tre cime

Jest pięciokrotnym zdobywcą Wielkiej Kryształowej Kuli (84/85,85/86,88/89,90/91 i 92/93), czterokrotnym zdobywcą złotego medalu Mistrzostw Świata, dwukrotnym srebrnym medalistą Igrzysk Olimpijskich. Wygrał czterdzieści sześć zawodów Alpejskiego Pucharu Świata. Stawał na najwyższym podium we wszystkich konkurencjach alpejskich: od slalomu po zjazd i kombinację (w jednym sezonie). Zawsze mówił to co myślał: o trenerach i działaczach austriackiego Związku, o funkcjonariuszach FIS, o polityce w sporcie. Co robi i myśli dziś, w dziesięć lat po zakończeniu kariery? Na to pytanie postaramy się państwu wyczerpująco odpowiedzieć.

NTN: Witaj Marc. Jesteśmy na targach ISPO w Monachium, na stoisku Twojej firmy odzieżowej Marc Girardelli Ski Wear produkującej ubrania narciarskie dla dzieci i młodzieży.
MG:
Rzeczywiście od września 2005 roku jestem właścicielem tej marki. Produkcją zajmuje się renomowana firma Ligelind. My opracowujemy wzory i wybieramy materiały. Sprzedajemy nasze produkty we wszystkich krajach alpejskich, a także w Rosji i, co ciekawe, w Dubaju leżącym w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Tam, jak wiadomo znajduje się duże centrum narciarstwa w hali. Za kilka lat mamy zamiar rozszerzyć naszą ofertę o produkty dla osób dorosłych.

Co robisz poza tym? Przecież ogólnie wiadomo, że jesteś człowiekiem szalenie aktywnym. Jak działa Twoja hala narciarska w Bottrop?

Halę w Bottrop zaprojektowałem i wybudowałem – razem z partnerami oczywiście – dobrych kilka lat temu. Jest najdłuższą w Europie i liczy ponad 600 metrów. Przez cztery lata byłem jej zarządcą i to wystarczy. W sierpniu 2004 roku sprzedałem moje udziały holendrom i tak to się dla mnie skończyło, choć hala funkcjonuje nadal. Zaglądam tam często bo mieszkam dość niedaleko. Obecnie jestem częściowo zatrudniony jako konsultant kadry niemieckiej i Bułgarskiego Związku Narciarskiego. Paradoksalnie w Bułgarii mam więcej zajęć niż w Niemczech, gdyż oprócz doradzania trenerom i zawodnikom prowadzę jeszcze kampanię na rzecz nowej stacji narciarskiej Bańsko, niedaleko Sofii. Niekiedy jestem zapraszany przez firmę Head, która mnie wspiera sprzętowo do „okraszenia” jakiegoś wyjazdu narciarskiego dla ważnych osób lub na testy. To już mniej więcej wszystko…

Całkiem nieźle jak na kogoś, kto zakończył „aktywną karierę”. Wróćmy jednak do czasów dzieciństwa i tego jak to wszystko się zaczęło. Urodziłeś się w Lustenau w Austrii, dosłownie na granicy ze Szwajcarią. Nasz kolega – Ignaz Ganahl – chodził z Tobą do szkoły. Opowiadał, iż już w czasach uczniowskich odznaczałeś się bardzo silnym i zdecydowanym charakterem oraz, że nie wyróżniałeś się warunkami fizycznymi.

Ach! Rozumiem. Ignaz to wasz kolega z zawodów carvingowych i testów, prawda? Tak chodziliśmy do tej samej szkoły. On jest rok lub dwa młodszy ode mnie. Był bardzo utalentowany, ale brakowało mu chęci do ciężkiego treningu. Dopiero później zrealizował się w zawodach FIS Carving Cup. A ja wcale nie byłem taki malutki! Dziś powiedziałbym, że średni (śmiech).

Czy pamiętasz taki moment, kiedy postanowiłeś zostać profesjonalnym narciarzem?

Hmm… Tak naprawdę to nie, ale w wieku jedenastu, dwunastu lat zacząłem trenować jak szalony. Może ze względu na te średnie warunki (śmiech). Trenowałem w domu z ciężarkami, biegałem, jeździłem latem na rowerze a zimą cały czas na nartach. Byłem bardzo ambitny, ale ta ambicja ograniczała się do aktywności fizycznej. Szkoła nie znaczyła dla mnie zbyt wiele.

Pamiętasz swoje pierwsze zawody narciarskie?

Tak, to było na długo przed pójściem do szkoły. Miałem pięć lat i mama zabrała mnie na urlop do Lech. Tak na marginesie: to były moje jedyne wakacje na nartach! Wystartowałem w zawodach na koniec turnusu. Ominąłem jedną bramkę, ale i tak dostałem medal. Tak się zaczęło.

Przez całą Twoją karierę byłeś trenowany przez swojego ojca, prawda?

Rzeczywiście, nigdy nie jeździłem z innym trenerem. Wszystko co osiągnąłem, to była nasza rodzinna praca. Bardzo dużo zawdzięczam mojemu tacie.

W którymś momencie byłeś jednym z najlepszych austriackich zawodników w swojej grupie wiekowej, jednak nie dostałeś się do kadry. Możesz opowiedzieć dlaczego tak się stało?

Od momentu, kiedy miałem dziesięć lat, w mojej grupie wiekowej byłem najlepszy, nie tylko w Austrii. Problem stanowił fakt, że chodziłem do normalnej szkoły, a nie do Ski Gimnazjum. Dla ludzi z ÖSV (Austriacki Związek Narciarski) byłem śmiertelnym zagrożeniem, gdyż moje rezultaty wykazywały, że ich system nie jest doskonały i trenując samodzielnie można nadal mieć najlepsze wyniki. Postawiono ultimatum: albo przeniosę się do specjalnej szkoły dla młodych talentów, albo nie mam co marzyć o powołaniu do kadry. Mój tata miał inny plan…

Ten plan to Luksemburg?

Tak! W tym czasie ojciec był już skłócony ze wszystkimi trenerami z naszego regionu, bo jego mało ortodoksyjne metody przynosiły skutek. Wiedział, że to się dobrze nie skończy i z ÖSV będzie tzw. „wielka zadyma”. Podczas zawodów w Szwajcarii zapytał się przedstawiciela Luksemburskiego Związku, czy nie chcieliby młodego narciarza jeżdżącego w ich barwach. Odpowiedź była pozytywna i w wieku lat trzynastu miałem licencję od nich.

Czemu Luksemburg? Czy miało to jakiś podtekst finansowy? Czy ich związek obiecał Ci szczególną pomoc?

Przypadek, tylko przypadek. Gość z Luksemburga był na tych zawodach pierwszym przedstawicielem obcego związku, którego spotkał mój Tata. To mogła być równie dobrze osoba z Polski, Holandii lub Belgii. Dopóki nie zacząłem zarabiać na kontraktach sponsorskich moją karierę finansowali wyłącznie rodzice. Nigdy nie otrzymaliśmy pomocy z żadnego związku lub klubu.

Wtedy na dobre zaczęła się Twoja międzynarodowa kariera, prawda?

W zasadzie tak, tyle tylko, że musiałem przez jeden sezon pauzować, bo byłem za młody do startów w zawodach FIS. Dopiero 1978 roku mogłem zaliczyć pierwszy start w „fisowej” imprezie . Miałem numer „z wora”, czyli dalszy niż 50.

Ciężko było?

Pewnie, że ciężko, ale fajnie. Problemem było to, że w zawodach dziecięcych wszystko wygrywałem, aż tu nagle muszę się ścigać z odległym numerem na piersiach z chłopakami o parę lat starszymi ode mnie. Ja miałem wtedy dopiero piętnaście lat…

Wygrałeś wiele zawodów, w jeszcze większej liczbie startowałeś. Czy któreś z nich zapadły Ci szczególnie w pamięć?

Oczywiście. Pierwsze podium w Pucharze Świata w 1981 w slalomie w Wengen było ekstra, ale to nic w porównaniu z pierwszym pucharowym zwycięstwem w Gällivare w Szwecji w 1983 roku. To był slalom i pokonałem w nim Ingemara Stenmarka oraz Stiga Stranda u nich w domu przed własną publicznością. Tam na stoku nie było ani jednego człowieka, który życzyłby mi dobrze, a jednak się udało. Czegoś takiego nie przeżyłem nigdy potem! To było całkowite szaleństwo. Niesamowite! Oczywiście zwycięstwo w zjeździe w Kitzbüchel też dobrze pamiętam.

Skoro mówimy już o Ingemarze. On opowiadał o Tobie historię związaną z przygotowywaniem nart i ścienianiem krawędzi pod butem, żeby uzyskać bardziej taliowany kształt.

Rzeczywiście w połowie lat 80. głęboko wierzyłem, że jeśli spiłuję krawędzie na odcinku pod stopą, tak żeby narty były tam węższe to uzyskam lepszą skrętność i trzymanie. Zamawiałem narty z bardzo szerokimi krawędziami i piłowałem do skutku. Po katorżniczej pracy udawało się mieć narty węższe w talii o 2-3 mm niż inni. Miałem ręce w krwawych bąblach, ale moje slalomki były prawdopodobnie najszybsze na świecie. Bardzo żałuję, że nie przyjrzałem się temu dokładniej, bo coraz częściej jeździłem i trenowałem zjazdy toteż nie miałem tyle czasu na slalomy. Kiedy w rok po zakończeniu kariery zobaczyłem w sklepach mocno taliowane narty o kuriozalnych wręcz proporcjach byłem bardzo zły. Ten patent mógł być mój a carvingowe narty o jakieś 10 lat wcześniej na rynku. Szkoda!

A tak w ogóle, to co sądzisz o współczesnych nartach?

Taliowane deski całkowicie odmieniły narciarstwo. Od początkujących po zawodników, dla wszystkich, jest ono teraz znacznie łatwiejsze. Szczególnie lekko uczą się dzieci, które mogą jeździć bardziej naturalnie, frontalnie , bez zbędnych ruchów. Dawniej kontrolowanie ześlizgów i jazdy na krawędziach jednocześnie było o wiele trudniejsze. Dziś narciarstwo to „bułka z masłem”. Jeśli ktoś tego nie widzi i ciągle marzy o „dawnych, dobrych czasach” to jest hmm… Niezbyt mądry!

Życie zawodnika najwyższej klasy, to nie tylko zwycięstwa, ale i kontuzje. Miałeś ich kilka, prawda?

Tak. Już w 1983 roku, podczas treningu zjazdu w Lake Louise, urwałem wszystkie więzadła w kolanie. Operował mnie Dr Dick Steadmann w Lake Tahoe i poradził, że jeśli nie potrafię nic innego niż jeżdżenie na nartach, to lepiej żebym szybko się nauczył. Ja jednak byłem zdecydowany walczyć. Wymyśliłem metodę przyspieszenia rehabilitacji. Za moim domem, w lesie był potok z cholernie zimną wodą. Ćwiczyłem nogę i kiedy zaczynała puchnąć zanurzałem ją w potoku. Trzymałem tak długo, aż zupełnie traciłem w niej czucie i robiła się całkiem niebieska. Wtedy mogłem ćwiczyć dalej. Bolało straszliwie, ale w następnym sezonie wygrałem pięć slalomów i Małą Kryształową Kulę w tej konkurencji. Na Igrzyska do Sarajewa jednak i tak nie pojechałem, bo nie miałem jeszcze obywatelstwa Księstwa Luksemburg. Do dziś wierzę, że ta kuracja wodą z potoku była skuteczna. Potem był upadek w Sestriere, którego następstwa odczuwam do dziś. Przebiłem dwa rzędy siatek i skończyłem w zagłębieniu z głazami gdzie kompletnie nie było śniegu. Skarżyłem FIS o odszkodowanie i wygrałem. Przesunęli odpowiedzialność na organizatorów a ci wypłacili mi pieniądze, ale co z tego?. W którymś momencie połączenia nerwowe prawej strony przestały funkcjonować jak należy i musiałem przerwać karierę. Groził mi jednostronny paraliż, ale się wylizałem. Miałem dużo groźnych upadków w konkurencjach zjazdowych, ale nie dlatego , że jakoś wyjątkowo w nich ryzykowałem. My byliśmy trzyosobowym zespołem. Kiedy ja stałem na starcie, na trasie był tylko tata i serwisant. Oni nie mogli ostrzec mnie przed wszystkimi ewentualnymi zagrożeniami. Team austriacki miał w tym samym czasie około dwudziestu trenerów i pomocników rozstawionych wzdłuż trasy.

Nieźle. Szczególnie imponująca jest ta Twoja hydroterapia… Po zakończeniu kariery robiłeś różne rzeczy o hali w Bottrop i ubrankach dla dzieci już wiemy. Co było jeszcze?

Razem z tatą próbowaliśmy sprzedawać piwo Pilsner Urquell w Chinach. Przez pół roku tłukliśmy głową w mur i wreszcie powróciliśmy do zmysłów. To był fajny czas…

Piwo w Chinach powiadasz? Coraz lepiej. Widzę, że jesteś człowiekiem wielu talentów. Na folderach butów narciarskich Roxa widniejesz jako konsultant. Czy wspomaganie tej firmy to poważna historia?

Nie. Robię to tylko ze względów rodzinnych i przyjacielskich. Wierzę jednak, że Roxa ma ogromny potencjał i znakomity produkt. Najlepsze buty tej firmy bazują na nieco unowocześnionym modelu Raichla F1. To naprawdę dobre i wygodne buty. Resztę już wiecie.

Dziękujemy bardzo za rozmowę i tylko trochę żałujemy, że Twój tata spotkał wtedy przedstawiciela Luksemburga a nie Polski.

No cóż… Akurat tak wyszło. Dziękuję i ja.

O Autorze

Tomasz Kurdziel

Redaktor naczelny, założyciel i pomysłodawca Magazynu NTN. W dzieciństwie otarł się o WKN, przez wiele lat był członkiem AKN. Po roku 1981 przez 18 lat przebywał w Norwegii i Szwajcarii. Założył i przez wiele lat prezesował UIK Alpin na Uniwersytecie w Oslo. W latach 1985-1989 startował w zawodach FIS. Na początku lat 90. startował w zawodach snowboardowych (konkurencje alpejskie). Od 1997 roku pasjonat i promotor carvingu w Europie. Członek komitetu organizacyjnego FIS Carving Cup. W chwilach wolnych komentator Eurosportu. Obecnie entuzjasta freeride'u, motocyklowego enduro i windsurfingu.

Podobne posty