie mogłem się jednak w pełni cieszyć, bo downhill znów miał nie być taki sam jak wcześniej, jak z Akselem Lundem Svindalem…

Jeszcze kilka tygodni temu pojawiły się niepokojące informacje, że sprawa rozdupczonego kolana się komplikuje i narciarski idol może nawet nie wrócić na stok. Narciarski świat zamarł, wstrzymując oddech, a ja prawie się udusiłem od tego wstrzymywania. Uff – odetchnąłem z ulgą, choć w Maso Corto (ponad 3000 m.n.p.m), gdzie przebywałem, tlenu nie było pod dostatkiem. Pod dostatkiem było za to mojej radości, gdy zobaczyłem jak WIELKI MISTRZ powrócił, będąc 3. w DH i 2. w SG. Jaaaa, klasse gemacht!!! Ten Skandynaw jest nie do podrobienia, to Terminator, podatny tylko na uszkodzenia mechaniczne, które za pomocą kilku śrubek można przecież naprawić. Nie ma tu miejsca na strach, nie ma luki na zwątpienie, na chwile słabości, nie ma siły która mogłaby go powstrzymać przed tym by wracać i wygrywać. Akselundo jesteś wielki, a będziesz nieśmiertelny, gdy wrócisz na Hahnenkamm-Rennen i pokażesz tej pieprzonej górze, kto na niej rządzi, tak jak już raz to zrobiłeś na „Birds of Prey”!!! Z góry dziękujemy za kolejne zdumiewające historie.

Zjazd w konkurencjach alpejskich, jest jak F1 – wyżej się nie da, a szczególnie jeśli chodzi zawody w Kitzbühel, które doczekały się świetnej produkcji filmowej „Streif – One Hell of a Ride”. Michał Szypliński, opowiadał mi, jak po warszawskiej premierze filmu (tylko dla dziennikarzy) jakaś dziennikareczka mówi: eeee nuudaa… Na wyobraźnię tej pani nie podziałały liczby takie jak załamanie terenu na „Mausefalle” dochodzące do 85 stopni, oddawane tam około 80-metrowe skoki, prędkości przekraczające 140 km/h, tragiczne w skutkach wypadki, koszty organizacji i przychody liczone w milionach euro, 50-tysięczy tłum kibiców stawiający się na mecie, czy jakże długa, piękna i przebogata historia. To wszystko przedstawione w kosmicznych zdjęciach wspomaganych przez Red Bulla (top klas). Hmmmm[… chciałbym ową panią kiedyś zabrać do „Kitz” i postawić przy „pułapce na myszy”, by móc uwolnić jakże słabo rozwiniętą wyobraźnię. Żużel w gaciach i pełne kalesraki gwarantowane, a sposób na nudę rozwiązany na długie lata. Aha zapomniałbym o jeszcze jednej produkcji i to z tych hollywoodzkich!!! Rok 1969 i „Downhill Racer” (polski tytuł : „Szaleńczy zjazd”), a w roli głównej Robert Redford!!! Do tego Gene Hackman!!! To kino dla prawdziwych koneserów i ludzi kochających „dwie deski”. Macie tam Wengen, Kitz, piękne kobiety, szybkie samochody, romanse i wszystko, co oddają zjazdy zamierzchłych czasów. Główny bohater to nie kierowca, wyścigowy, nie fighter, nie koszykarz, czy piłkarz (ile tego oglądaliśmy). To zjazdowiec! Czad! (film w całości na YouTube).

Zjazdowcy podczas zjazdu nie mogą się położyć na stoku, jak „Albańczyk” w ringu i jęczeć: ała, tylko przypadkiem mnie nie bij, poddaje się, jesteś u pani. Zjazdowiec, jak już otworzy bramkę startową, to tak, jakby podpisał pakt z diabłem z którego nie de się wycofać, aż do przecięcia linii mety. Każda chwila zawahania, moment nieuwagi, głupi przypadek, może zaprowadzić go do wrót piekieł, a w najgorszym wypadku, może w tym piekle zostać już na zawsze. Ktoś kiedyś powiedział (chyba Svindal), że my zjazdowcy jedziemy praktycznie nadzy bez żadnej ochrony. Tylko ignorant z tym się nie zgodzi, czy wspomniana pani z gazety Dzierżoniowskiej, czy jakiejś innej tam Wałbrzyskiej. Mięśnie, kask, gogle, plasticzek na plecach i ciało okryte kondomem…. Istna gladiatorka!!!

Chciałbym przedstawić tu jeszcze wiele historii ludzi, którzy sprawiają i sprawili, że zjazd jest tak fascynującą konkurencją i tak różnorodną. Konkurencją, która jest czymś więcej, niż tylko jazdą z górki na pazurki. Nie wszystkim się tak udawało, jak Svindalowi, nie wszyscy mogli „wrócić”. Svindal to troszkę osobny przypadek. To taki sportowiec idealny. Oczytany, inteligentny, sympatyczny, błyskotliwy, do bólu profesjonalista, a na dodatek przystojniak. Jego wszyscy lubią, bo nie da się go po prostu nie lubić, nie ma za co. Jednak gdyby każdy był tak idealny jak on, to królewska kategoria byłaby nudna. Identycznie jest w boksie. Gdyby wszyscy byli braćmi Kliczko, to nie byłoby tak ekscytująco, zresztą pokazały to lata dominacji Ukraińców (jeden już odszedł i dobrze), gdzie lud zaczął się frustrować. Zaczęliśmy tęsknic za Muhammadem Alim (do dziś mam jego wielki plakat), Tysonem, czy Andrew Gołotą, bo „bad boysi” są potrzebni, tak samo jak dostojni panowie. Wielki sport nie istnieje bez kolorytu, bez ciemniejszej strony medalu. Zjazdy potrzebują „Bode Millerów”, czy pobudzających wyobraźnie płci męskiej pań, jak Lindsey Vonn. To oni nakręcają całą koniunkturę, począwszy od marketingu, skończywszy na sprawach niekoniecznie stricte sportowych. Oni tworzą pieniądze, a wielki sport bez pieniędzy nie istnieje i nie dociera do milionów ludzi na całym świecie (smutne ale prawdziwe.)

Nie mylmy jednak wielkiego sportu i dużych pieniędzy z tym cyrkiem związanym z Pudzianami, Popkami, Małpami, czy innymi Najmanami. Nie mylmy „grzmotów” od „szrotów”. Jeśli waga ciężka, to na pierwszym miejscu tylko ta alpejska, może za mniejszą kasę, ale za to za największą cenę. Cenę „życia”…

PS Następne walki wagi ciężkiej już 17 grudnia w Val Gardenie. Tego klasyka nie można przegapić!

PS2 Każdy, kto przeczytał ten wpis, kocha narciarstwo lub go nie rozumie, ma obowiązek poświęcić chwilę na oglądnięcie tego filmu dokumentalnego.

Jest zjazdowiec, który wycisnął ze mnie łzy, a tak naprawdę rozwalił mi moją słabą psychę, tak jak robił to kiedyś Andrzej Gołota. Bode Miller i Robert Redford (z filmu „Downhill Racer”) w jednym. Historia wielkiej chwały narciarza i wielkiego upadku człowieka. Dla mnie nieśmiertelnego „ciężkiego”, który będzie już na wieki wieków legendą, a przede wszystkim mistrzem igrzysk olimpijskich z Sarajewa. Bill Johnson… Ski to Die…

Panie Boże chroń wszystkich zjazdowców. END

O Autorze

Michał Okniański

Prosty narciarz z Karpacza.

Podobne posty

  • Mariusz

    Rewelacyjny artykuł. Jako uzupełnienie polecam zjazd w Kitz na własnych nogach – wtedy można w pełni zrozumieć potęgę tej góry.