tre cime

Zima 2010/2011. Grudzień. Kolejny weekend w mieście. Za oknem mróz i zawieja… W telewizorze kolejna transmisja z biegów Justyny i skoków Adama. Karuzela Alpejskiego Pucharu Świata zaczyna się rozkręcać. Siedzę w domu, ale coś mnie nosi, coś niepokoi…

Wyciągi narciarskie jeszcze zamknięte. Nie potrafię sobie znaleźć miejsca. Wiadomo, moja córka mówi o takich jak ja „choruchy” – to ludzie z wiecznie niezaspokojoną potrzebą ruchu. No to zakładam trampki, czapkę, rękawiczki i inne takie. Idę biegać. Po kilku minutach jestem na wałach nad Odrą. Biegnę. Śnieg skrzypi, z ust leci para. Nareszcie wszystko się zgadza. Aż tu nagle… Wyprzedza mnie człowiek na nartach biegowych. Niemalże w środku miasta. Za chwilę spotykam dwójkę ludzi biegnących poniżej wałów. Też na nartach. W trakcie tego krótkiego seansu biegowego spotykam dziewięć osób na biegówkach. Jakaś epidemia, czy o co chodzi? Już prawie przed samym domem spotykam sąsiadkę. Przecieram oczy ze zdumienia – ona też na biegówkach. Uśmiechnięta, pozdrawia mnie promiennie.

Zima 2010/2011. Styczeń. I znowu weekend w mieście. Co z tą zimą, pytam? Jak się dobrze zaczęła, tak gwałtownie się skończyła. W pobliskich górach działają tylko nieliczne wyciągi. Na trasach zjazdowych tłum i kamienie. I co? Kolejny weekend w mieście? Znowu transmisje w telewizji jako namiastka sportu? Zamykam oczy i wspominam śnieżny grudzień. Przed oczami przesuwają mi się obrazy z prawdziwej zimy: zaśnieżona ulica, sąsiadka na nartach, śnieg w parku, Justyna Kowalczyk, transmisja z biegówek, Justyna, Jakuszyce… Justyna? Jakuszyce? Mam! Eureka! Przecież to takie proste! Chwytam portfel i lecę do najbliższego sportowego. Kupię sobie biegówki i zostanę biegaczem. W końcu co, robi to już tyle osób, więc dlaczego nie ja?

Krok nr 1

Już w sklepie muszę rozstrzygnąć dylemat, czy mają być to biegówki do biegania w parku, do kroku łyżwowego czy może klasycznego. Wybieram te do łyżwy. Łatwiejsze smarowanie, komplementarny ruch dla całego ciała i jakieś intuicyjne przekonanie, że to powinno mi odpowiadać… Ze sklepu wychodzę z ekwipunkiem. Ubranie i resztę sprzętu uzupełniam z moich zasobów narciarsko-rowerowych. To już tylko mały krok i będę narciarzem biegowym. I to dobrowolnie!!!

Krok nr 2

Kolejna niedziela w mieście…? A właśnie że nie. Rano wrzucam moje biegówki do auta (jakie one lekkie!). O 8.15 ruszam w drogę do Jakuszyc! Jestem jakiś spięty, spieszy mi się, bo z narciarstwa zjazdowego wiem, że kto rano wstaje… Po półtorej godziny jestem na miejscu. 9.45. Późno, kruca bomba. Pewnie z parkingiem będzie lipa i trasy też już nie wytrzymają.
Ale nie, na parkingu spokój, miejsc dość. Ludzie jacyś uśmiechnięci, wyluzowani, wyciągają sprzęt, nie wykonując żadnych nerwowych ruchów.

Krok nr 3

Buty zapięte. Wszystko sprawdzone. No to szybko te narty na nogi i na trasę, bo mi ją inni rozjeżdżą. Zapinam więc z mozołem wiązania, ale ta boazeria mi się nieustannie rozjeżdża na boki. No dobrze, trudno. To też wymaga ćwiczeń. Niech tam, poćwiczę.
No, zapięte. W końcu. Więc teraz szybko w drogę. Przecież zawsze byłem raptusem. Kije w łapę i jazda! Akurat… Dwa kroki do przodu, trzy do tyłu. Gleba. I tak kilka razy. Do tego te kijki przypięte prawie na stałe do rąk. To też nie ułatwia wstawania…
Okulary zaparowały, rękawice mokre. Ratunku… Ja chcę do mamy! (Choć tak naprawdę zawołałem inaczej).

Krok kolejny…

Jednak po paru minutach coś nareszcie zaczyna wychodzić. Powoli, delikatnie, już bez nerwów zaczynam przemieszczać się do przodu. Bez megaprędkości, ale za to rytmicznie i bez upadków. Obok mnie maszerują, biegną ludzie. W różnym wieku, różnie ubrani. Ale wszyscy na nartach. I to, co mnie porusza na początku tak bardzo: trasa – w stanie idealnym, na trasie spokój, a ludzie uśmiechnięci i wyluzowani. Ani śladu spięcia, kolejek, zniszczonej trasy, które towarzyszą w każdy weekend na stokach zjazdowych. Z każdą chwilą podoba mi się coraz bardziej. Jeszcze nie wszystko percypuję, bo dominuje walka ze sprzętem i śniegiem, ale te bodźce, które do mnie docierają, potwierdzają słuszność podjętej decyzji. Po trzech godzinach biegania wracam do auta. Odpinam narty, zzuwam buciki, siadam za kierownicę i… nie jestem w stanie nacisnąć sprzęgła. Kręcenie kierownicą wydaje się niemożliwe. No właśnie, ile człowiek ma mięśni, o których nie miał nigdy pojęcia. W domu jestem krótko po 14.00 i załapuję się jeszcze na część transmisji slalomu giganta z Adelboden. No! Taki weekend w zimie to ja rozumiem…

…i jeszcze jeden…

Mój kolejny, czwarty już wyjazd na biegówki. Znowu Jakuszyce, pogoda żyleta. Zimno, słonecznie, bezwietrznie. Aż żyć się chce. Biegnę po trasach w Jakuszycach. Sam. Lubię samotny wysiłek. Polubiłem go podczas moich samotnych wycieczek rowerowych w Alpach. Już potrafię biegać, czuję rytm, miarowy oddech, wysiłek. Uwielbiam dźwięk sunących po śniegu nart, skrzyp kijków. Przebiegam przez trasy dla początkujących, wbiegam na strome podjazdy. Tam jest naprawdę pusto, cicho i niemalże pierwotnie. Jestem sam na sam z przyrodą.
Cisza i spokój, blask śniegu, widok ośnieżonych gór. A do tego ten wysiłek. To jakby idealne połączenie roweru i freeride’u.
Zima 2011. Luty. Jest prognoza na duże opady śniegu w górach. Więc freeride. Pakujemy się z kumplem na wyjazd do Szwajcarii. W aucie lądują moje ulubione Icelantiki, kask, pieps, sonda, kije i inne „artykuły pierwszej potrzeby” do freeride’u. Jeszcze ostatnie sprawdzenie w mojej narciarskiej piwniczce, czy aby nic nie zostało. Na ścianie, obok gigantek, stoją moje biegóweczki… Hmm… A może jednak? Dobra, mamy miejsce, mówi kolega. Więc lądują w bagażniku moje biegowe narty, buty i kije. Już po drugim dniu okazuje się, że to była świetna decyzja. Codziennie, po najlepszych w życiu freeride’owych zjazdach z Diavolezzy, robię chwilę przerwy, zapinam biegówki i biegam do zmierzchu.
Od tego wyjazdu wiem, że nie pojadę na narty, nie zabierając biegówek. W końcu trasy biegowe są wszędzie, gdzie są zjazdowe. Nie zmarnuję żadnego weekendu w mieście, jęcząc, że pogoda nie taka, śniegu za mało, ludzi za dużo.
Na biegówkach można biegać zawsze i prawie wszędzie. Wystarczy tylko trochę śniegu.

A gdyby ci się jednak po przeczytaniu powyższego tekstu zachciało zostać „choruchem” i biegać na nartach, to wtedy masz wybór: 

Narty śladowe – jeśli chcesz biegać przy domu, przez łąki, park. Spacerować na nartach, gdzie oczy poniosą. Na tych nartach możesz biegać wszędzie − nie ograniczają cię przygotowane trasy. 
Klasyczne biegówki – bo imponuje ci Justynka. Ale pamiętaj, że wtedy musisz posiąść wiedzę tajemną o smarowaniu. 
Biegówki do kroku łyżwowego – bo lubisz szybkość, wysiłek i akcję na wysokim tętnie. Tutaj jednak, pamiętaj, nie ma spacerowania – jest bieg.

O Autorze

Podobne posty

  • Maciej Gracjasz

    Gdzieś w okolicach Krakowa jest szansa pobiegać po przygotowanej trasie??

    • Michał Kurdziel

      Na błoniach, ale osobiście nie polecam wdychać smogu z samego epicentrum… :) Jeśli dobrze kojarzę to w puszczy niepołomickiej są warunki do tego.