tre cime

Lato sprzyja podróżom po Polsce. W ramach krótkiego urlopu spędzanego na południu kraju udało mi się odwiedzić renomowaną stację narciarską Wierchomla, która – jak się okazało – nawet latem tętni sportowym życiem. Znalazłem się w Wierchomli na zaproszenie Tomka Derwicha, który dba tam o stan tras narciarskich zimą. Tym razem Tomek skusił mnie możliwością jazdy na elektrycznym rowerze firmy KTM. Takie pojazdy (cztery różne modele) znajdują się na wyposażeniu wypożyczalni hotelu w Wierchomli.

Rower elektryczny… Już widzę wasze miny. Większości z nas taki pojazd kojarzy się z miejskim jeździdłem dla osób, którym nie chce się nawet trochę popedałować po płaskim. Zanim jednak zajmę się samymi rowerami kilka słów o miejscówce. Wierchomla jest dobrze znana amatorom narciarstwa w Polsce. Dość powiedzieć, że po „przedarciu” się na drugą stronę góry za grań uzyskano bardzo obszerny teren i wyznaczono nowe trasy. Jedna z nich biegnąca do Szczawnika to najdłuższa oświetlona nartostrada w Polsce. I do tego jest jeszcze bardzo szeroka. Wierchomla ma potencjał i jeśli budowane właśnie drogi łączące ją z dużymi ośrodkami w Polsce zostaną ukończone, to ma szanse stać się stacją o największym znaczeniu w naszym Kraju. Gdyby tak jeszcze do skutku doszło połączenie z Krynicą… No rozmarzyłem się.

Latem w Wierchomli jest bardzo pięknie. Widoki zapierają dech w piersiach. Pobliskie miasteczka, takie jak: Stary i Nowy Sącz, czy Piwniczna robią bardzo pozytywne i czyste wrażenie (tylko w Rytrze szalał jakiś niezrównoważony architekt). Poprad szumi jednostajnie i nawet zamek Lubomirskich w nieodległej Starej Lubovli skusi tych, którym historia Polski nie jest obojętna. Turystów (piszę to pod koniec lipca) nie ma w tych górach wcale dużo. To nie Zakopane, gdzie każdy musi wejść na Giewont bez względu na obuwie.
Stacja Wierchomla latem ma spory potencjał sportowy. Wytyczono trasy rowerowe dla każdego poziomu zaawansowania: po asfaltach, szutrze i te trudne w górach. Są korty tenisowe, boiska do siatkówki, ścianka wspinaczkowa i park linowy. Nudzić się jest trudno.

Teraz jednak będzie o rowerach. Do dyspozycji dostałem nowiuteńkiego trekingowego KTM-a e-crossa na 29’’ kołach wyposażonego w dużą baterię. Rower od „normalnego” różni się jedynie rzeczoną baterią zamontowaną na ramie i większą piastą tylnego koła, gdzie umieszczono silnik no i ciężarem. Magazynowanie energii elektrycznej jest w XXI wieku nadal niedoskonałe, a same ogniwa po prostu ciężkie. Na kierownicy umieszczono cyfrowy wyświetlacz, który informuje nas o stopniu wspomagania jazdy lub odzyskiwania energii, prędkości, przebytym dystansie itp. Funkcje pokazywane przez ten wskaźnik obsługuje się kciukiem prawej ręki za pomocą dużych i precyzyjnych przycisków. W momencie włączenia rower ustawia automatycznie drugi (z czterech możliwych) poziom wspomagania. Wsiadam i jadę.

Centrum dowodzenia

Pierwsze wrażenie jest niesamowite (jeżdżę po parkingu). Każde naciśniecie na pedał wyzwala sporo energii, a rower rozpędza się błyskawicznie. Cały system działa tak, że nadal musimy pedałować używając do jazdy odpowiednich przekładni (Shimano), ale nasz wysiłek wspomagany jest przez silnik. Powoduje to efekt Supermana. Zdaje mi się, że moje siły są nadprzyrodzone. Ruszam w trasę. Najpierw szosą w dół (gdzie odzyskuję energię poprzez hamowanie silnikiem), a następnie skręcam w las w Dolinę Potaszni, gdzie wzdłuż potoku biegnie dość wygodna szutrówka. Droga szybko pnie się całkiem stromo do góry. Zmieniam przełożenia, i moja prędkość trochę spada. Dorzucam kolejny (trzeci) poziom wspomagania i hops znowu mogę przejść na wyższe biegi i utrzymywać tempo 20-21 km/h. To niesamowite! Droga robi się jeszcze bardziej stroma, więc wrzucam czwarty poziom wspomagania i nadal nie zwalniam. Czas na poważny test. Po prawej widzę drogę do zrywki drewna. Jest bardzo stroma i błotnista. Redukuję przełożenie i przy pomocy pełnej mocy wspomagania bez (większego) trudu pokonuję 20° nachylenia i to na cienkich trekingowych oponach. Ten system to rewelacja! Teraz czas na jazdę po błocie i kamieniach w dół. Włączam czwarty tryb odzyskiwania energii. Pomimo sporego nachylenia, rower rozpędza się bardzo powoli i muszę dohamowywać okazjonalnie. Z powrotem na szutrówce „cisnę” dalej w górę potoku wspomagając się silnikiem. Raz tylko – celem testu – wyłączam elektrykę i jazda natychmiast staje się bardo ciężka i powolna. Po pół godzinie stałego wysiłku pod górę przejeżdżam ponad 10 km i zużywam ¼ baterii. Nie jest źle. Teraz w dół. Nastawiam poziom drugi odzyskiwania i w drogę! Na bardziej płaskich odcinkach muszę troszkę dokręcać pedałami, ale za to wskaźnik zużycia energii powoli pełznie w górę. Ostatecznie po godzinie jazdy i pokonaniu 21 km jestem z powrotem. Całkiem zziajany i spocony, ale bardzo szczęśliwy. Następnym razem zarezerwuję sobie więcej czasu i spróbuję elektrycznego „górala” na pełnym zawieszeniu i to w górach. Naprawdę warto. Do zobaczenia w Wierchomli latem.


Strome drogi nie stanowią problemu nawet dla mniej wytrenowanych rowerzystów


Energię można odzyskać na zjazdach, hamując silnikiem

O Autorze

Tomasz Kurdziel

Redaktor naczelny, założyciel i pomysłodawca Magazynu NTN. W dzieciństwie otarł się o WKN, przez wiele lat był członkiem AKN. Po roku 1981 przez 18 lat przebywał w Norwegii i Szwajcarii. Założył i przez wiele lat prezesował UIK Alpin na Uniwersytecie w Oslo. W latach 1985-1989 startował w zawodach FIS. Na początku lat 90. startował w zawodach snowboardowych (konkurencje alpejskie). Od 1997 roku pasjonat i promotor carvingu w Europie. Członek komitetu organizacyjnego FIS Carving Cup. W chwilach wolnych komentator Eurosportu. Obecnie entuzjasta freeride’u, motocyklowego enduro i windsurfingu.

Podobne posty