tre cime

Były lata, gdy na poważnie ścigałem się na nartach. Teraz spoglądam wstecz i widzę, że z każdym rokiem ten miniony okres mojego życia nabiera nowych barw. Pewne zdarzenia, w których uczestniczyłem zrobiły się jakieś bardzo egzotyczne, a niektóre – wręcz nie do wiary. Oczywiście, z perspektywy dnia dzisiejszego. Dlatego tekst ten polecam młodym zawodnikom, w szczególności tym, użalającym się nad własnym losem i nad metodami treningowymi. Jasne, wiem jaki ogromny krok naprzód zrobił świat sportu przez ostatnich kilka lat. To naturalna kolej rzeczy. Także w narciarstwie wyczynowym zapanował absolutny profesjonalizm. Tak musi być, bo sporo jest pieniędzy do zarobienia. Może nie tak dużo, jak w innych dyscyplinach, ale jednak – stawka jest naprawdę poważna. Warto pamiętać, że zaledwie jedno pokolenie dzieli nas, pasjonatów narciarstwa, od całkiem innych reguł gry.

Na nartach stanąłem po raz pierwszy w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. To wcale nie prehistoria, zapewniam. Lodowce już działały, narty były tylko trochę dłuższe a stroje bardziej kolorowe i radosne. Historię świadomie zaczynam od lodowców – marzenia wszystkich, do których dotarło, że na nartach można zjeżdżać w trochę lepszych warunkach niż na Kasprowym, czy w Szczyrku. Notabene, w obu tych kurortach narciarskich zmiany, od tamtego czasu pojawiły się w iście kosmetycznym wymiarze. Baza pozostała ta sama, właściwie nawet szkoda, że wyremontowali kolejkę na Kasprowy, bo przejazd starą to ciekawe doświadczenie.

Wróćmy jednak do krajów alpejskich. Lodowce w świadomości polskiego narciarza zamykały się w magicznej nazwie: Kaprun. Stary dobry Kitsteinhorn – to było to. Piękna wizja. I tylko wizja, jeśli nie udało się pokonać prawdziwego toru przeszkód. Na początek – trzeba było zdobyć paszport. Dosłownie, zdobyć. Jak wiadomo, paszporty nie mogły znajdować się w domu obywatela; były przechowywane w specjalnym urzędzie, chyba na milicji, nie pamiętam. W ich zdobyciu najważniejszym argumentem przetargowym była często kawa; sprzedawana w złotych, kilogramowych opakowaniach Wiener Kafee. Przy każdym wyjeździe trzeba więc było zahaczyć o Mexico Platz w Wiedniu i kilka takich argumentów przywieźć dla pań z urzędu paszportowego. Moja mama dokonywała wtedy cudu – potrafiła wydobyć paszport w 24 godziny! Niektórzy na pewno potwierdzą, że wyczyn to na miarę mistrzostwa, bo normalnie – i to dla szczęśliwców – pozostawał miesiąc czekania (bez gwarancji sukcesu). Następny krok: załatwienie wizy do Austrii – opuszczaliśmy przecież żelazną granicę Krajów Demokracji Ludowej. Tutaj było łatwiej bowiem konsul austriacki należał do normalnych ludzi i rozumiał potrzeby sportowców.

Wiza zdobyta – ruszamy. Dzisiaj dopiero do mnie dociera, jak zwariowani byli moi rodzice. Na pewno sam nie prowadzę „normalnego” życia, ale „korba” jaką oni mieli – to dopiero coś niezwykłego. Oto przykład, jeden z wielu. Pierwszy wyjazd na lodowiec: cztery osoby w Fiacie 125 i przyczepie N126. Tak, to taka mała przyczepa, z której jeszcze niedawno sprzedawano zapiekanki (do tego celu idealna). Kwaterujemy się na parkingu pod wyciągami gdzie, na szczęście, za porządek odpowiada były obywatel Jugosławii. Jako ziomal wykazywał pełne zrozumienie dla naszej sytuacji. Toteż zamykając parking, po pierwsze nas nie wywalał, a po drugie – co najważniejsze – zostawiał toalety otwarte na noc. Co za luksus! Od następnego dnia na wymarzone narty. Ski-passy nie były magnetyczne, więc stosowaliśmy wersję „Polak potrafi”; dwójka jeździ do południa i zmiana. Zupełnie wystarczające dla nas, młodych zawodników. Śmieszne, gdy porównam to z dniem dzisiejszym i faktem, że co roku mam sezonowy ski-pass ważny na prawie całą Austrię…

Teraz przeskok w lata dziewięćdziesiąte i wyjazdy klubowe. Do Kaprun oczywiście. Dopiero później pojawiły się wyjazdy do Hintertux – o tyle trudniejsze o ile było nam dalej. (przypomnę, auta też były inne). Co z tego, że istniała bliższa droga przez Rosenheim, (Niemcy), skoro oznaczało to zdobywanie kolejnej wizy. Już lepiej było wybrać wersję przeprawy przez Pas Thurn, (austriackie góry), oczywiście przejazdem bocznym a nie płatnym. Tam są takie serpentyny, że w maluchu należało wrzucać z rozpędu jedynkę, czyli synchronizować brutalnie biegi, bo inaczej „nie szło”. No właśnie samochody używane wtedy to również niezły temat. Przewinął się maluch, VW garbus, Polonez „wypas” bo z silnikiem diesla – ten się rozsypał kompletnie po trzech latach. Pamiętam takiego rodzynka jak Wartburg w wersji kombi. Dobry, bo duży. Po prostu gute deutsche wagen – z tą małą różnicą że produkcji wschodnioniemieckiej . Zupełnie nic sobie nie robiliśmy z tego, że rano po odpaleniu okolica zasłonięta była pięknym bladoniebieskim dymem z silnika dwusuwowego. Nie byłem jednak już tak wyluzowany podczas jazdy po alpejskich drogach, bo przypomnę, że auto z silnikiem dwusuwowym nie ma hamowania silnikiem na biegu. Hamuje się, jak nazwa wskazuje, jedynie hamulcami, dopóki działają i nie są przegrzane. Czasy były jednak już o niebo lepsze (od tych przyczepowych). Mieszkaliśmy w kwaterach, najtańszych oczywiście ale zawsze. W tej chwili na narciarzy, niekoniecznie zawodowych, takich jak np. uczestnicy organizowanych przez nas co roku Racecampów czekają komfortowe pokoje w pensjonatach uzbrojonych w SPA i inne atrakcje. Cóż… łza się kręci w oku.

Moje ówczesne próby z językiem niemieckim zaczynały się od: wolen sie kaufen …i tutaj pojawiały się rzeczowniki. Czyli wyliczanie tego, co mieliśmy do sprzedania. Najczęściej były to kryształy. Opanowałem tę sztukę całkiem nieźle, gdyż taka była konieczność. Nie tyle chodziło o zarobek, po prostu – jeśli chciało się jeszcze raz wyjechać, to handel był obowiązkowy. Jeszcze stosunkowo niedawno wszystkie te wyczyny mocno mnie żenowały i wspominałem je z pewnym wstydem. Teraz patrzę na to z innej perspektywy i myślę, że jeśli mamy się wstydzić, to raczej za tych, którzy do takiego stanu doprowadzili, pakując nas w tyle ryzykownych i upokarzających sytuacji. Mój tata, poważny dyrektor w firmie, zarabiał kilkadziesiąt dolarów na miesiąc, a to nijak się miało do ceny ski-passu i noclegu w Austrii. Cóż więc pozostawało, jeśli człowiek chciał znaleźć się na prawdziwych trasach z jako takim sprzętem?

W latach osiemdziesiątych „załapałem” się jeszcze na ostatki finansowania odgórnego, czyli z ministerstwa, wspomagane częściowo z polskiego Pool-u. To była taka jednostka przy PZN, do której sponsorzy (a było ich kilku) wpłacali pieniądze i dawali sprzęt. Ten nasz Pool rozpadł się oczywiście po kilku latach działania z wielkim hukiem i wielkim debetem, ale to już temat na odrębną historię. Nie pamiętam już kto wymyślił, żeby w Alpy jechać pociągiem. Trasa: Katowice – Wiedeń SudBanchof – łącznik tramwajowy na WestBanchof – Salzburg – Kufstein – zmiana na kolej wąskotorową do Mayrhofen potem tylko busem do hotelu i już jesteśmy na miejscu. Nie pamiętam, ile jechaliśmy. Można sobie tylko wyobrazić jak długo i jak przyjemnie podróżowało się z czterema parami nart i wielkim bagażem.

Mniej więcej w tamtym okresie pojawiły się tyczki przegubowe. Do podstawowego treningu przydałoby się z 50 sztuk, ale nas nie stać było nawet na.. jedną. W końcu znajdując i naprawiając odpady po innych teamach, udało się zmontować komplet. Początki z uchylnymi tyczkami to również był niezły meksyk. Nie mieliśmy wiertarek, pracowało się kilkukilogramowym żeliwnym łomem. Pierwsze tyczki miały bardzo słabo dopracowany system trzymania w śniegu i często wypadały. Można było wbitą w śnieg tyczkę oblać wodą i po paru minutach siedziała solidnie. Problem tylko jak potem ją wyjąć? Rozwiązaniem okazały się kliny drewniane, które wbijało się koło przegubu. Dobra rzemieślnicza metoda. Osobny plecak z klinami i jazda. Od tamtej pory nie upłynęło wcale zbyt wiele czasu. Dzisiaj organizując Skicamp w Austrii -zapewniam amatorom warunki, o których wtedy nawet mi się nie śniło: zamknięta trasa, tyczki, kamera, fotocela, radia… i wiele innych akcesoriów. Kiedyś, w czasach mojego zawodniczego trenowania, to wszystko pozostawało w sferze marzeń.

Nastały lata dziewięćdziesiąte – chyba najpodlejszy okres w polskim sporcie. Koniec finansowania odgórnego, a jeszcze nie początek prawdziwego sponsoringu. Mój budżet trochę reperowało stypendium, drobny handel sprzętem i najmocniejszy sponsor: papa. Rozpocząłem wtedy walkę w pierwszej lidze: w Pucharze Świata. Mój team był bardzo egzotyczny. Polonez Caro z silnikiem diesla, ja, trener i kompletny brak kasy. Jeździliśmy wtedy od jednych zawodów pucharowych do kolejnych żerując wprost na gratisowych noclegach fundowanych przez FIS. Najcenniejsze były zawody w zjeździe, bo kilka dni oficjalnego treningu przed startem pozwalało na komfortowy „nieoficjalny” trening popołudniowy. Jakoś się toczyło. Dzięki dobrym kontaktom i niezłym wynikom dostawałem przyzwoite narty bezpośrednio z fabryki Blizzarda i wiązania Markera. Piszę o przyzwoitych nartach, bo tak naprawdę tylko raz dostałem sprzęt pierwszoligowy – na mistrzostwach Świata w Sierra Nevada Christian Maier uszkodził krawędź na tyle poważnie że te narty go już nie interesowały. Dla mnie były zupełnie dobre. Inne, ciekawe doświadczenie związane było ze smarami firmy Swix i oficjalnym serwismenem pucharowym, który wprost kochał markę Chopin. Mój skandynawski przyjaciel za butelkę tego trunku był w stanie wyczarować dla mnie wiele, równocześnie podając bezcenne informacje techniczne, przydatne do dnia dzisiejszego.
Daleki jestem od narzekania na tamte czasy. Wiem, że byłem w uprzywilejowanej grupie ludzi, którzy mogli wyjechać za granicę – ­tę ważniejszą – do krajów zachodnich, którzy mieli paszport lepszej kategorii, z pieczątką „wszystkie kraje świata”. Teraz robię to, co naprawdę lubię i nie muszę martwić się o szczegóły. „Grupa Szafrański” to przedsięwzięcie, na które obecnie składają się: sieć serwisów narciarskich z prawdziwego zdarzenia, punkty handlowe oraz biuro umożliwiające pasjonatom narciarstwa udział w imprezach typu Skicamp, czy Babycamp. Trenują, ścigają się i mają frajdę, o której ja dawniej nie śmiałem nawet marzyć. To, co kiedyś bolało i dręczyło teraz służy tylko do porównań. Głównie optymistycznych. Prowadzi też do końcowej refleksji: dzisiaj wiem gdzie jestem, co zdobyłem – i to jest najważniejsze!

O Autorze

Miłośnik nart. W przeszłości aktywny zawodnik. Dwukrotny olimpijczyk z Lillehammer i Albertville. Dwunastokrotny mistrz Polski w slalomie gigancie i zjazdach. Uczestnik zawodów Pucharu Świata. Założyciel Grupy Szafrański - organizatora profesjonalnych wyjazdów narciarskich. Komentator Eurosportu. Szczęśliwy mąż i ojciec.

Podobne posty

  • Wojtek

    Super tekst, może napiszesz coś o latach 80 i 90, wrażenia z MP bo troche uzbierało się tych medali :)