Jak ostatnimi czasy wygląda narciarstwo alpejskie w Polsce – każdy widzi. Nie trzeba być ekspertem, żeby dostrzec jeden wielki chaos, z którego nie wynika nic prócz ogólnej frustracji. Od jakiegoś czasu przyglądam się temu wszystkiemu bardziej z boku, ale z wielkim smutkiem. Po latach spędzonych w „biznesie” głowa boli mnie od samego pytania „Dlaczego w Polsce nie mamy dobrych narciarzy?” i sama zaczynam mieć wątpliwości, co jest tego przyczyną. Brak zawodników? Trenerów z kwalifikacjami i wiedzą? Sprzętu? Pieniędzy? Sprawnego systemu szkolenia? A może kluczowy jest brak lodowców w naszym kraju? Myślę, że poza lodowcami każda ze spraw ma znaczący udział w polskiej apokalipsie narciarskiej. Tym bardziej jest mi przykro, bo przecież nie zawsze tak było. Wiem, widziałam, sama doświadczyłam.

Po drugim roku startów w zawodach FIS w światowym rankingu plasowałam się na 682. pozycji z 53 punktami w slalomie i 59 w gigancie. Szału nie było, ale w PZN był pomysł na rozszerzenie kadry „A” o dwie młode zawodniczki i razem z Karoliną Riemen-Żerebecką złapałyśmy się do tego składu. Początki wcale nie były łatwe. Nowa grupa, nowi trenerzy z Austriakiem Rolandem Bairem na czele. Dla mnie w szczególności dużo zmian, bo do tej pory całe życie byłam prowadzona przez tatę. Pierwsze zgrupowania to praca i nauka: zmienionej techniki na nartach, nowych ćwiczeń, nowego podejścia do treningu, odmiennej komunikacji z trenerem (językiem urzędowym w teamie był angielski i niemiecki), dyscypliny, pracy w grupie i wielu innych aspektów. Jeszcze przed zgrupowaniami jesiennymi Kala zrezygnowała i wróciła do swojego starego trenera. Zostałam sama – najsłabsza ze wszystkich i praktycznie we wszystkim. Odstawałam znacznie od dziewczyn i w treningu kondycyjnym, i na nartach. Z perspektywy czasu myślę, że lepiej trafić nie mogłam. Łatwiej gonić, niż uciekać. Pracowałam, zmniejszałam dystans, nieraz było przykro, bo człowiek się czuł jak piąte koło u wozu. Wiadomo, że nikt nie podporządkuje całej grupy do najsłabszego, więc to ja musiałam się do wszystkiego dopasować i nie miałam nic do gadania. Zresztą nie miałam też powodów, by być niezadowoloną, bo przed kolejnym sezonem na liście rankingowej FIS znalazłam się 648 pozycji wyżej w gigancie i miałam na koncie 31 punktów, co dawało 34. miejsce w moim roczniku na świecie. Tragedii nie było.

W następnym sezonie doszły do nas Dorota Kaczmarek i Karolina Chrapek i tak goniłyśmy we trójkę. To były zdecydowanie najbardziej intensywne trzy sezony w mojej narciarskiej przygodzie (powstrzymuję się od nazwania tego karierą). Austriak Roland był trenerem nietypowym, zupełnie innym od tego, do czego się w Polsce przyzwyczailiśmy, tworzył przez to bardzo specyficzną atmosferę w grupie. Miał dużo dziwnych pomysłów, ale bez dwóch zdań kadra broniła się wynikami. Byłyśmy naprawdę mocnym teamem (dziewczyny wygrywały Puchary Europy, klasyfikację generalną, mieliśmy finał Pucharu Świata – to dziś dla naszych alpejek niestety abstrakcja).

Dobrze wspominam ten okres – byłyśmy mocne nie tylko na nartach, Roland przemycając różnego rodzaju techniki psychologiczne, zbudował nam niezły „team spirit”. Miał na to różne sposoby, niektóre udane, niektóre mniej. Do tych drugich śmiało można dorzucić sesje z szamanem, który poprzez hipnozę miał wyeliminować nasze największe błędy w technice. Bardzo dobrze mi się drzemało na tych spotkaniach, ale z tego, co pamiętam, stawki nie były małe i współpraca szybko się skończyła. Roli lubił też nawijać swój makaron na uszy, zwłaszcza w czasie posiłków, co nierzadko kończyło się klare suppe soloną łzami albo germknoedlem, który nie chciał przecisnąć się przez gardło.

Przekonywał nas, że trening można robić 24 h na dobę jeśli tylko się chce. Możesz wracać ze sklepu, idąc krawężnikiem, myć zęby, stojąc na jednej nodze, wchodzić po schodach tyłem z zamkniętymi oczami, ćwicząc w ten sposób równowagę i czucie mięśni głębokich, możesz zbiegać po prostu górską ścieżką albo też wizualizować sobie jazdę po slalomie i wyprzedzać wzrokiem kolejne kroki, tak jak to robisz na nartach… a możesz tego nie robić i zostać przeciętniakiem. Na wielu treningach, czy to na śniegu czy na siłowni, powtarzał, że nie ruszymy z miejsca, jeśli nie wyjdziemy poza swój „comfort zone”, i namiętnie tworzył sytuacje, w których musiałyśmy to robić. Od skoków przez rwący potok po zjazdy wspinaczkowe na linie w eksponowanym terenie.

Patrząc na obecny system szkolenia w innych krajach, gdzie panuje tendencja do organizowania trenera w każdej dziedzinie (główny trener, trener od przygotowania kondycyjnego, trener od treningu mentalnego, trener od konkurencji technicznych, trener od konkurencji szybkościowych itd.), myślę, że nasz był człowiekiem orkiestrą. Może właśnie to było kluczowe w sprawnym funkcjonowaniu tej grupy.

Nikt nie kwestionował jego pomysłów. Czy to były treningi na nartach telemarkowych, czy jazda zadaniowa w połówkach skorup butów narciarskich, czy jazda na lodowcu w Saas-Fee ze wspomaganiem tlenowym (oj biedny był nasz fizjoterapeuta, który musiał codziennie rano taszczyć butlę z tlenem na 3600 m n.p.m., żebyśmy mogły zrobić cztery wdechy między przejazdami). Kiedyś kazał zakleić Olę Kluś tejpami tak, żeby w czasie jazdy trzymała ręce z przodu (hipnoza ani inne zabiegi nie pomagały). Biedna, ledwo mogła się ubrać, żeby wyjść na narty, a po pierwszym przejeździe z okleiny nic nie zostało. Szukał innowacji we wszystkim z korzyścią dla nas.

Nie zawsze było kolorowo. Przeżyliśmy mnóstwo kiepskich dni. Takich, w których nic nie szło zgodnie z planem. Wyjeżdżaliśmy na obóz do Szwajcarii i przez cztery dni z rzędu nie wychodziłyśmy na narty z powodu kiepskiej pogody. Lecieliśmy przez pół świata do Argentyny, żeby przez prawie trzy tygodnie desperacko szukać dobrych warunków i jedyne, co nas spotkało, to z dnia na dzień coraz większa gruda (jakże ukochana przez wszystkich narciarzy), rozwolnienie z biegunką i poważna kontuzja Karoliny Chrapek.

Było lepiej i gorzej, czasem miałyśmy ochotę poszarpać się za włosy, czasem śmiałyśmy się do rozpuku i nieraz jedna drugą pocieszała. Innym razem narzekałyśmy na trenerów i krytykowałyśmy ich pomysły. Zawsze dopingowałyśmy się na treningach i zawodach, wylewałyśmy razem hektolitry potu i każda krok za krokiem realizowała swoje sportowe cele. Miałyśmy do tego warunki – nie musiałyśmy się zastanawiać, czy wystarczy nam pieniędzy do końca sezonu, nie było potrzeby, żeby martwić się o sprzęt, który zawsze był przygotowany, nie zajmowałyśmy się tym, co wymyśli szef wyszkolenia w PZN. Jedyne, co do nas należało, to sumiennie realizować plan ułożony przez ludzi znających się na swojej profesji.

W pewnym momencie coś się jednak popsuło. Wtedy już zostałam zdegradowana do kadry młodzieżowej, więc tym trudniej mi powiedzieć dlaczego. Zupełnie zmienił się sztab trenerski: najpierw pojawił się fizjolog, potem zmienił się trener, za nim serwismen, kolejny trener, dziewczyny podzieliły się na dwie grupy i tak z sezonu na sezon było już tylko gorzej. Na dzień dzisiejszy wszystkie (z wyjątkiem Karoliny Riemen-Żerebeckiej, która zmieniła dyscyplinę na skicross) skończyłyśmy z zawodowym narciarstwem na dobre.

Przez cały ten okres (czyli od około 10 lat) ci sami działacze Polskiego Związku Narciarskiego zasiadali niezmiennie na swoich stanowiskach. Na pewno wnikliwie obserwowali i wyciągali wnioski z konsekwencji swoich działań i decyzji. Jak udało im się doprowadzić zawodowe narciarstwo alpejskie w naszym kraju do takiej ruiny, podczas gdy jeszcze kilka lat temu wszystko działało tak, jak powinno? Nie wiem… i chyba znów zaczęła boleć mnie głowa.

O Autorze

Anna Berezik

Jedna z najlepszych, najbardziej charyzmatycznych i utalentowanych oraz… – co tu dużo ukrywać – najbardziej urodziwych polskich alpejek ostatniego ćwierćwiecza. Dziś jeszcze Ania ściga się z powodzeniem w zawodach na poziomie akademickim oraz – pomimo braku regularnych treningów – w Mistrzostwach Polski. W trakcie trwania MP w Szczyrku w 2015 roku udowodniła, że nadal należy do pierwszej piątki najlepszych slalomistek naszego kraju.

Podobne Posty

  • asfd

    Caly artykul mozna skrocic do 2 ostatnich akapitow… wszystko przed nic nie wnosi. Co wiecej wcale nie wygladalo to dla kogos z boku ze bylo tak cudownie jak probuje to autorka malowac.
    To czego brak to wskazanie co bylo lepsze albo co obecnie jest gorsze, ze jest jak jest… bo powiedzenie, ze dziadki siedza i psuja nic nie wnosi. Co psuja, jak psuja, jak to zmienic wg autorki? Bez tego to nawet nie jest wpis o tym, ze jest zle tylko o tym, ze bylo lepiej :P
    Zeby nie bylo, slyszalem z pierwszej reki, ze „dziadki” i machlojki nie pomagaja, ale jak juz chce sie narzekac to moze konstruktywnie a nie chwalic jak to bylo…
    pozdrawiam,

    • Pytasz co było lepsze, a co obecnie jest gorsze – wyniki. Autorka właśnie w akapitach, które uznajesz za niepotrzebne, pisze dlaczego były możliwości do ich osiągania. Wydaje mi się, że nie rolą zawodniczki jest uzdrawianie systemu. Ludzie, którzy powinni to robić mogą jednak posłuchać byłych zawodniczek, co było dobre i sprzyjało osiąganiu wyników, a co było złe.

      • asdf

        hm no to mamy zupelnie rozny odbior tego co napisala Autorka. Dla mnie nie ma w tym wpisie nic po za tym co niby wszyscy wiedza i o czym bylo juz pare wpisow w ostatnich latach, czyli, ze dziadki maja gdzies kadre i narciarstwo alpejskie.
        Tak jak napisal ktos nizej, dla mnie to tez jest bardziej jak pamietnik i wspominki typu „jak to bylo zaje… a teraz jest ciulowo”. Tylko, ze nie jest napisane czemu jest ciulowo… jest za to masa o tym jak bylo fajnie.
        A wyniki… no coz jestli to byly faktycznie az tak lepsze wg Ciebie i Autorki to nie wiem co powiedziec.
        Zeby byla jasnosc, rozumiem ze w PZN jest jak jest, ze kadra ma warunki jakie ma (przez co czesc zadwodniczek jezdzi i trenuje w duzej zcesci „za swoje”) itd itp… po prostu dziwnie mi sie czytalo ten artykul i dla mnie mial wydzwiek chyba inny niz planowala Autorka. Czego mi brakowalo napisalem wyzej i jak bym nie patrzyl nadal mi tego brakuje :)

        pozdrawiam

  • Snajper

    Ale czytało się przyjemnie :)

  • gość

    artykół nic nie mówiący, trenerek Roland wyrzucony z kadry Japonek (był tam kamerzystą),kierownik wyszkolenia „niszczyciel polskiego narciarstwa”, to co zostało ujęte w artykóle to wszyscy znają.Tekst przypomina bardziej osobisty pamiętnik niż jakieś wnioski.

  • X

    Cóż, patrząc z zewnątrz w istocie wygląda właśnie tak. Na pocieszenie, mnożenie, tak jak w tym przypadku trenerskich, bytów jest współczesnym problemem w nauczaniu w ogóle.

    Niepokoi mnie jednak coś innego – nie mam bladego pojęcia jaki cel ma podanie w profilu autorki informacji o jej urodziwości. Jest to co najmniej nie na miejscu i uderza w godność zarówno autorki, jak i w godność – bo tak wynika z hasła „najbardziej urodziwa alpejka” – jej mniej urodziwych koleżanek.
    Jestem przekonana, że Pani Berezik ma inne, dużo bardziej wartościowe przymioty, o których można byłoby wspomnieć w jej profilu. Na profilach panów jakoś nie widzę informacji z gatunku „najprzystojniejszy w kadrze chłopak” ani „posiadacz najbardzjej miękkiej brody wśrod alpejczyków”.
    Bądźmy profesjonalni.
    Pozdrawiam.

  • Gregory

    Patrząc zupełnie z boku zastanawia mnie jedynie dlaczego wszyscy patrzą jedynie na PZN i kadrę ? Mnie by bardziej interesowało dlaczego nie ma (lub przynajmniej ja nie znam) klubu w Polsce która już na wiosnę zna harmonogram na całość przyszłego sezonu zimowego i ma jasny plan na kolejne 3-5 lat. Kontaktowałem się z licznymi klubami/grupami trenującymi w ostatnich miesiącach i przyznam że nie widzę żadnego klubu/grupy skierowanej do dzieci i młodzieży która ma podejście mocno zorganizowane oraz biznesowe. Z moich obserwacji większość się opiera na zasadzie trener+bus, łapanka zawodników i „jakoś to będzie” z decyzjami o treningach z krótkim wyprzedzeniem kilku tygodni. Brakuje dobrze zorganizowanych grup treningowych, gdzie można mieć pewność że jest plan rozwoju młodych ludzi na kilka lat, plan i harmonogram treningów z przynajmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem przed sezonem co pozwala na planowanie. Czy może się mylę i jednak istnieją takie kluby/grupy ? Z mojego punktu widzenia PZN jest jedynie potrzebny do zarządzania licencjami FIS i publikowaniem z dużym wcześniejszym (wyprzedzeniem wielu miesięcy) wytycznych dotyczących udziału w istotnych zawodach. Po co do szkolenia i organizacji PZN ? Nie można kwestii szkolenia rozwiązać za pomocą dobrze prowadzonych i zorganizowanych komercyjnych klubów/grup treningowych ?

  • Loko

    Jeszcze trzeba było dodać że jedynym sponsorem tego wszystkiego był świętej pamięci Pan Karasiński a nie PZN..