Udało się! Pierwszy weekend Pucharu Świata na Półkuli Północnej doszedł do skutku. Może śmiesznie to zabrzmi, ale jest to niewątpliwe sukces… Po tym, jakie figle związane z brakiem śniegu płata nam Matka Natura, można zwyczajnie zdurnieć… A tam zdurnieć, można się najnormalniej w świecie wkurwić.

Lake Louise jeszcze przebolałem, ale odwołany zjazd na legendarnej trasie Birds of Prey, w kraju gdzie wszystko jest możliwe, to zwyczajny skandal, to jak zły sen (na pewno nie ten amerykański)!

Z chwilą gdy cały alpejski cyrk przenosił się co roku do Kanady i USA czułem, że ta cała zimowa rywalizacja dopiero nabiera kształtu, że właśnie dostajemy brakujące elementy jakiejś większej układanki. Jednak nie ma już czegoś takiego, ja gwarancja na śnieg. Z naturą nie wygrasz, koniec kropka.

Wróćmy na ziemię, a dokładniej do Killington, jakieś 250 mil na północ od Nowego Jorku. Przyzwyczajeni do Aspen w Kolorado w latach poprzednich, gdzie gościły najlepsze alpejki Pucharu Świata, przenieśliśmy się tym razem na Wschodnie Wybrzeże, gdzie odbyły się konkurencje techniczne. Jak dla mnie świetne posunięcie. Dlaczego? Prosta sprawa, Publika! Oprawa, frekwencja, klimat, jak w najbardziej popularnych miejscówkach pucharowej ruletki w Europie. Długo czekano na wielkie narciarstwo w tej części USA, bo aż 25 lat. Jak widać zapotrzebowanie było bardzo duże, jak zresztą wszystko w tym kraju.

West Coast vs East Coast: 0-1

Zawody przyszło mi oglądać w okrojonej wersji, bo czasu było tylko na drugi przejazd. Może też nie z taką uwagą i obgryzaniem paznokci, jak przy „odbiorniku telewizyjnym” w zaciszu swojego własnego domu, ale za to w słonecznym Maso Corto i w towarzystwie zacnej ekipy Kliniki Sportowej NTN.

Narciarskie historie opowiadane przez Szanownego Naczelnego Tomka Kurdziela, co rusz zrzucały na drugi plan poczynania pięknych alpejek… Opowieści o rozmowach z przesympatyczną mamą Federici Brignone i jej nieziemskich oczach, o szkole hotelarskiej Wendy Holdener i okazywaniu jej radości po udanych przejazdach, o genezie powstania Pucharu Świata i wielu, wielu innych. Wystarczyłoby na osobny wpis. Ile się człowiek dowiedział, ile się człowiek nauczył… Jak mawiał klasyk: bezcenne.

Nie przedłużając, tak żeby nie zamulić w debiutanckim wpisie przejdźmy do krótkich podsumowań. Konkrety gostek, konkrety!

GS

Tessa Worley – największa niespodzianka
Jak dla mnie największe zaskoczenie, choć przecież to absolutny „top”. Po dwóch sezonach bez podium w GS, trudno było ją stawiać w roli faworytki. Niezły start i 6. miejsce w Sölden, nie dały jednoznacznej odpowiedzi czy Francuzka wraca do najwyższych lotów. A jednak, odpaliła rakietę i odleciała. W kosmos.
Nina Løseth – wielki skok

Po rozczarowującej inauguracji w Austrii i słabiutkim 28. miejscu, Nina robi wielki skok na podium! Lepsza o 26 pozycji! To drugie podium w karierze. Już nie tylko Wikingowie atakują.

Squadra Azzurra – Grande Team
Patrząc na listę wyników, można wysnuć wniosek, że mieliśmy do czynienia z mistrzostwami Italii. Pięć Włoszek w dziesiątce! Brignone lekko obniża loty (8.), ale zaskakuje Sofia Goggia, tak jak jej koleżanka w ubiegłym sezonie. Co prawda, to najniższy stopień podium, ale smakuje wyśmienicie, bo po raz pierwszy w karierze. Włoska technika idealnie wpasowała się w dość nierówną trasę i panujące na niej słabe światło. To taka klasyczna „włoska robota”. Piekielnie mocne i piękne Włoszki!

Mikaela Shiffrin – nie zawsze jest niedziela
To nie były jej warunki. Duże oczekiwania miejscowych kibiców i bądź, co bądź mały zawód. Niedziela jednak miała nadejść.

Lara Gut – nicht gut
Gut tym razem nie gut.

SL

Mikaela Shiffrin – księżniczka jest tylko jedna
Licząc zawody w których startowała to dziesiąte slalomowe zwycięstwo z rzędu! Podwójnie zmotywowana po sobotnich niepowodzeniach, spełniła swój obowiązek. Może nie zdeklasowała, ale było to pewne zwycięstwo. Inna liga. Mamy już „królową” Vonn i nie zabierajmy jej tego miana, ale księżniczka jest tylko jedna…

Reszta Świata – wyrównany poziom
Holdener, Velez-Zuzulová, Vlhova, to zawodniczki, które prezentują bardzo zbliżony poziom i są w podobnym „gazie”, co pokazują nieznaczne różnice czasowe. Tym razem Słowaczka Velez-Zuzulová stanęła na drugim stopniu podium, wyprzedzając wspomnianą wcześniej z opowieści Wendy Holdener. Trzeba pamiętać o Løseth, to dla mnie taki czarny koń konkurencji technicznych (4. w niedzielę.)

O Autorze

Michał Okniański

Prosty narciarz z Karpacza.

Podobne Posty