tre cime

Wyobrażacie sobie wielkie miasto (samo centrum), w którym na widok hasającego na przejściu dla pieszych snowboardzisty, nikt nie wytrzeszcza oczu i nie patrzy jak na debila? Wyobrażacie sobie, że wsiadacie do metra, a wraz z wami gro ludzi, którzy mają ze sobą narty biegowe, kije, buty, gogle? Wyobrażacie sobie, że wśród nich są dzieci, młodzież, panowie w wieku kryzysu średniego i starsi ludzie? Pewnie cześć z nich wyszła dopiero z jakiejś biurkowej korpo-robótki z pośladkami w odcieniach fioletu… Takie (nie)normalnie „Big City Life”. Nie wiem jaką macie wyobraźnię, ale łeb trzeba mieć otwarty, żeby pojąć tak (nie)powszechne kwestie. Po pół godziny jazdy metro-pociągiem, wspomniany „korpo” osobnik, zakłada swoje deski. Jego odciśnięte i zmaltretowane cztery litery nabierają wyglądu, jak „tyły” Jennifer Lopez, a życie staje się piękniejsze. Takie historie tylko w Norwegii, w Oslo-Holmenkollen.

Obok Tromsø i Christianii, to kolebka norweskiego i światowego narciarstwa. Ze wzgórza Holmenkollen, rozpościera się bajeczny widok na zalesioną zieloną stolicę, której towarzyszą wody majestatycznych fiordów. W takiej scenerii od lat rozgrywane są puchary i mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym i biathlonie. W 1952 r. na obiektach usytuowanych w owej dzielnicy, gościły również igrzyska olimpijskie. Symbolem tego kompleksu jest kultowa dla Norwegów skocznia narciarska Holmenkollbakken o ponad stuletniej historii. W nowy rok, nie było jednak mowy o skokach w tym symbolicznym miejscu. U progu skoczni zagościł bowiem Puchar Świata w narciarstwie alpejskim. Zawody z cyklu „City Events”, rozgrzały sportowe emocje wśród mieszkańców tego cudownego miasta jako pierwsze w 2018 r. Ba, wśród wszystkich kibiców narciarstwa alpejskiego! Piękniej nie można sobie było tego wyobrazić!

Z początku wkradł się jednak mały niepokój. Arenę zmagań pokryła cholernie gęsta mgła. Z dwóch równolegle ustawionych linii slalomów, składających się z kilkunastu bramek, ledwo co było widać ostatnie z nich i metę. Chmury „mordoru” zaczęły wywoływać we mnie lęki i widmo odwołanych zawodów. Bardzo możliwe, że było to spowodowane dość intensywną podróżą i bądź, co bądź treściwą prywatką sylwestrową w mieszkaniu mojego kumpla na Louises gate 15 (kolega z Bielawy, jak ten słynny Paweł Babicki). Uspokoiłem się, gdy zobaczyłem, że nikt z ponad siedmiu tysięcy zebranych kibiców jakoś specjalnie nie przejmuje się warunkami na Holmenkollen. Każdy uśmiechnięty od ucha do ucha, każdy celebrujący nadchodzące święto. Po chwili na pierwszy ogień spotkaliśmy „face to face” Mikaelę Shiffrin, a kilka sekund później Marcela Hirschera. Śmiesznie, bo moja sympatia, która mi towarzyszyła nawet nie była świadoma, że to ci, którzy są jednymi z największych tego sportu. Szybkie „good luck”, krótkie „thank you” i już wiedziałem, że to nie może się nie udać. To był dobry omen…

slalom równoległy oslo

Gęsta mgła nad Holmenkollbakken

Sama formuła „City Events”, moim zdaniem jest świetną wizytówką do propagowania tego sportu. Nie trzeba być znawcą i pasjonatem narciarstwa, żeby móc emocjonować się bezpośrednią walką dwóch sportowców, którzy jadą obok siebie ramię w ramię. Nie ważne, czy ktoś jedzie ładniej technicznie, czy ktoś jedzie agresywniej (w ubiegłym roku w Sztokholmie wygrał Linus Strasser, na którego nikt nie stawiał). Liczy się tylko skuteczność, liczy się tylko to, kto z dwójki będzie pierwszy da dole. Zasady brutalne, bo kto przegra odpada, nie ma taryfy ulgowej. System pucharowy, mecz i rewanż, od 1/8 do wielkiego finału. Gosi się podobało, w prostocie moc! Dodatkowych smaczków dodaje to, że już na początku mogą spotkać się dwa znane nazwiska. Tak było w przypadku panów. Pierwszy bieg, a na przeciw siebie stają dwaj wielcy. Król konkurencji technicznych Marcel Hirscher i mistrz konkurencji szybkościowych Kjetil Jansrud. To musi działać na wyobraźnię!

Na nieszczęście Norwegów przegrał Kjetil, ale dzięki temu szczęście uśmiechnęło się do nas! Chwilę pogadaliśmy nieoficjalnie m.in. o mekce Holmenkollen, czy Michale Kłusaku, który miał okazję trenować z Norwegami. Powiedziałem Jansrudowi, że ma wielu sympatyków w naszym kraju (prawda?). To właśnie dla was coś powiedział! Niesamowity facet, mimo, że przegrał już na początku, to mu się chciało i to nie za karę. Taki chłop, taki wiking, a uśmiech, sympatia i naturalność wypisana na twarzy!

Kolejnym wikingiem, który odpadł już na „dzień dobry”, był jeden z faworytów i jeden z większych talentów młodego pokolenia – Henrik Kristoffersen. Kolejna arcyciekawa para. Przegrał ze zwycięzcą z zeszłego sezonu, Niemcem Linusem Strasserem. Przyznam – myślałem, że nic tu nie ugram (tak było w Sölden), a tu miłe zaskoczenie.

Jak burza szedł w swoich biegach Brytyjczyk David Ryding, eliminując po drodze samego Marcela Hirschera. Znowu pojawiły się nadzieje, że będzie tym pierwszym ze swojej ojczyzny, który wygra zawody alpejskiego Pucharu Świata. Pochodzi z kraju trzeciego świata (tego narciarskiego), więc taka historia byłaby czymś wyjątkowym. Już w Levi był o włos od spektakularnego sukcesu, niestety mimo wygranej pierwszej odsłony, nie udźwignął presji drugiego przejazdu i wypadł z trasy. W Oslo znów zabrakło szczęścia. Musiał uznać wyższość trasy (upadek), a półfinał przegrał ze znakomicie dysponowanym Michaelem Mattem. W walce o trzecie miejsce, nie odnalazł już szybkości po wcześniejszym nieszczęściu i przegrał z Linusem Strasseem, który zdobył swoje drugie podium w karierze.

slalom równoległy oslo

Kjetil Jansrud (NOR) i Marcel Hirscher (AUT) podczas zawodów w Oslo. (fot. GEPA pictures/ Andreas Pranter)

W wielkim finale niedościgniony był Andre Myhrer, który powoli staje się superspecjalistą w slalomach równoległych. Było to jego pierwsze zwycięstwo w tej konkurencji i zarazem czwarte podium. To taki słodki finał dla Norwegów, bo Szwed ma po ojcu korzenie norweskie.
Wśród Pań bohaterka mogła być tylko jedna. Mikaela Shiffrin w wieku 22 lat wygrała po raz 37. w Pucharze Świata!!! To co wyprawia ta dziewczyna w tym sezonie, to jest kompletnie inna liga. Biorąc pod uwagę ile młoda zawodniczka ma jeszcze lat jeżdżenia na najwyższym poziomie, sam Ingemar Stenmark może czuć się zagrożony ze swoim rekordem 86 zwycięstw. Tfu, tfu, nie zapeszajmy! Swoją drogą moje „good luck” miało niezłą moc. No to się dowartościowałem, próżność tak zwana.

slalom równoległy oslo

Konferencja prasowa ze zwycięzcami

33 lata czekaliśmy, na to by wielkie alpejskie święto zawitało do Oslo. Gdzie, jak nie tu – przecież tu ludzie rodzą się z przypiętymi nartami do swoich stóp. Przecież to w Norwegii założono pierwszy związek narciarski. Przecież to tutaj się wszystko zaczęło. Nie mam nic przeciwko, aby Oslo co sezon witało nowy rok alpejskimi szusami. To miasto na to zasługuje swoim pięknem i wielką sportową historią. Amen.

PS Ja tu jeszcze wrócę, bo kocham ten „Big City Life”.