tre cime

Podczas dzisiejszej superkombinacji potrzebna była prawdziwa i kompletna wszechstronność. Oprócz umiejętności technicznych i szybkościowych, zawodnicy myślący o medalach musieli dać pokaż jazdy po lodzie oraz twardym i miękkim śniegu. Ivica Kostelic wiedział co robił, z jego kolanami poranny przejazd po Kandahar mógłby być ostatnim występem w jego karierze. Twarda i niemiłosiernie wyboista trasa zjazdu z pewnością przetrzepałaby doświadczone przez życie stawy aktualnego lidera PŚ.

Pod nieobecność dominatora tegorocznych superkombinacji, wspomnianego wcześniej Chorwata, walka o mistrzostwo zdawała się być otwarta. Można narzekać na wysokie numery i rozmarzającą trasę, albo zagryźć ząbki, spiąć poślady i popisać się najszybszym przejazdem po Kandahar, jak uczynił to Aksel Lund Svindal. 21. numer startowy nie przeszkodził w zejściu poniżej dwóch minut (1:59,49), co oznaczało przewagę 0,63 s. nad Szwajcarem Beatem Feuzem. Innerhofer rozkręcił się jak wirnik turbosprężarki – z trzecim czasem zjazdu i włoskim trenerem ustawiającym slalom kolejny medal zdawał się być w zasięgu Christofa. Norwescy trenerzy najbardziej obawiali się Ondreja Banka, który z półtorasekundową stratą i zacnymi umiejętnościami slalomowymi zdawał się być poważnym zagrożeniem. Skład pierwszej dziesiątki po zjeździe to znajome twarze, prócz 21-letniego reprezentanta Andory – Kevina Esteve Rigaila (miejsce 9. – 2:01,81). Jak widać chcieć to móc.

Podczas popołudniowego slalomu Georgi Georgiev nie był jedynym Bułgarem. Warunki na stoku znacząco odbiegały od idealnych. Wysoka temperatura tylko dopełniała obrazu rozpaczy. Ostatni w stawce Svindal jechał po stoku, który wyglądał jakby ratrakowano go drabiną ciąganą za skuterem śnieżnym (patent polskich górali z Bukowiny). Dwudziesty szósty po zjeździe Michał Kłusak miał możliwość zjechania po wciąż równej trasie. Swoją szansę wykorzystał w 5% – druga tyczka przeszła miedzy nartami i Polak zmuszony był podchodzić pod Gudiberg, niczym Kowalczyk pod Alpe Cermis. Jak można się domyślać Justyna potrafi robić to szybciej, więc strata ponad dwudziestu sześciu sekund do zwycięzcy zdaję się być najmniejszym wymiarem kary. Po naprawdę żwawym przejeździe mistrza świata SC z Bormio Benjamin Raich zaczął piąć się w górę z dalekiej 12. pozycji. Pomijając jakość przejazdu, jego awans na czwarte miejsce w ogólnym rozrachunku związany był z pewnym zjawiskiem. Z częstością wypadania zębów mlecznych u siedmiolatków z trasy wylatywali: Ligety, Miller (w tym wypadku dosłownie wylatywali), Zurbriggen i Feuz. Bode pożegnał się ze slalomem na wysokości tyczki którą między nogi wziął polski zawodnik. Taktyka „go hard or go home” nie zdała dziś egzaminu. Nasz południowy sąsiad Bank nie okazał się równie pewny co Gordon Banks i po nerwowym przejeździe pozostał na  piątej pozycji. Kiedy czwarty od końca Fill objął prowadzenie jedno było pewne – Włosi zakończą dzień z co najmniej jednym medalem. Innerhofer na trasie zaprezentował się niczym Rocca bądź Razzoli i z dwójką zawodników na górze Włosi okupowali dwie pierwsze lokaty na podium. Kiedy Feuz wciągnął tyczkę między narty Włosi oszaleli z radości i niemalże wypchnęli smutnego Benniego z kadru. Jedni powiedzą, że to nieelegancko cieszyć się z pecha innego zawodnika, ale Fill którego ojciec znajduję się w szpitalu pragnął zadedykować swój sukces właśnie jemu. Pod nieobecność Janki Aksel okazał się być prawdziwym icemanem. „Z taką przewagą mogłem pozwolić sobie na taktyczną jazdę, ale wiedziałem że inni zjechali szybko i nie chciałem przesadzić z asekuracyjnością”. Plan Norwega wypalił – z przewagą 1,01 s. obronił tytuł z Val d’Isere i podtrzymał norweską passę mistrzostw z medalami, która trwa od 20 lat.

Dziś święto najbardziej kompletnego zawodnika w alpejskim światku. Pytanie jest jedno kto jest tym narciarzem? Aksel Lund Svindal obronił tytuł i zrobił to w wielkim stylu, ale Christof Innerhofer z kompletem kolorowych krążków zdaje się być tym „naj” – wszak musiał pokonać trasy wszystkich konkurencji prócz giganta, zanim obwiesił się cennym kruszcem niczym B.A. Baracus.

Dla części czytelników śledzących losy całej polskiej kadry dodam, że Maciek Bydliński dotrwał do pierwszego międzyczasu zjazdu ze stratą sekundy dziesięciu setnych. Potem wyleciał w prawym zakręcie i po dokonaniu oględzin nart nie wyglądał na w pełni przekonanego że były jego.