tre cime

Jak mawiał klasyk – święta, święta i po świętach. Zjazdowiec, nie zdążył jeszcze dobrze strawić, a już musiał wrócić do ciężkiej roboty. Był też taki, co oprócz świąt, musiał w ich drugi dzień świętować swoje 35. urodziny. Ten to ma zdrowie, Aksel ma na imię. Aksel Lund Svindal… Wróciła również, ale po dużo dłuższym urlopie, trasa Stelvio we włoskim Bormio. Ośrodek w Lombardii przez ostatnie 4 lata zamiast najlepszych zjazdowców, wolał gościć turystów. Wiadomo o co chodzi – „kasa, misiu, kasa”. Mnie to jakoś specjalnie nie przeszkadzało. Zjazd w Santa Caterinie, który zastępował Bormio, był obłędny!!! Piekielnie szybki, nierówny i makabrycznie wyczerpujący. Niektórzy zawodnicy w końcówce zjazdu potrafili tam jechać prawie na stojąco. Zbiornik benzyny z domieszką glikogenu, był po prostu pusty. Skala trudności? Koniec skali.

Ponad wszelkie normy i skale wyszedł tam w sezonie 2015/2016 Christof Innerhofer. Przy solidnej prędkości, uderzył w tykę (bramkę) i zabrał ją w dalszą podróż z górki na pazurki. Po uderzeniu spadły mu gogle z nochala i musiał oddać od razu, na ślepo konkretnego „jumpa”. Pasażer na gapę trzymał się dobre kilkaset metrów, w końcu się odczepił. Pozostawił jednak czerwoną płachtę, która furkotała na plecach Christofa, niczym peleryna na barach Supermana. Miałem szczęście współkomentować te zawody i pamiętam swoją opadniętą szczenę do samej podłogi. Myślałem, że zaraz będzie tam jakiś dzwon. Myślałem, że gość się zatrzyma, że facet odpuści. Nic z tych rzeczy. Szedł jak rozwścieczony dzik, bynajmniej nie w żołędzie. Zajął wtedy czwarte miejsce!!! Co za „Gość”…

Wróćmy jednak na trasę Stelvio, bo jak się okazuje ona też potrafi kreować „Gości”. Nie, nie, nie Paris, Svindal, czy jakiś tam inny Jansrud. „Pablito” Paweł Babicki from Bielawa, koło Dzierżoniowa. No i co, pewnie większość z was nie wie gdzie to leży i co to za smyk? Dobra, nie wiedziało, bo dziś już wie cała Polska. Telewizje, wiadomości, wywiady, facebooki, youtuby. Na front wystawiono wszystkie medialne działa i o chłopaku z Dolnego Śląska usłyszała cała Polska, a filmik zobaczyły pewnie wszystkie kontynenty świata. Wystarczyło zjechać większość zjazdu na jednej narcie i marketing polskiego narciarstwa zjazdowego wszedł na „international level”. Łatwo się mówi. Kiedyś z jazdy na jednej narcie zasłynął legendarny Bode Miller właśnie w Bormio. Paweł zainspirował się Amerykaninem. Można powiedzieć, że uczeń przerósł mistrza, bo dojechał w przeciwieństwie do niego do mety. Tym razem nie powiemy, że ktoś jest prawie jak jakiś mistrz, jak ktoś znany. Tym razem powiemy – Bode Miller prawie, jak Paweł Babicki (brzmi nieźle).

Tak w ogóle to Pawełek wie, jak zwrocić na siebie uwagę. W ubiegłym sezonie na zjeździe w Val Gardenie, wystartował w gumie (stroju) reprezentacji Italii… Nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać? Płakać raczej z powodu podejścia związku do polskich zawodników. Który szanujący się związek na świecie dopuściłby do sytuacji, w której jego zawodnik nie ma stroju w barwach narodowych? Przecież to jest skandal, wstyd, żenada, dno i pięć metrów mułu. Chłopak założył taką gumę, bo była najlepsza jaką miał i miała homologację zjazdową. W Bormio była już biało-czerwona. Wiwatujący kibice, gratulująca dwójka najszybszych tych zawodów, czyli Paris i Svinal, nie mogli mieć już wątpliwości, że to chłopak z Polski. Panowie ze związku wznieśli się na wyżyny profesjonalizmu – nic tylko gratulować, znakomita robota… Ja muszę się pokajać w pewnej kwestii. Znam gościa. Gdy w ubiegłym sezonie się widzieliśmy, pomyślałem sobie – gdzie ta grzeczna chudzina do zjazdów się pcha. Przed tym sezonem chudzina nabrała masy, wzmocniła się solidnie fizycznie i stała się małym bielawskim dzikiem. Inaczej nie byłoby szans na taki wyczyn. To było dobre, brawo!

Wszystko byłoby pięknie, gdyby w parze z takimi wyczynami, szedł sukces sportowy. Nasze narciarstwo potrzebuje tego, jak tlenu. Potrzebuje tego, żeby nasi zawodnicy, nie jeździli za swoje pieniądze. Nie spali po budżetowych pensjonatach z których muszą wyprowadzać się w dzień zawodów. Nie prosili się o zgłoszenia na zawody, nie szukali sami sponsorów, nie „robili” sami sobie nart, czy nie jeździli w innych strojach, niż na to zasługują. Zasługują chociażby ze względu na szacunek za to, co robią. Echhh, bzdury gadam. Im się to należy, koniec kropka. Tak samo jak należy się trenerom, którzy dostają 30 euro dniówki. Żeby trener, był tylko trenerem… A jest jeszcze kierowcą, serwisantem, organizatorem, psychologiem i Bóg wie, kim jeszcze. Brakuje jeszcze tego, żeby tyłki… (nie dokończę tego zdania). Taka jest cena poświęceń całego życia prywatnego dla pasji i chęci zrobienia czegoś dla naszego narciarstwa. Dopóki trenerzy nie będą zajmować się tylko i wyłącznie trenowaniem, a zawodnicy nie będą mieli czystej głowy, sfokusowanej tylko na treningi i starty, to o normalność będzie cholernie ciężko.

Dobrze, że mimo ogólnego stanu polskiego narciarstwa alpejskiego, możemy dostrzec jakieś światełka w tunelu. Tym światełkiem jest Maryna Gąsienica Daniel, która zapunktowała w równoległym slalomie we francuskim Courchevel. 17. miejscem pobiła najlepszy wynik (20.) swojej, niejeżdżącej już siostry Agnieszki. Mimo, że na slalomy równoległe patrzy się z przymrużeniem oka, to był pozytywny bodziec dla polskich desek. Dla nas bardzo fajny prezent na święta. Maryna w sposób spektakularny (tak jak Paweł), przegrała z samą Petrą Vlhovą w swoim biegu. Uderzyła w tykę (jak Innerhofer), zgubiła kijek, straciła rytm. Przegrała nieznacznie. Gdyby nie ten kijek, naprawdę cięła by się ze Słowaczką w pierwszym przejeździe na żyletki. Sytuacja powtórzyła się w ostatnim gigancie w Lienzu. Znów prawy skręt, i złapanie tyki. Kijek został, a nasza dzielna Maryna pojechała niewzruszona w kierunku celu. Cel jest jeden – trzydziestka (nie jedna) Pucharu Świata w gigancie. Będzie to niewątpliwie cenniejsze niż sukces „paralleli”. Zabrakło nieco ponad 0,30 s i patrząc na to, ile balansu i pewności potrafi zabraknąć przy jeździe bez jednego kijka, jest to naprawdę obiecujący wynik (35. miejsce). Ryzykuję stwierdzenie, a nawet jestem pewny, że gdyby nie kolejna ekwilibrystka w wykonaniu sympatycznej zakopianki, dziś cieszylibyśmy się razem z nią z kolejnych punktów. Jesteś „Gościówa”.

Brakuje odrobiny szczęścia w tym wszystkim, dyspozycji dnia, może odrobinę luźniejszej głowy. Przyznam szczerze, że darzę dużą sympatią Marynę i jej trenera Marcina Orłowskiego. Orzeł to kolejny „Gość”. Sumienna robota, pasja, i fajne podejście do sprawy. Rozmawialiśmy podczas otwarcia Pucharu Świata w Sölden. Ten chłopak, nie został gdzieś w „kopidołach” zacofanej myśli trenerskiej na peryferiach narciarskiego świata. Podpatruje najlepszych, wyciąga wnioski, idzie z biegiem czasu. Robi dobrą robotę, nie narzekając na to co ma, a patrząc na to co trzeba zrobić by było „alles klar”. Tak trzymaj Martinez. Z podziwem patrzę też na „Gang Kłusaków”, który miałem okazje poznać podczas zjazdu na Saslongu w Val Gardenie. Szalony tata, ambitny syn, i fizjoterapeutka Weronika (od wszystkiego – złota rączka). Książkę mógłbym napisać i ten artykuł to za mało. Oddam tylko uznanie, i zachęcę was, żeby wspomóc budżet tej zwariowanej ekipy. Michał marzy o igrzyskach i uwierzcie mi na słowo warto wspierać jego przygotowania do imprezy życia. Za pracę, poświęcenie, wyrzeczenia, charakter!

Wiem jak to jest gonić za marzeniami. Wiem ile to kosztuje (niestety w dużej mierze szmalu), bo sam za nimi gonię. Niespełniony sportowiec, niedoceniony pseudo dziennikarz, też marzy o igrzyskach, o Pucharach Świata, o wielkim sporcie. W tym roku postanowiłem gonić marzenia i robić coś w tym kierunku więcej, niż tylko marzyć. Wczoraj wylądowałem w Oslo. Będę witać nowy rok z Pucharem Świata – ze sportem, który kocham ponad życie. Nie robię tego tylko dla siebie, chcę pisać o tym sporcie i pokazywać jego wyjątkowość. Wam dziękuje za to, że śledzicie relacje i czytacie te narciarskie dyrdymałki. Dziękuje NTN Snow & More – najlepszemu narciarskiemu magazynowi w Polsce – za pomoc w spełnianiu moich celów. Widzimy się w Oslo, widzimy się tam, gdzie marzenia się spełniają. Widzimy się na igrzyskach olimpijskich w Korei! Czołem narciarze!

PS Polscy alpejczycy, już bez zgubionych nart, bez zgubionych kijków i z sukcesami w ten nowy olimpijski rok. Rok igrzysk. Panowie i panie w dół stoków już bez żadnych przeszkód. Życzę ja – prosty narciarz z Karpacza.

  • Romko

    Dobry artykuł, bardzo dobry artykuł.