Niestety nie chodzi tu o Polaków… Tych w gigancie na słynnej Gran Risie niestety nie uświadczyliśmy. Wszyscy kibice zgromadzeni w Alta Badia, zapamiętają na pewno biało-czerwoną flagę Austrii, powiewającą podczas hymnu odgrywanego dla Marcela Hirschera i chorwacką szachownicę w tychże barwach. Zawodnicy reprezentujący te dwa kraje mieli dziś największe powody do radości.

Zwycięzcą, podczas jednego z najbardziej wymagających pucharowych startów w sezonie, został niezawodny Marcel. Pokonał swojego największego rywala Teda Ligety oraz sympatycznego Francuza Thomasa Fanarę. Jednej setnej sekundy do podium zabrakło innemu wyśmienitemu giganciście – Alexisowi Pinturault.

Południowotyrolska publiczność liczyła na dobry występ któregoś z Włochów. Gdy byliśmy tu z Darkiem Urbanowiczem trzy lata temu, ogromną radość sprawił Massimiliano Blardone, pokonując wszystkich rywali. Tym razem nie było aż tak dobrze. Najjaśniejszym blaskiem w Squadra Azzurra świecił Roberto Nani. Agresja, którą zaprezentował szczególnie w pierwszym przejeździe, zaprocentowała szóstym łącznym czasem. Pozostali reprezentanci Italii nie pokazali nic, o czym warto by było napisać.

Davide Simoncelli był jednym z najgłośniej dopingowanych zawodników. Nie sprostał jednak oczekiwaniom i nie ukończył drugiego przejazdu.

Swoim występem nie zachwycił też Jansrud – wczorajszy zwycięzca z Saslongu i lider klasyfikacji generalnej. Norweg wyglądał na trasie ociężale i w sumie nie zaprezentował niczego ciekawego, jednak mylą się ci, którzy uznali jego start za porażkę. Kjetil „po cichu” zapracował na 14. miejsce i tym samym zgarnął cenne 18 punktów do swojego bogatego dorobku. Podobno pomóc miały mu duże odległości między bramkami w drugim przejeździe (ustawianym przez Norwegów).

Rasmus Windingstad nie skorzystał z rzekomej „wyciągniętej ręki” do Norwegów i nie zmieścił się w skręcie kilkanaście sekund przed metą.

Największą niespodziankę sprawił zaś młodziutki następca Ivicy Kostelica – Filip Zubcic. 21-letni Chorwat zyskał chyba największy aplauz publiczności spośród wszystkich zawodników. W pierwszym przejeździe prawie nikt nie oglądał jego występu. Startując z 64. numerem, mógł liczyć tylko na atencję małej garstki kibiców oraz sztabu szkoleniowego. Większość posiadaczy biletów i akredytowanych dziennikarzy, siedziała już w namiocie z gastronomią. Tymczasem zdolny Chorwat uzyskał 17. czas przejazdu i szturmem dostał się do drugiej próby. Żebyście widzieli jego trenera! Cisnął nartami, strzelił „na piłkarza” gilem z nosa i rzucił się, aby wyściskać podopiecznego. Był chyba w większym amoku niż Filip. Konia z rzędem temu, kto spodziewał się, że Zubcic poprawi lokatę o kolejnych dziesięć miejsc w rankingu po drugim przejeździe. Publiczność zgotowała mu owację na mecie. Co ciekawe, po Chorwacie na starcie stanęli zawodnicy, którzy powinni wlać mu z zamkniętymi oczami. Dziewięciu z nich z niedowierzaniem spoglądało na mecie na tablicę wyników. Po chwili wściekłości podchodzili jednak do aktualnego lidera, przybijali piątki i gratulowali niesamowitego wyczynu. Wyjątkiem był Benni Raich, który tylko łypnął oczami na młodzieńca i odszedł w swoją stronę. Nie potrafię wykrzesać w sobie sympatycznych odczuć do jego osoby, a dzisiejsza sytuacja tylko to potwierdza. Zubcic po zawodach powiedział:

To niesamowity wynik. Dziś pojechałem najlepiej w życiu. To wszystko jest jak sen. Podczas ostatniego treningu prezentowałem się doskonale, ale nigdy nie przypuszczałem, że dam radę uplasować się w czołowej dziesiątce.

Start w Alta Badia był dopiero drugim (sic!) występem Chorwata w Pucharze Świata. Pozostaje tylko pytanie – czy i nam kiedyś przytrafi się podobny dzień? Czy któryś z Polaków da nam w najbliższym czasie powody do eksplozji pozytywnych emocji?


Najszczęśliwszy człowiek na mecie.


Z kim ja przegrałem…

Konferencja prasowa po zmaganiach na trasie była dość mizerna, bowiem dziennikarze indywidualnie przepytywali Teda i Fanarę, natomiast dłuższą chwilę mogliśmy posłuchać Marcela Hirschera. Jeden z żurnalistów, podczas zadawania pytania, porównał tegoroczną jazdę Austriaka do Ligety’ego. To wyraźnie rozzłościło lidera klasyfikacji gigantowej, bowiem poirytowany odpowiedział:

Czy wyglądam jak Ted? Wyglądam jak Marcel.

Później jednak zrobiło się przyjemniej, Hirscher opowiedział sporo o wrażeniach z dzisiejszej jazdy:

To były jedne z najtrudniejszych zawodów w sezonie. Wyścig przypominał jazdę po muldach, albo motocross. Po wjechaniu na metę spodziewałem się słabego wyniku, ponieważ nieźle mną rzucało. Patrząc na rezultat, innych musiało rozbijać jeszcze bardziej. Cieszę się, że organizatorom udało się wyprodukować wystarczającą ilość śniegu i mogliśmy walczyć. Lubię startować na Gran Risie – tutaj zawsze trzeba jechać na 100%, z pełną agresją.


Taka obsada na podium to nie przypadek. Każdy z tych dżentelmenów ma „papiery” na wygrywanie. A trasa w Alta Badia weryfikuje umiejętności jak żadna inna.

Jutro specjaliści od konkurencji technicznych przenoszą się do Madonna di Campiglio, na nocny slalom. Będzie to ostatni start przed świąteczną przerwą, na którą wszyscy chyba czekają. Ja nie będę miał już przyjemności oglądać poczynań najlepszych zawodników na świecie na żywo. Czas wracać do domu. Dziękuję wszystkim czytelnikom za wspólnie spędzone trzy dni. Dziękuję też Ani Ginter i Oskarowi Schwarzerowi za umożliwienie mi przebywania w Południowym Tyrolu i przyglądania się z bliska zawodom na Saslongu i Gran Risie. W ten sposób naprawdę można jeszcze bardziej pokochać narciarstwo…

O Autorze

Fotograf, autor artykułów, redaktor Magazynu NTN Snow & More, właściciel strony skifoto.pl. Ścigał się na nartach w AZS Wintercup, Akademickich Mistrzostwach Polski, FIS Carving Cup oraz zawodach FIS. Jego największym sukcesem sportowym jest zdobycie srebrnego medalu Akademickich Mistrzostw Polski FIS w slalomie w 2008 r.

Podobne Posty