tre cime

Do dyspozycji mieliśmy cały boży dzień. Puchar Świata w gigancie równoległym mężczyzn miał się rozpocząć dopiero o 18.00, więc spokojnie jeździliśmy do 16.00. Wszyscy wybraliśmy narty gigantowe, bo na stokach Alta Badia w miarę pusto. Z tego co słyszeliśmy, trasy przygotowane wybornie. Wszystko to sprawdziło się w stu procentach. Tylko na odcinkach wliczanych do Sella Rondy było trochę gęściej jeśli chodzi o frekwencję. Poza tym mogliśmy jeździć długim skrętami. Idealnie. Trasy faktycznie twarde, a te przygotowane na rozgrzewkę zawodników Pucharu Świata wręcz zlodzone. Przy tym całym szczęściu zabrakło śniegu wokół. Wszędzie jest po prostu zielono-brązowo i tylko trasy zostały naśnieżone. Gdzieniegdzie w dali widać białe szczyty, ale tu w Dolomitach nie zapowiadało się na białe święta. Jednak o możliwość jazdy nie ma co się martwić, bo tras przygotowano sporo. Kawa w Piz Boè, obiad w chatce Bamby (hamburger Bismark całkiem, całkiem super!) i veneziano na szczycie Gran Risy… klimat niepowtarzalny.

Narciarstwo to sport towarzyski. Chyba nikt nie lubi jeździć sam, a z życia wzięte historie usłyszane na wyciągu jeszcze długo brzmią w uszach i zostają w pamięci na lata. Postanowiłem podzielić się kilkoma. Jeździliśmy we trójkę – „Chomik”, ja i Oskar Schwazer z Południowego Tyrolu, w sensie biura promocji regionu. Kiedy odpychał się kijkami pierwszy ruszając w dół trasy od razu widać, że miał wiele wspólnego z racingiem. Niektórych rzeczy nie da się oszukać, sami wiecie. Okazało się, że trenował od dziecka, a karierę zawodniczą przerwał dopiero w wieku 17 lat po serii operacji kolan. Jedną z niesamowitych przygód przeżył na Saslongu. Chcąc nie chcąc temat Pucharu Świata przewijał się w naszych rozmowach co chwila, w najróżniejszych aspektach, nie tylko tych „aktualnych”. Oskar fajnie sobie powspominał. Razem z kolegami zostali wybrani do roli przedzjeżdżaczy. Młodzi trenowali na tej samej trasie w Val Gardena, co zawodnicy startujący w klasycznym zjeździe. Trasa Saslong słynie z tego, że średnia szybkość na całej trasie jest najwyższa ze wszystkich tras PŚ, a poza tym, że spędza się na niej najwięcej czasu… lecąc. Słynny jest fragment nazywany „wielbłądzimi garbami”. Można je pokonać tłumiąc skoki, albo przelecieć nad nimi. Znany i lubiany Gunter Hujara, który podówczas szefował Pucharowi Świata nakazał vorlauferom obrania „chicken line” i ominięcia przeszkody. Oskar uznał jednak, że skoro trenował, zna stok, pojedzie tak jak Bóg przykazał a nie Hujara zabronił. Skąd zakaz? Chodziło oczywiście o telewizję i kary wymierzone w organizatorów z powodu ewentualnego opóźnienia. Gdyby przedzjeżdżacz rozbił się, mogłoby się to wiązać z zamknięciem trasy i opóźnieniem transmisji. Hujara wpadł w furię. Kiedy Oskar dojechał do mety, chwilę później doczekał się ekscelencji Hujary, który zjechał na dół aby dać upust swojemu rozsierdzeniu. Co ciekawe, trener bohatera tej historii wykazał się zrozumieniem i biorąc pod uwagę aspekty sportowe, wziął stronę podopiecznego. Niemniej, Oskar został odsunięty od zaszczytnej funkcji vorlaufera. Jak sam twierdzi, dziś, po latach, postąpiłby tak samo…

Zima faktycznie nie urzeka. Śniegu brakuje nie tylko na ulicach Warszawy, ale i w górach, w których śnieg o tej porze roku to przecież normalka. Jednak okres przedświąteczny w Alta Badia, ten tydzień przed Bożym Narodzeniem, wydaje się być wprost idealny. Oprócz dostępu do ponad 500 km tras (obecnie mniej z racji wypaczonej zimy) turyści dostają „w pakiecie” Puchar Świata w Val Gardenie i Alta Badia. W tym roku był to prawie tydzień śledzenia rywalizacji narciarskiej na najwyższym poziomie, najpierw treningi a potem zawody na Saslongu, a potem niesamowite giganty na Gran Risie. Alta Badia daje możliwość posmakowania wszystkiego, co wiąże się z turystyką narciarską. Świetne trasy (polecam równoległą do „czarnej” Gran Risy trasę czerwoną nr 17!), doskonała kuchnia (spore zagęszczenie knajp z gwiazdkami Michelina, ale i zwykłych chat zaskakujących genialnym serwisem) oraz imponująca infrastruktura hotelowa.

Nic tylko szukać terminu i przyjeżdżać! Choćby wiosną na Ski Wine Safari!

O Autorze

Dziennikarz prasowy, radiowy, internetowy; komentator sportowy, spiker Legii Warszawa, a do tego narciarz-amator; żeglarz, ex-pięcioboista i wioślarz. Dziennikarstwo sportowe traktuje jako przedłużenie kariery zawodniczej. Organizator rajdów przygodowych. Lubi sobie pojeździć na rowerze i ogólnie się trochę zmęczyć. Autor prowadzi swój prywatny blog pod adresem zonaurbana.pl.

Podobne posty